WYMĄDRZANIE 

Filozofia kamieniowania

Czytam sobie właśnie „Królów przeklętych” Maurice’a Druona. Akurat jestem na świeżo po rozdziale, w którym opisywano publiczną kaźń dwóch młodych rycerzy, których król skazał na łamanie kołem, obdarcie ze skóry, kastrację, ścięcie i finalnie na powieszenie tego, co z nich zostanie. Mam w pamięci reakcje tłumu na męki torturowanych – obelgi, drwiny, kibicowanie katom…

Zaczęło się od tego, że ktoś zarządzający fanpage’em wódki „Żytniej” stworzył wyjątkowo niefortunną grafikę reklamującą ten alkohol. Miał pecha, nie tylko dlatego, że prawdopodobnie zaczerpnął grafikę z Internetu bez sprawdzania źródła i praw autorskich, ale głównie dlatego, że to, co wziął za zdjęcie grupy imprezowiczów targających pijanego kumpla, było w rzeczywistości tragiczną fotografią ze stanu wojennego, na której uczestnicy demonstracji wynosili umierającego człowieka spod ostrzału ZOMO. Gdy tylko zostało to wyłapane, grafikę usunięto i zamieszczono przeprosiny, ale mleko się wylało. Wpadka marketingowców „Żytniej” jest bezdyskusyjna, na paru różnych płaszczyznach. Ale nie na niej będę się skupiał, tylko na tym, jak zareagował Internet. A ten dowiódł, nie pierwszy raz zresztą, że chociaż mijają wieki, ludzka mentalność w ogóle się nie zmienia.

Zawsze chodzi o to, że ktoś chce się dowartościować cudzym kosztem – poczuć się cnotliwszym, mądrzejszym, bardziej męskim – a tłum za plecami utwierdza napastnika w przekonaniu, że racja jest po jego stronie.

Nie trzeba było wiele czasu, aby na fanpage’u „Żytniej” (w chwili, gdy piszę te słowa najwyraźniej usuniętym, przynajmniej czasowo) zaroiło się od wyzwisk. Dosłownie setki ludzi rzuciły się, żeby nawoływać do bojkotu i uświadomić twórcom strony, że są niekompetentnymi ignorantami, debilami plującymi na historię, że dla kasy posuną się do bezczeszczenia narodowej tragedii i, last but not least, że złodziejsko lekceważą prawa autorskie. Inni z satysfakcją oznajmiali, że „ktoś tu straci pracę”. Przy okazji dowiedziałem się, że „kto nie kojarzy zdjęcia, albo jest gimbusem, albo dopiero wczoraj przyleciał z Marsa”, ponieważ owo zdjęcie jest „najsłynniejszym zdjęciem ze stanu wojennego”.

Cóż, do tej pory zawsze uważałem, że najsłynniejszym zdjęciem ze stanu wojennego jest to z czołgami przed kinem Moskwa wyświetlającym „Czas Apokalipsy”. Ewentualnie miałem jeszcze w pamięci Jaruzelskiego ogłaszającego stan wojenny na tle koślawo zwisającego sztandaru z białym orłem. Ale nie – to właśnie zdjęcie z lubińskiej demonstracji miało być tym najsłynniejszym. Co ciekawe, gdy wczoraj wpisałem w Google hasło „stan wojenny” i zacząłem przeglądać grafiki, tej rzekomo najsłynniejszej nie było chyba nawet w pierwszej wyświetlonej dwusetce. Niedługo później już się pojawiła; dzisiaj jest w pierwszej dziesiątce. Zaiste samospełniające się proroctwo. Ale nie o tym miałem…

Obserwowałem, jak z podziwu godną (i słuszną) pokorą ludzie zawiadujący fanpage’em przyjmują na siebie wylewane wiadra pomyj i każdego, kto wyraził tam swoje oburzenie, imiennie przepraszają, nie próbując w żaden sposób umniejszać winy ani się usprawiedliwiać. Myślicie, że rozszalała tłuszcza zmęczyła się kopaniem leżącego? Opamiętała się i odpuściła? Ależ skąd! Z drugiej strony, w podobnych sytuacjach próby obrony tylko wzmagają agresję napastników.

Tymczasem idę o zakład, że 90% dzisiejszych świętojebliwych, oburzonych wpadką „Żytniej”, przedwczoraj nie miało bladego pojęcia o istnieniu tego zdjęcia. Podobnie, jak niedawno, gdy w Internecie linczowano dziennikarkę Anię Wendzikowską, która przy okazji wywiadu z Sigourney Weaver odważyła się przyznać, że nie wie, kim był Jerzy Grotowski. Wtedy nagle wszyscy stali się ekspertami od teatrologii; teraz wszyscy są ekspertami od fotografii ze stanu wojennego i praw autorskich. Każdy może okazać wyższość, bezkarnie upokorzyć winnego, poczuć się lepiej cudzym kosztem. Jest pręgierz, jest impreza!

W jednym z numerów „X-Men” znalazłem kiedyś mądre słowa: „Tłum to najdziksze ze zwierząt”. Mechanizm zaszczucia jest ten sam, bez względu na to, czy chodzi o anonimowych administratorów fanpage’a „Żytniej”, Anię Wendzikowską, czy o czternastolatka z Bieżunia, którego spodnie „rurki” i styl bycia nie pasował kolegom. Mnie również parokrotnie próbowano zaszczuć jako redaktora „Nowej Fantastyki” – stąd znam te mechanizmy z autopsji. Zawsze chodzi o to, że ktoś chce się dowartościować cudzym kosztem – poczuć się cnotliwszym, mądrzejszym, bardziej męskim – a tłum za plecami utwierdza napastnika w przekonaniu, że racja jest po jego stronie. I cóż, z merytorycznego punktu widzenia nawet faktycznie tak bywa – ale ktoś, kto merytorycznie ma słuszność, może jednocześnie z moralnego punktu widzenia być gnojkiem.

Można cytować biblijne „Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień”. Można przypominać słowa Bonapartego, że „Nie myli się tylko ten, kto nic nie robi”. Czy to powstrzyma tłum przed kamienowaniem? Wątpię – mentalność stadna to paskudna sprawa. Warto jednak o tym napisać, bo może komuś, kto to przeczyta, następnym razem zadrży ręka.

Scream Comics
Poprzedni

Sanktuarium #1: USS Nebraska - Tam gdzie sci fi spotyka horror [recenzja] [komiks]

Fox Games
Następny

Atak Zombie - żywe trupy w natarciu [recenzja]

Jerzy Rzymowski

Jerzy Rzymowski

Jerzy Rzymowski (JeRzy) - redaktor, dziennikarz, okazjonalnie pisarz i tłumacz. Członek Klubu Tfurców. Członek-założyciel Polskiego Towarzystwa Badania Gier. Niegdyś redaktor magazynów „Kruk” i „Magia i Miecz” oraz tygodnika internetowego „GameStar”. Był współscenarzystą cyklu programów dla dzieci „Łowcy przygód” dla TVP1. W latach 2000-2002 współprowadził na antenie Radiostacji audycję „Dzikie Pola”. Jego opowiadania ukazały się m.in. w magazynie „Fenix” (1997) oraz w antologiach „Niech żyje Polska, hura!, t.2” (2006) i „Wizje alternatywne 6” (2007). Obecnie redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Fantastyka”.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz