WYMĄDRZANIE 

Je suis Dobermann

Wyrywaliśmy sobie czasopismo z rąk, próbując na wyścigi przeczytać krótki artykuł o ponoć najbrutalniejszym filmie wszech czasów. Vincent Cassel i Monika Bellucci to jedyne nazwiska, jakie kojarzyliśmy – Cassela ze świetnej, czarno-białej „Nienawiści”, Bellucci z „Apartamentu”. Najbardziej jednak przemawiały do naszej wyobraźni frazy: adaptacja komiksu, nowatorski montaż, niebieski filtr kamery. Film dozwolony od lat 21! Nawet u schyłku komuny nie trafiała się taka kategoria wiekowa.

Z pewną obawą wracam do filmów sprzed lat – filmów, które w danym momencie odcisnęły niezapomniane, cudowne piętno na moim głodnym wrażeń, młodocianym umyśle. Niektóre bronią się po latach, inne niepotrzebnie odkurzam, psując efekt pierwszego, dziewiczego razu. Największym rozczarowaniem okazują się te obejrzane w dzieciństwie. Nigdy nie zachwycą mnie już (nie przestraszą) tak intensywnie „Gwiezdne wojny”, „Terminator”, „Critters” , „Indiana Jones” czy „Rambo”. Nic, czego doświadczamy za dzieciaka nie odbieramy w dorosłym życiu równie szczerze i głęboko. Natomiast podobna, choć mniej rozległa, przepaść dzieli postrzeganie filmowej rzeczywistości, kiedy obcujemy z nią u progu dojrzałości, a za repetę bierzemy się jako ludziska, o których już nikt, z wyjątkiem emerytów, nie ośmieli się powiedzieć: „młody człowiek”. Tak oto, po 17 latach postanowiłem zmierzyć się z pewną francuską produkcją – produkcją noszącą onegdaj znamiona prawdziwego kultu wśród podobnych mnie freaków ówczesnej awangardy.

Był rok 1998, mieliśmy po 21 lat i wydawało nam się, że jesteśmy nieśmiertelni. Zgrana paczka kumpli, których różniło niemal wszystko; od długości piór i zamożności trzosa począwszy, na gustach muzycznych i statusie społecznym kończąc. Łączyła nas miłość do kina, kina pełnego brutalnej przemocy i pulpowej poetyki komiksu. Mierzyliśmy wysoko, mieliśmy wszystko w zadkach, a świat stał przed nami otworem. Dopiero po latach miało okazać się którym. Tymczasem zarówno zatwardziali romantycy spod znaku „Dżemu” lub sataniczni metalowcy, jak i plastikowi wielbiciele „Scootera” czy nałogowi oglądacze „Disco relaxu” zgadzali się co do jednego: nie ma to jak dobry, mocny film. Kochaliśmy „Leona zawodowca”, „Kruka”, „Pulp fiction”, „Urodzonych morderców” i produkcje Johna Woo z „Dziećmi triady” na czele. Wałkowaliśmy te filmy na okrągło, dopóki przegrzany odtwarzacz video nie wciągnął sfatygowanej do granic możliwości taśmy VHSu. Tonęliśmy w oparach carmenów i sobieskich, łoiliśmy tanie wińsko, jaraliśmy nadal niewzbogacaną amoniakiem trawę i wciągaliśmy nosem chlubę polskich narko-kucharzy – amfetaminę czystą jak bielizna wyprana w proszku Omo. Marzyliśmy o wielkich rzeczach, podnosiliśmy wielkie ciężary na siłowni, graliśmy w piłkę i męczyliśmy klawiatury naszych pecetów, zachłystując się „Quakeiem”. Istnieliśmy pełną piersią, przekonani, że nie ma sensu dobijać do trzydziestki. Chcieliśmy żyć jak bohaterowie naszych filmów – gangsterką, chaosem, bezkompromisową nonszalancją oraz totalną beztroską. I zanim świat podarował nam „Fight club”, „Matrixa” i „Sin City”, pojawił się on – „Dobermann”.

Z podkręconych na maksa głośników ryczy Prodigy na zmianę z elektronicznym łkaniem niemal „morriconowskiego” Schyzomaniaca, z ekranu wali po oczach jeden wielki, mroczny teledysk – pulpowo przerysowany, dynamicznie zmontowany, pełen efektownej brutalności i neohardboildowego wdzięku.

