KINO / DVD WYMĄDRZANIE 

„Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy” czyli nowy porządek [film]

Film obejrzałem raz, na sali 4d. zostałem wytrząśnięty na wszelkie strony świata, oślepiony, przewiany i przezapachowiony. Jazda była intensywna, a przemyślenia dorównują doznaniom cielesnym.

 część vii czy reboot?

J.J. Abrams zrobił obie części Star Treka, które są filmami raczej dobrymi. Zrebootował słynną serię tak, by stała się znowu atrakcyjna, by zaakceptował ją współczesny młody widz. Zastanawiam się, czy przypadkiem nie pomyliły mu się role i z rozpędu nie spróbował zrebootować Gwiezdnych Wojen. A miał przecież zrobić kolejną część.

Co mogłoby świadczyć o próbie restartu? Po pierwsze Nowy Porządek, którego nazwa kojarzy się nomen omen z nowym porządkiem w konstrukcji sagi. Nowy Porządek powstał nie wiadomo jak, nie wiadomo kiedy i nie wiadomo dlaczego tak bardzo przypomina Imperium. Owszem, prawdą historyczną jest to, że dawni rebelianci obalający zły system po jakimś czasie tworzą nowy reżim, ale w filmie nie ma o tym wzmianki. Wygląda na to, że scenarzysta będący jednocześnie reżyserem stworzył po prostu nowe imperium, przepraszam, Nowy Porządek. Czyli reboot.

Po drugie za sterami Sokoła Millenium siada świetna pilotka i ogólnie wszechstronnie utalentowana Rey. Han ginie, Chewbacca pozostaje jako element łączący stare z nowym. Będzie Sokół, będzie Chewie, będzie stół do wideoszachów, nie będzie Hana. Reboot. Elementów rebootujących jest więcej: nowa / stara gwiazda śmierci strzelająca „bronią” (swoją drogą bardzo oryginalna nazwa, prawda?), lot w rowie owej gwiazdy, akcja niszczenia generatora pola, to wszystko remake scenariuszy części IV i VI.  Planeta Jakku nazywa się tak chyba tylko dla zamydlenia oczu, bo każdy fan wie, że to Tatooine. Zamiast szukającego przygód Luke’a z IV części mamy Rey, zamiast mędrca Obi-wana tudzież Yody na Dagobah mamy starego Luke’a, a wszystko kończy się wielkim „bum” dosłownie na sekundę przed strzałem. Nadto znajome, czyż nie?

prezent dla fanów?

Pamiętam, jak oglądałem film „Ultramarines”, pełnometrażową brytyjską animację rozgrywającą się w świecie Warhammer 40 000. Było tam wszystko to, czego chcieliby fani. Widok rotującego wokół długiej osi pocisku napędzanego silnikiem rakietowym, mocowanie pieczęci czystości do pancerza, szczęk bolterów, złożona intryga, knucie chaosu, „planswithinplans” i tak lubiana przez Abnetta pętla, w której niegdysiejsi adepci stają się bohaterami i zastępują swoich idoli stając się wzorami dla młodszych. W przypadku „Ultramarines” ukłony w stronę fanów były zrozumiałe. Film był pierwszą pełnometrażową produkcją w historii, trzeba było miłośników nakarmić.

Ale w przypadku Gwiezdnych Wojen?

Gdy oglądałem „przypadkiem” włączony stół z szachami w Sokole, szarżę myśliwców w rowie planety, gdy usłyszałem pytanie Hana, czy mają w nowej Gwieździe Śmierci zgniatarkę i ujrzałem wiele innych sytuacji nawiązujących do pierwszej części, zastanawiałem się: po co? Czy fani, do których ja również się zaliczam, naprawdę na to czekali? Czy twórcy z Disneya naprawdę sądzą, że trzeba do nas puszczać perskie oko? Tawerna rodem z Tatooine?Naprawdę?

Duch Gwiezdnych Wojen

Dziwne, ale dopiero oglądając „Przebudzenie Mocy” zdałem sobie sprawę z kilku elementów, które tworzyły magię poprzednich sześciu części (Sześciu. Ja lubię części I – III).

Nowości

Pamiętam swoje uczucia, gdy oglądałem po raz pierwszy „Imperium kontratakuje”, „Powrót Jedi”, potem „Mroczne widmo”, „Wojnę klonów” i wreszcie „Zemstę Sithów”. Za każdym razem byłem zaskakiwany nowościami: widokami nieznanych planet, nowymi zwierzętami, pojazdami, pejzażami, wnętrzami, ubiorami, kolorami (tak, kolorami – pamiętacie różowe statki kosmiczne? Albo wypolerowanego NubianaAmidali?). Lucas nie bał się nowości, atakował nimi oczy widza przekonując go sześć razy, że Gwiezdne Wojny nie są odgrzewanymi kotletami. No dobrze, w częściach IV i VI mieliśmy gwiazdy śmierci, ale w obydwu przypadkach trzeba było się nimi zająć inaczej, a jeśli chodzi o „Powrót Jedi”, każdy widz oczekiwał rajdu do wnętrza, czyż nie? Po pustyniach Tatooine mieliśmy śnieżną Hoth, potem lasy Endoru, podwodne miasta Gunganów, światy fabryki, wreszcie wulkaniczną planetę.

