WYMĄDRZANIE 

„Harry Angel”, czyli felieton, w którym natychmiast zdradzam puentę

Zawsze pisuję tutaj o filmach, które widziałem. Nie ma w tym nic dziwnego. Żyję już dość długo i większość tego czasu zmarnowałem, gapiąc się w ekran. Kiedyś nawet próbowałem zrobić sobie prywatny kurs filmoznawstwa, to znaczy marzyło mi się obejrzenie całej klasyki kina omówionej w stosownych podręcznikach. Do tej pory nie wiem, do czego byłoby to potrzebne. W każdym razie zdążyłem zmienić się w inżyniera Mamonia: podoba mi się to, co już widziałem, a to, co oglądam podoba mi się rzadko lub zgoła wcale. Nie zwalam winy na kryzys, toczący dziesiątą muzę, na fakt, iż się ona zużywa. Otóż ja zużywam się jeszcze szybciej i sam przypominam kliszę filmową, którą odtworzono nazbyt wiele razy. Mam swoje zgięcia, zadrapania i puste kadry. Pomięto mnie parokrotnie, a przynajmniej dwa razy zostałem wciągnięty głęboko w rolki i tryby. Tu wypada podziękować troskliwym dłoniom, które wyciągnęły mnie z tej kabały.

Filmy łączą się z życiem – czasem epoki, jak i moim własnym. To ważna rzecz. Mówię o spotkaniu, swoim i jakiegoś dzieła. Mogliśmy się zejść, ale też rozminąć. Na przykład mając czternaście lat zachwycałem się „Piątkiem Trzynastego”. To dobry film na nastoletniość i bardzo cieszę się, że przeżyłem go do kości. Dziś jednak mam go za szkodliwą szmirę. I odwrotnie. Jeszcze niedawno uważałem, że „To nie jest kraj dla starych ludzi” nie udał się braciom Coen. Po prostu nie rozumiałem postaci detektywa, którego grał Tommy Lee Jones. Dlaczego łaził tak bez sensu? Czemu był taki nieskuteczny? Dziś oczywiście wiem, bo sam stałem się człowiekiem, który nie rozumie współczesnego świata i ani myślę się skarżyć. Po prostu dziwię się, że tak szybko to nastąpiło.

Lubiłem wracać do filmów i cieszyło mnie opisywanie ich tu, na Dzikiej Bandzie. Wydawało mi się nawet, że momentami jestem rozumiany. Teraz jednak chciałbym powiedzieć parę słów o filmie, którego nie widziałem aż do teraz. Jest nim, oczywiście, „Harry Angel”. Jak to możliwe?, zapytacie. Taki niby fan horroru, ekspert od potworności, do tego przyjaciel diabelstwa, nie znalazł dwóch godzin na zapoznanie się z tym arcydziełem? Otóż, nie znalazłem, tak samo jak nigdy nie obejrzałem w całości „Przeminęło z wiatrem”, choć wypowiadałem się kilkukrotnie na temat obydwu tych tytułów. Jestem pisarzem i felietonistą. Nic nie wiem. Moją rolą jest jedynie markowanie wiedzy.

Istnieje jeszcze inny powód. Tak w ogóle z tym „Harrym Angelem” miałem sakramenckiego pecha. Pech nosił skórzaną kurtkę pełną ćwieków, był moim serdecznym kumplem i gdy zapytałem go o „Harry’ego Angela”, powiedział coś takiego (tu następuje spoiler, o którym mowa w tytule): „Słuchaj stary, zajebisty film, no wiesz, gość szuka takiego innego gościa, co zaginął, a wszyscy ludzie, z którymi rozmawia po drodze giną zamordowani. Dużo bloodu, wiesz. A na końcu okazuje się, że on szuka samego siebie, bo kiedyś podpisał pakt z diabłem, chciał się wywinąć, poświęcić kogoś innego i żył jego życiem, z jego pamięcią. A, jeszcze jedno, typ który wynajął tego gościa, żeby szukał gościa, był samym Lucyferem. Zajebista końcówka, zobacz koniecznie”.

W efekcie nie zobaczyłem „Harry’ego Angela” aż do teraz. A zobaczyłem teraz, bo coś się we mnie zmieniło.