Pewnego pochmurnego popołudnia oszaleliśmy ze szczęścia. Ktoś przytargał mocno przechodzony egzemplarz „Playboya”, a może jakiegoś innego magazynu z gołymi dupami i zamiast rozwinąć rozkładówkę celem debaty nad wyższością wygolonej piczki nad kudłatym łonem, stuknął palcem w nieziemsko zajebisty plakat, z którego patrzyły na nas wredne typki uzbrojone po zęby w bardzo wredne spluwy i oznajmił uroczystym tonem: to będzie coś, chłopaki! Wyrywaliśmy sobie czasopismo z rąk, próbując na wyścigi przeczytać krótki artykuł o ponoć najbrutalniejszym filmie wszech czasów. Vincent Cassel i Monika Bellucci to jedyne nazwiska, jakie kojarzyliśmy – Cassela ze świetnej, czarno-białej „Nienawiści”, Bellucci z „Apartamentu”. Najbardziej jednak przemawiały do naszej wyobraźni frazy: adaptacja komiksu, nowatorski montaż, niebieski filtr kamery. Film dozwolony od lat 21! Nawet u schyłku komuny nie trafiała się taka kategoria wiekowa.

Musieliśmy to zobaczyć, koniecznie w kinie.

Odczekaliśmy do weekendu; do kina „Kosmos” – jednego z pierwszych, zanim nastały popularne sieciówki, wyposażonego od niedawna w nowoczesny system audio – pojechaliśmy godzinę wcześniej, dumnie uzbrojeni w dowody osobiste. O dziwo nie było kolejki, bileter nawet na nas nie spojrzał, najwyraźniej szczęśliwy, że ktoś w ogóle pofatygował się na seans. Na sali zebrało się z piętnaście osób. Umarliśmy z wrażenia już przy pierwszej scenie.

Oto przy akompaniamencie mieszanki techniawkowego beatu oraz cmentarnego chóru „gregoriańskiego” z piekła rodem, wśród otulonych mgłą grobów, w cieniu neogotyckiej świątyni, komiksowy koleś o głowie psa, odziany w czarny płaszcz, niebieskie dżiny i motocyklowe glany naparza na oślep z olbrzymiego Magnum 357, następnie wyciąga fujarę i leje sobie na buty. Zbliżenie na cyfrową, uzbrojoną w potężne zębiska mordę i płynne przejście do sceny chrztu głównego bohatera. Ksiądz o facjacie godnej samego Belzebuba próbuje udzielić sakramentu, do kościoła wpada rozjuszony pies, czyniąc nieco zamieszania wśród gości spod ciemnej gwiazdy, jakby wprost wyjętych z filmów Tarantino, świeżo ochrzczony bobas w naznaczonym fatum ujęciu otrzymuje wielką spluwę w prezencie. Natychmiast zaciska na niej rączkę i… zamiast chwili wytchnienia akcja z miejsca przeskakuje jakieś 30 lat do przodu w nieziemsko efektownej komiksowej przebitce. A potem jest już tylko z górki. Z podkręconych na maksa głośników ryczy Prodigy na zmianę z elektronicznym łkaniem niemal „morriconowskiego” Schyzomaniaca, z ekranu wali po oczach jeden wielki, mroczny teledysk – pulpowo przerysowany, dynamicznie zmontowany, pełen efektownej brutalności i neohardboildowego wdzięku.

Wiedzieliśmy, że to absolutny przełom; zakochaliśmy się „Dobermannie” bez pamięci od pierwszego kadru. Takich cudów w kinie jeszcze nie było.