Co mamy w „Przebudzeniu Mocy”? Tatooine zwane Jakku, takie samo jak w „Mrocznym widmie” czy „Nowej Nadziei”, jakiś zameczek / knajpę i gwiazdę śmierci 3. Wszystkie planety wyglądają jak Ziemia, nie ma wielkich kwiatów, olbrzymich kanionów, wszędzie Ziemia, Ziemia, Ziemia, banalna i zupełnie nieegzotyczna. Jest ciekawe zwierzę pociągowe, jest interesujący wierzchowiec, ośmiornice w pojeździe Hana i Chewie są już mało przekonujące, a dalej bryndza. Trochę ruin po imperium. Mnóstwo szaro-burych powtórek z rozrywki. Wszystko to już było.

Muzyka

Magię Gwiezdnych Wojen zawsze tworzyła muzyka Johna Williamsa. Czasem rzewna, poetycka, liryczna, kiedy indziej mocna, marszowa, wreszcie dowcipna (tak, muzyczny dowcip jest możliwy do osiągnięcia i przez Williamsa często był stosowany). W „Przebudzeniu Mocy” tego elementu jest jakby mało.Nie zauważyłem ani wyraźnych tematów muzycznych poświęconych każdej postaci, ani uderzających w serce motywów. No i znowu: jak to? Dlaczego? Gdzie jest klimat?

Romantyzm

Pamiętacie, jak Luke patrzył w dwa zachodzące słońca nad Tatooine? Tego samego bohatera wiszącego głową w dół pod miastem Bespin, wzywającego myślą Leię? I znowu Luke’a spoglądającego w mroczną puszczę na Endorze, gdy wszyscy się bawili, a on, dzięki Mocy widział tych, którzy odeszli? Gwiezdne Wojny zawsze były romantyczne, opowiadały wielką historię albo chłopaka, który szukał własnej drogi i niebaczny na rady, sugestie czy kłamstwa sam wykuwał własny los, albo pary, której miłość była przeklęta, zakazana, skazana przez los na zagładę.

W najnowszej części sagi próbuje się nas przekonać, że między Finnem i Rey coś iskrzy. No cóż. No cóż, może i tak. Stary jestem, nie znam się.

Dźwięki

Klimat pomagały tworzyć też dźwięki. Pamiętacie pierwsze zdziwienie, gdy do Waszych uszu dotarł jęk, jakby płacz salw z AT-ST? Albo gdy słyszeliście terkoczące pojazdy na Kashyyyku? Albo gdy po raz pierwszy wydał ryk stwór, na którym pędził Obi-wan podczas walki z Grievousem? O buczeniu mieczy świetlnych czy wyciach syren podczas lądowania Tidiriona nie wspomnę, no zawsze było w Gwiezdnych Wojnach czego posłuchać. Dźwiękowiec robił fenomenalną robotę, zarówno generując „mowę” R2-D2 jak i tworząc brzmienie cichnących pisków systemów homeostatycznych Sokoła Millenium.

W „Przebudzeniu Mocy” nawet charyzmatyczny miecz Kylo Rena nie brzmi tak, bym mógł sobie teraz przypomnieć dźwięk klingi. Pojazdy, maszyny jakby ogłuchły, jakby ktoś przykrył ich silniki flanelowym pledem. Szkoda.

Intryga

Pamiętam liczne dyskusje po ukazaniu się drugiej trylogii. Wiele jej zarzucano, ale jednego nie można było odmówić – zawiłości intrygi, jej wielopoziomowości. W Gwiezdnych Wojnach było zawsze sporo niedopowiedzeń, było miejsce na dywagacje, na pytania, powstawały teorie uspójniające przekaz, z reguły zresztą sensowne, a ogólnie knowania imperatora mające na celu przejęcie władzy to był po prostu majstersztyk. I pokarm dla takich odbiorców jak ja, zastanawiających się, dlaczego JangoFett nie strzelił do Anakina i Obi-wana, dlaczego Duku cieszy się z wybuchu wojny i tak dalej.

Co zaś mamy w „Przebudzeniu Mocy”? Mapkę „klocek” pasującą do drugiej mapki? No proszę. W tym momencie filmu poczułem się, jakbym oglądał, bez przenośni „Planetę skarbów”, film który owszem, uwielbiam, ale to jakby nie ten rodzaj bajki, nieprawdaż?

