WYMĄDRZANIE 

Jak zrobić portal internetowy – antyporadnik

Przyjemnie jest, kiedy cenieni ludzie w mediach dostrzegają twoją robotę. Bardzo. Dlatego kiedy Karolina Piotrowska wymieniła nas znaczy Dziką Bandę w swoim tekście, jako wzór dla tych, którzy marudząc na zmiany w ustawach, powinni spróbować stworzyć coś swojego, ucieszyliśmy się. Naprawdę. Faktycznie – to miejsce, w którym jesteście, czyli nasz portal, stworzyłem od początku sam. Ale czy jesteśmy wzorem?

Inaczej – może i wzorem jesteśmy. Ostatnio zresztą od ludzi związanych z reklamą usłyszałem, że nasz przypadek powinien być omawiany na zajęciach z marketingu, jako przykład na to, jak stworzyć markę z niczego. Nie powiem – to miłe i schlebia. Niemniej uważam, że przykładem jesteśmy kiepskim, bo żeby dotrzeć do tego miejsca, w którym jesteśmy trzeba poświęcić tak dużo, że czasami dziwię się, że w ogóle to udało się osiągnąć.

Gdzie jesteśmy? Mamy rok 2016, dzień 3 stycznia. W minionym roku nasz portal ma swoich 320 tysięcy użytkowników (w zasadzie odkąd zaczęło działać SEO, czyli maja 2015). Każdy z nich czytał przynajmniej cztery teksty. W najlepszym dniu mieliśmy około 40 tysięcy użytkowników na stronie. W najgorszym pięćset osób. Facebook żyje swoim życiem. Tygodniowo dociera do około 100 tysięcy osób (w zależności od tygodnia od 60 do 100), z czego między trzy a dziesięć tysięcy osób reaguje (udostępnia, wrzuca like, komentuje). Wypracowaliśmy bardzo cenną, bo myślącą grupę docelową, mamy wiernych czytelników, a nowi przybywają codziennie. Żeby nie być gołosłownym. Mamy 3 stycznia. Na dziś odwiedziło nas więcej osób niż w całym styczniu 2015.

Czy to wyniki imponujące? Wszystko zależy, do czego je porównać. Dajmy na to ONET. Dziennie na ich główną wchodzi milion osób. Dziennie wrzucają między 300 a 400 tekstów. U nas na główną stronę dziennie wpada od dwóch do siedmiu tekstów. Odwiedza nas dziennie od dwóch do dziesięciu tysięcy osób. Słabo? Jeśli mielibyśmy być ogólnopolskim portalem informacyjnym – kiepsko, nawet bardzo kiepsko. Ale my jesteśmy specjalistyczną stroną zajmującą się dostarczaniem bardzo specyficznego kontentu – bo autorskiego. I to autorskiego w dawnym, zapomnianym znaczeniu tego określenia. Czyli publikujemy teksty problemowe, a nieprzetrawione przez piętnastu amatorów newsy, czy autorskie ogłoszenia w stylu – mamy nowy trailer. Gdybyśmy robili tak (udawali, że tekst autorski, to wrzutka newsa, opis trailera, informacja, że George R.R. Martin zrobił kupkę) zapewne dobilibyśmy już do miliona użytkowników. Albo nie. Może stracilibyśmy wszystkich, bo ci, którzy nas odwiedzają nie szukają przekłamanych treści. Chcą konkretu. Przeczytać coś ciekawego do śniadania, dowiedzieć się, co kupić na urodziny itp. Model trudny. Najtrudniejszy. Pamiętam jak rozmawiałem kiedyś z panem Michałem Brańskim (ten od WP) o Bandzie – uprzejmie życzył powodzenia, nie wierząc przy tym, że uda nam się wyjść ponad kilka tysięcy użytkowników. – Ludzie nie potrzebują rzetelnych informacji, potrzebują masy informacji. No i co Panie Michale? Dwa lata później – jak Pan myśli, udało się nam coś osiągnąć czy nie? Lub inaczej – ile tekstów z działu kultura WP było publicznie dyskutowane w 2015? Do ilu odnosili się brytyjscy scenarzyści z BBC?

Odkąd zajmuję się Internetem (czyli gdzieś od 2007 roku, kiedy dostałem na niespełna rok możliwość prowadzenia kultury online w „Newsweeku”) jestem absolutnie przekonany, że tego typu wypowiedzi to największa bzdura, jaką można usłyszeć. Gdyby ludzie byli tak łatwi w obsłudze mielibyśmy same portale podające informacje o cyckach. Jest ich dużo – pewnie, bo prawdą jest, że masa chce prostoty, cycków, butów, Grey’a i polityki. Tyle że masa nie kupuje. Masa pochłania. Masa jest bezmyślna. Masa nie ma gustu. Masa ma gust masowy.