Nie pamiętam ile razy obejrzeliśmy ten film; termin „obejrzeliśmy” właściwie nijak nie pasuje do rzeczywistych emocji, które nam towarzyszyły podczas kolejnych seansów. Przypominało to długi, gwałtowny romans, wręcz wymyślną masturbację. Każdy weekend, dopóki film nie zszedł z ekranów, zaczynaliśmy od wizyty w kinie; czasem trzeźwi, czasem pijani, niekiedy pobudzeni białym proszkiem albo wyluzowani zielskiem. Chłonęliśmy projekcję na wszelkie możliwe sposoby. Vincent Cassel był naszym bogiem, męskim wzorcem prawdziwego twardziela, Monica Bellucci wypełniała nasze mokre sny. Zaczęliśmy uczęszczać na rave-party, marząc o tak wypasionym klubie jak „Joe’s Hell” i o policjantach tak złych jak inspektor Cristini, do których moglibyśmy bez skrupułów strzelać. Śniliśmy o lodówkach pełnych piwa, szufladach pełnych koksu i laleczkach w lateksowych spódniczkach. Każdy chciał mieć czerwone lamborghini i popalać gitanesy bez filtra. W zamian mieliśmy siebie: zagubionych młokosów u progu prawdziwej prozy życia, dziewczyny niekoniecznie jak z żurnala i film, dzięki któremu przez chwilę mogliśmy przenieść się do innego świata.

Dziś połowy naszej paczki nie ma. Niektórzy przekonali się na własnej skórze czym pachnie prawdziwa gangsterka, inni jak kończy się wieloletnie katowanie organizmu białym proszkiem. Najmniej odporni na prawdziwe życie postanowili odejść na własnych warunkach za pomocą wisielczego sznura tudzież oparów kuchenkowego gazu. Pozostali założyli rodziny, napłodzili pulchniutkich dzieci i z niecierpliwością oczekują emerytury, by w końcu odetchnąć od kredytu mieszkaniowego.

Ja sam piszę te słowa z wylegującą się na kolanach kociną, co kwadrans przerywając jej labę, by wyjść na balkon zapalić ruskiego szluga z przemytu. I tak się zastanawiam czy warto było znów po latach obejrzeć dzieło Jana Kounena. Chyba tak. Montaż nadal robi wrażenie, muza wymiata; głębiej i bardziej świadomie odebrałem wiele popkulturowych odniesień oraz zapożyczeń z wcześniejszej gatunkowej kinematografii, które w roku 1998 mi umknęły. Kategorię wiekową obniżono do 16+, co świadczy o kondycji cenzorskiej wrażliwości, a wpisy gimbusów na popularnych portalach tematycznych dobitnie sugerują, że film się zestarzał i nie robi większego wrażenia na dzisiejszej młodzieży. Do mnie natomiast wróciło wiele wspomnień, a z nimi odrobinę nostalgii za czasami, gdzie wszystko wydawało się możliwe, zaś życie ograniczało się do radosnych, pijanych wypadów do kina na specjalne pokazy od lat 21.

Kilka lat temu Billy Idol wyśpiewał kryzys wieku średniego w jednej ze swoich piosenek:

„…Nothing’s gonna be the same
And everything you know
Keep inside your soul
Tonight I’m gonna be John Wayne…”

Ja śpiewać nie zamierzam, tym bardziej wcielać się w ikonę klasycznego westernu. Co najwyżej mogę sobie wyobrazić, że zakładam czarny skórzany płaszcz, niebieskie dżiny i motocyklowe glany; ubieram twarz w drapieżną nonszalancję i ciemne okulary, kradnę Bondowi Monicę Bellucci, po czym ruszam w miasto siać rozpierduchę, warcząc groźnie pod nosem: Je suis Dobermann.

UIP
Poprzedni

Paranormal Activity: Inny wymiar – nuda z demonami [recenzja]

lisbeth-salander-wallpaper-new-collection-tt4w550017
Następny

Piotr Bilski - Cyfrowa przyszłość, czyli czy Lisbeth Salander istniała? [wywiad]

Juliusz Wojciechowicz

Juliusz Wojciechowicz

Rocznik ‘77, mieszkaniec Lublina. Prozaik, krótkoformista twórczo skupiony na literackiej grozie, grotesce oraz literaturze fantastyczno-obyczajowej. W 2015 roku jego opowiadanie Ostatni prezent otrzymało nominację do Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Publikował w antologiach: Człowiekiem jestem (Morpho, 2013), Toystories (Morpho, 2014), Księga wampirów (Studio Truso, 2014), Horror na Roztoczu 2: Insomnia (Alter Manes, 2015). Pomysłodawca i współautor książek Pokłosie (Gmork, 2015), Hardboiled (Gmork, 2015), w przygotowaniu: Bez znieczulenia (Gmork, 2016).

1 Comment

  1. 2015-12-20 at 20:18 — Odpowiedz

    LE DOBERMANN C MOI

Dodaj komentarz