Czas dla obrońcy

Czytałem w portalu „Na ekranie” o fanowskiej teorii mówiącej, że Kylo Ren jest w istocie dobry, a jego plan to dotarcie do nowego imperatora i zgładzenie go, tak jak zrobił to DarthVader. Aby to zrobić, Kylo dokonuje ostatecznego poświęcenia – zabija ojca dając dowód swojej lojalności. Potem celowo nie unicestwia Finna i Rey,a dziewczynę próbuje nakłonić, by połączyła z nim siły. Jeśli byłaby to prawda, należałoby pochylić głowy przed twórcami, bo taka intryga to jest już coś. Ale podkreślmy słowo „jeśli”. Jako fan i człowiek myślący pozytywnie będę się na razie tej koncepcji trzymał, bo co mi innego pozostaje?

Druga sprawa to tajemnicza piwnica, skrzyneczka i miecz. Na pierwszy rzut oka scena odnalezienia oręża Luke’a w podziemiach knajpy wydaje się infantylna, ale jeśli założyć, że Rey jest córką Luke’a, albo jakąś dobrze mu znaną osobą, to dziewczyna nie przypadkiem trafiła do podziemi, ale prowadzona tam przez Skywalkera / Moc. Co tam widzi? Sporo rzeczy, z których zapamiętałem jedynie scenę gdy (chyba) Luke dotyka R2-D2. Moja fanowska teoria jest taka, że Luke użył Mocy usypiając droida i tak go „programując”, by robot przebudził się, gdy Rey będzie „gotowa”, cokolwiek by to znaczyło. Dziewczyna, podobnie jak Luke w IV części miała doczekać dorosłości, a potem wyruszyć w przygodę, na której końcu jest trening Jedi. Jeśli przyzwolimy na taką interpretację, możemy uznać, że rebelia Finna także nie jest do końca wynikiem działania jego woli, ale wynikiem manipulacji Mocą. Finn jest potrzebny nie tyle, by uratować Poe Damerona, ile by pomóc Rey wydostać się z Jakku oczywiście Falconem, który jest tam wcale nie przypadkiem. Pojazd czeka na nich gotowy do lotu. Ja wiem, że Han myśli, że jego bryka trafiła tam przypadkiem. Pamiętajmy jednak, że Han nie zna się na Mocy nic a nic. A Skywalker, o którym w filmie jest bardzo dużo, chociaż jego samego bardzo mało – już tak.

Mógłbym te kombinacje posunąć do takiego stopnia, by stwierdzić, że wszystkie, także paskudne, niedojrzałe, „nastoletnie” akcje przebrzydkiego, przepełnionego kompleksami i wolą dorównania zamaskowanemu VaderowiKylo Rena są także efektem działania Luke’a, a ostatecznym celem jest zniszczenie Snoke’awspólnymi siłami: Rena, Rey i Luke’a.

Han zaś w rzeczywistości nie umarł (na twarzy Forda nie widać za bardzo agonii, prawda?), bo Ren, korzystając z Mocy zabliźnił jego rany i zaaranżował bezpieczny upadek rodzica.

Ale to byłaby już przesada, prawda?

Reasumując

Nie jest dobrze. Disney dokonał rebootu Gwiezdnych Wojen puszczając niepotrzebne perskie oka do fanów, zamieniając barwne i pełne nowości widowiska w odgrzewane, buroszare danie. Ale jest nadzieja. Bo Abrams znany jest z tworzenia złożonych, zagmatwanych intryg, jeśli zaś skonstruował opowieść rozpisaną na trzy akty, zobaczyliśmy dopiero zawiązanie akcji. Skoro zatem jest nadzieja, jest i Moc. Bo magia Gwiezdnych Wojen nie może zginąć.

Prawda?

Sony Music
Poprzedni

Blackstar - czarna gwiazda Davida Bowie [recenzja] [muzyka]

Image Comics
Następny

Made in USA: przegląd komiksów (XXV) – marzec 2016

Marcin Przybyłek

Marcin Przybyłek

Lekarz medycyny, wieloletni pracownik koncernu farmaceutycznego, obecnie trener i konsultant biznesowy. Autor największej polskiej sagi science fiction "Gamedec", antyporadnika dla menedżerów "Sprzedaż albo śmierć?", powieści (teoretycznie dla dzieci) "Kalina i Kaj", zbioru anegdot dla graczy "Grao Story" i powieści korporacyjnej "CEO Slayer". Od lat zainteresowany psychologicznym, technologicznym oraz finansowym rozwojem ludzkości, przekazuje swoje wizje w książkach, wykładach i podczas szkoleń. Ma żonę Annę i córkę Kalinę.