Ile osób z miliona użytkowników ONETU tak naprawdę jest zainteresowane np. kupieniem nowej powieści Jamesa Ellroya? Powiedzmy, że dwadzieścia. Żeby dotrzeć do tych dwudziestu osób, agencje reklamowe płacą za cały nadbagaż, który pięknie wygląda w statystykach, ale wart jest mniej więcej tyle, co błoto. Dowcip polega na tym, aby stworzyć miejsce w sieci, które odseparuje błoto. Jak to się robi? Mniej więcej tak jak my zrobiliśmy. Wybraliśmy drogę najgorszą i najtrudniejszą. Zdecydowaliśmy się stworzyć markę, a dopiero potem zając się pieniędzmi.

Piszę, że to droga najtrudniejsza, bo większość inwestorów myśli zazwyczaj w kategoriach szybkiego zysku. Bez pieniędzy trudno się buduje. Bez pieniędzy trudno osiąga się zasięgi. Te wszystkie cyfry, które podałem – zostały osiągnięte bez grosza wydanego na promocję. Nie boostujemy FB, nie mamy niebywale wypasionego SEO, które ciągnie nas w górę. Mamy dobre SEO, którego efekty widać w statystykach dopiero od czerwca – i swoje głowy. I pieniędzy też nie mamy, bo jakoś szczęścia do inwestorów nie mieliśmy. O ile jeszcze pierwszego byłem w stanie zrozumieć, dla naszych (moich) byłych partnerów już zrozumienia nie mam. Żeby była jasność – nie mam do nikogo pretensji. Jestem tylko ubawiony tym jak niektórym osobom wydaje się, że w pół roku można zamienić portal rozwijający się, ale przynoszący straty w dochód wart miliony. Na rozstanie trochę w nerwach, trochę jednak z przekory zaproponowałem byłemu wspólnikowi, aby następnym razem jak będzie chciał zobaczyć kilka milionów na koncie w pół roku, niech dogada się z chłopakami z Meksyku. Co prawda współpraca z kartelami może być niebezpieczna dla zdrowia, ale przynajmniej dochodowa.

A wracając do Bandy. W 2013 roku mieliśmy całe zawrotne osiem i pół tysiąca użytkowników. W 2014 – 95 tysięcy. W 2014 roku wydaliśmy uwaga ponad 40 tysięcy PLN na stronę i agencję reklamową. Opłacało się? Prawie – gdybyśmy zajmowali się udostępnianiem filmów porno, bylibyśmy dobrze wypozycjonowani. Banda latała wtedy głównie po porno torrentach. Rok 2015 (tak naprawdę druga połowa) był rewolucją. Skokiem jakościowym, skokiem ruchowym, skokiem we wszystkim. I koszmarem, bo nasz inwestor uznał, że jednak nie będzie z nami pracował, tylko zapomniał o tym wspomnieć – stąd też w 2016 rok wchodzimy dzięki niemu z bagażem, który musimy odpracować. Czy się boję? Pewnie. Ale jedno wiem. Liczby nie kłamią. To, co dzieje się na stronie też. Rok 2016 będzie niezwykły, bo dotarliśmy do momentu, w którym mamy przed sobą dwie drogi. Albo wszystko zamknąć i wrócić do zwyczajnej pracy. Albo rzucić się na wodę tak głęboką jak nigdy. Przez trzy lata stworzyłem (patrz zdjęcie) we własnym kantorku miejsce, które zaczęło żyć niezwykłym życiem

biurko2016

Tu pisze się Banda

Karolina napisała, że – Jessica Mercedes, Maffashion czy Kasia Tusk albo Dzika Banda, WeBook, Stopklatka, Krytyka Polityczna albo Łyk Kultury wiedzą więcej o tym, jak robi się biznes w mediach i jest się zadowolonym od szefów wielu państwowych anten. Nie wiem jak inni, ale tego jak robić biznes w sieci uczę się cały czas. Kiedy w „Newsweeku” robiliśmy kulturę online, z zera użytkowników wprowadziłem wtedy (w 2007 roku) portal do 100 tysięcy. Kiedy zarząd Axla odebrał nam pieniądze, wynegocjowałem (czy raczej zainicjowałem negocjacje a potem wprowadziłem w życie) kontrakt na kilkadziesiąt tysięcy z dużym dystrybutorem, tylko po to, żeby dział online miał finanse. Potem wszystko się zmieniło, ale kiedy pożegnałem się z robotą dla Internetu dział żył. Umarł jakiś czas później i dopiero teraz odżył.