Kiedyś oglądałem filmy ze względu na fabułę. Intrygujące posplatanie wątków było dla mnie najważniejsze. Dlatego podobała mi się pierwsza „Piła” i cztery pierwsze dzieła M. Nighta Shyamalana. Film był dla mnie czymś, co potem mogłem opowiedzieć, dokładnie tak, jak mi opowiedziano „Harry’ego Angela”.  Tkwiła w tym jakaś słuszność, bo kino jest sztuką narracyjną, tylko już tak nie umiem. Gdyby tak odrzeć wszystkie fabuły z mięsa, aż do kości, ile opowieści nam zostanie. Kilkadziesiąt? Kilkanaście? Z pewnością da się je wszystkie zapisać na kartce papieru zeszytowego. Znali je już Grecy.

„Harrego Angela” znałem we fragmentach i kontekstach. Odpaliłem i zatonąłem. Nie obchodziło mnie, że wszystko zmierza do wiadomego finału, ku windzie jadącej na to bardzo szczególne piętro znajdujące się głęboko pod parterem. Interesował mnie za to uśmiech pielęgniarki, u której Harry znajduje pierwszy punkt zaczepienia, głodne oczy lekarza-morfinisty i dialektyka pewności siebie oraz przerażenia w grubasie, który opowiadał naszemu milusińskiemu historię paktu z diabłem i jego konsekwencji. Zafrapowałem się konsekwentnym łomotem, jaki zbiera Harry, przechodząc drogę od zapitego, zarośniętego, lecz przystojnego i pewnego siebie mężczyzny, do zrozpaczonego nieszczęśnika, który, pocąc się, kuśtyka ku zatraceniu. Nikt nigdy nie jadł jajka tak, jak Robert de Niro. Podobał mi się łomot, jaki nieustannie zbierał i to, jak wylądował w wodzie, wywracając stoisko z homarami. Podziwiałem biedę i barwy Nowego Orleanu, te groby oblane wódką, na których kładzie się jedzenie, te zadymione speluny pulsujące jazzem i dziki taniec voodoo z krwią spływającą na nagie piersi. Do diabła zresztą z tym biustem! Chyba w żadnym innym filmie krew nie wyglądała tak pięknie, żeby wspomnieć tylko scenę erotyczną pod sam koniec, kiedy deszcz, przeciekający przez dziurawy sufit nagle zabarwia się na czerwono. To dla mnie jest istotne, nie podwójna tożsamość Harry’ego, czy żółte oczy Louisa Cyphera. A jednak – napiszę o zakończeniu.

Jest ono znakomite i mogę tylko wyobrażać sobie, jaki byłbym wstrząśnięty, gdyby kolega tak nie kłapał mordą. Jednocześnie ten rodzaj finału pozostaje uprawniony jedynie w „Harrym Angelu”. Chodzi mi o sytuację, w której bohater okazuje się jednocześnie sprawcą, poluje na siebie samego, samego siebie szuka. Niedługo później analogicznego chwytu użyto w „Candymanie”, niszcząc to, w gruncie rzeczy, zacne straszydło. To jeden przykład z dziesiątek. Mili moi, tak już nie wolno. Bo nakręcony został „Harry Angel”. Zakończenie w stylu „Hej, to cały czas byleś ty” powinno zostać pogrzebane razem z „Kolego, to wszystko było złudzeniem” albo „Umarłeś na początku filmu, mój miły”. Do widzenia, zabronione. Kto się złamie, niech jedzie windą na sam dół, za Harrym Angelem.

Przeżyłem ten film z jeszcze jednego powodu. Harry urodził się w 1918 roku, akcja dzieje się w latach pięćdziesiątych, ma więc mniej więcej tyle lat, co ja. Niedługo przed jazdą na dół, skonfrontowany z prawdą, powtarza do lustra „Wiem, kim jestem!” coraz bardziej zrozpaczony. Niedawno powiedziałem sobie te same słowa. Byłem jednak spokojny i zadowolony. Krzepiły mnie doświadczenia, gorzkie, jak i słodkie, oraz wiara w przyszłość. Miałem pewność, że znalazłem swoją drogę i znam własne imię.

Czy na pewno?

ABC
Poprzedni

Quantico - terroryzm i sercowe rozterki [recenzja]

Taurus Media
Następny

Black Science #2: Teraz, nigdzie - Nowoczesne Weird Tales [recenzja]

Łukasz Orbitowski

Łukasz Orbitowski

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i "Nowej Fantastyki". Aktualnie mieszka w Warszawie.

1 Comment

  1. Anonim
    2015-10-13 at 18:35 — Odpowiedz

    Nice.

Dodaj komentarz