7 Comments

  1. Mizzrym
    2016-01-01 at 20:21 — Odpowiedz

    Warto wybrać do 4DX? W sumie zawsze chciałem przetestować to cudo i GW mogą być dobrą okazją. :)

    • 2016-01-02 at 12:25 — Odpowiedz

      Moim zdaniem warto. Fotel daje wrażenie ruchu, podmuchy tuż przy uchu wzmacniają strzały, błyski w sali potęgują wybuchy. To jakby wesołe miasteczko podłączone do filmu :).

  2. cez
    2016-01-01 at 21:47 — Odpowiedz

    Pomyślałem przez chwilę: jaki film mógł by powstać gdyba tak jak za Batmana swego czasu tak teraz za GW zabrał by się np Nolan.
    Niestety za GW zabrał się Abrams a pilnował tego Disney. I dostaliśmy nudny oraz odgrzewany kotlet.

    • 2016-01-02 at 12:26 — Odpowiedz

      No cóż, można dywagować. Ja bym chętnie obejrzał GW w reżyserii Zacka Snydera.

      • 2016-01-02 at 15:38 — Odpowiedz

        Ktokolwiek by się nie zabrał za ten film, to narzekania byłyby podobne. Ilu fanów, tyle opinii. Przy czym jeśli spojrzeć na imdb czy rottentomatoes, to wyniki są więcej niż satysfakcjonujące. Zatem w czym rzecz? Zwłaszcza Amerykanie są wniebowzięci. Ich opinia jest najbardziej reprezentatywna, bo przecież to jest ich kulturowe dziedzictwo i tam nowa część bije rekordy wszech czasów. Może po prostu reszta świata jest zbyt powściągliwa, bo żyjemy w ciężkich czasach, a i malkontenctwo mamy we krwi? Nie mówię, że ten film był nadzwyczajny, ale w pośród pozostałych filmów z serii którą kocham całym sobą i jestem jej podobnie oddany był po prostu dobry. Abrams ciekawie podszedł do tematu. Wykorzystał znane schematy, by wprowadzić w Gwiezdne wojny nowe pokolenie – nie tylko bohaterów, ale i fanów. To się udało. Starsi odnaleźli nostalgiczne lusterko, w którym wiekowy Harrison Ford przeżywa swoje przygody, znaleźli znajome miejsca i pojazdy (Sokół i X-wing kasują każdy jeden pojazd z poprzedniej trylogii). Nowi ujrzeli unowocześnioną wersję filmu, który w ich mniemaniu trąci myszką (tak, Nowa nadzieje takim filmem ma prawo już być) ze wspaniałymi młodymi bohaterami.
        Wydaje mi się, że nostalgia każe wspominać części I-III jako dobre, a przecież one były fatalnie rozpisane, przeciętnie zagrane i wręcz stanowią gwałt na klasycznej trylogii, jeśli chodzi o przekaz. Co z tego, że były piękne wizualnie i dźwiękowo, jeśli dialogi kaleczą uszy i obrażają inteligencję widza.

  3. KubaJ
    2016-01-02 at 18:11 — Odpowiedz

    To jest film dla starych fanów. Pierwszą trylogię przeżywałem w kinie. Drugą przesypiałem przed TV. Teraz dostałem od Abramsa odcinek 6.5, w którym reżyser mówi: możesz spokojnie przyjść na następne części. Będzie to co lubisz i nie będzie żadnych JarJarow. Jeśli wykorzystamy nowości, to nie będą one tak nachalne jak w pierwszej trylogii. Kupuję to.
    I jeszcze: cokolwiek by o tym filmie nie mówić, to warto iść IMHO dla jednej sceny. Przez kilka dni po seansie prześladowały mnie oczy Harrisona Forda, które redefiniują pojęcie Ojcostwa. To zrozumie tylko człowiek, który sam ma synów. Jeszcze tylko trochę ponad 500 dni do następnej częsci

    • 2016-01-02 at 20:40 — Odpowiedz

      Masz słuszność dotyczącą ojcostwa, a postrzegania wspomnianej sceny. Pośród fanów starego kanału irc #starwars-pl przewijała się szeroka dyskusja na ten temat. Osoby, które nadal są bez dzieci podchodzą krytycznie do zachowania Solo. Po drugiej stronie są osoby, które posiadają dzieci, jak np. ja syna i zachowanie Hana jest dla nas bezkrytyczne. Po prostu musiał tak postąpić. Zresztą to nie był ten sam przemytnik, którego poznaliśmy w kantynie w Mos Eisley. Ewoluował już w trylogii, ale ojcostwo zmieniło go jeszcze bardziej.

Dodaj komentarz