Znam swojego odbiorcę, wiem, czego chce, wiem jak mu to dostarczyć. Wiem jak zdobyć nowego, wiem, co mamy zrobić, aby być wielcy. Wiem też, czego nie robić. Nie podejmować decyzji w sytuacji, kiedy nie jesteś pewnym inwestora. Unikać ludzi, którym wydaje się, że pierwszy milion można z kogoś wycisnąć (czytaj: ze mnie). Dwoma swoimi i kilkoma zaprzyjaźnionymi łapkami w trzy lata stworzyliśmy domenę wartą kilkaset tysięcy. Portal, który jest atrakcyjnym miejscem dla kilku firm i zarazem miejsce przyjazne odbiorcy. Przyjazne, bo niepróbujące gwałcić go przez oczodoły pustymi „klikmateriałami”. Koszt realizacji? Wszystko, co miałem. Przyszłość? Się dowiemy.

Ale akurat o przyszłość jestem spokojny. Rynek się zmienił. Reklama odsłonowa umarła. Podobnie jak docieranie do klienta poprzez wielkie, masowe portale. Żyjemy w epoce nisz. A nasza nisza ciągle się poszerza… Wiem jak ją sprawić, żeby była ogromna. Tyle, że aby dotrzeć do tego miejsca i mieć tę wiedzę, trzeba było przejść przez piekło. I pisząc piekło, mam na myśli PIEKŁO. Prawdziwe. Takie, kiedy musisz pożyczać na chleb, modlić się o to, żeby dziecko nie zachorowało, a ty w lustrze widzisz jak z dnia na dzień twoja twarz starzeje się o kilka lat. Życie. Nie da się odnieść sukcesu bez poświęcenia. I dlatego tak mało osób realizuje takie projekty jak nasz. Kto chciałby żyć w ciągłym stresie dwa lata? Nikt o zdrowych zmysłach. Spokojnie – nie żalę się. Po prostu widzę ile to kosztuje i jednego jestem pewny – nigdy drugi raz w życiu na coś takiego się nie porwę. No chyba, że ktoś zapłaci mi za to duże, naprawdę duże pieniądze.

Warner Bros
Poprzedni

Zakazana planeta - 60 lat legendy popkultury

the ridiculous 6 recenzja
Następny

The Ridiculous 6 - Adam Sandler bawi się w western [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

7 Comments

  1. 2016-01-03 at 19:16 — Odpowiedz

    no stary, własnie palę camela za wasze powodzenie w tym roku(i przyszłych też).

  2. 2016-01-03 at 20:02 — Odpowiedz

    I tak trzymać. Dzięki za content i powodzenia

  3. 2016-01-04 at 00:06 — Odpowiedz

    Od jakiegoś czasu dzikabanda to dla mnie najciekawsze miejsce w sieci. Tak trzymać.

  4. 2016-01-04 at 20:19 — Odpowiedz

    Zaglądam regularnie, najcześciej czytam Ćwieka, zerkam na recenzje, ale tylko wtedy kiedy mam więcej czasu… Jako człowiek osadzony w kreacji i strategii marki uważam, że trendy zmierzają ku temu by kontent był wartościowy. Bo wbrew powszechnej opinii użytkownicy są coraz bardziej świadomi, oczekują usług na wysokim poziomie, a zadowolony użytkownik jest lojalny! Jako projektant (digital, ux) uważam, że przed Dziką Bandą w 2016 roku jeszcze ogrom pracy w warstwie wizualnej i architektury informacji, bo użyteczność serwisu trochę kuleje.

    Trzymam kciuki :)

  5. powialochlodem
    2016-01-07 at 10:19 — Odpowiedz

    Szczerze przyznam trochę tęsknie za starym logiem. W jakiś pokrętny sposób kojarzyło mi się zawsze z buntownikami rodem z Dzikiego Zachodu. Razem z tym szły w parze idylliczne i nieraz bardzo naiwne wyobrażenia na temat istnienia takich ludzi. Czytam Państwa teksty, ponieważ są cudownie rzeczowe, rzetelne i świetnie napisane. Nie pomnę już ile razy przekonaliście mnie do jakiejś książki, ile razy pokazaliście mi autora, którego warto znać i ile razy lektura Państwa tekstów umiliła mi śniadanie czy podróż komunikacją miejską. Swoją drogą wyjątkowo dobrze czyta się Dziką Bandę na telefonie :) Dodałabym jeszcze, że najbardziej lubię właśnie Pana teksty (szczególnie te dłuższe) i Pana Łukasza Radeckiego, ale zastanawiam się, czy nie uznane by to było za zbyt duże wazeliniarstwo? W każdym razie bardzo się cieszę, że portal taki jak ten istnieje.

    Życzę wytrwałości i powodzenia w nadchodzącym roku!

  6. 2016-01-07 at 10:40 — Odpowiedz

    Trzymam kciuki! Od niedawna Dzika Banda jest moją codzienną lekturą obowiązkową i oderwać od niej się nie dam! Teksty na portalu to balsam, remedium na zbolałe szare komórki poranione banalnością i głupotą współczesnych mediów.

Dodaj komentarz