WYMĄDRZANIE 

Jessica Jones i popkultura gwałtu [serial]

Zacznijmy może od kilku faktów w ramach wprowadzenia oraz ogólnych, ale dość powszechnych opinii: „Jessica Jones”, produkcja oparta na wyśmienitym komiksie „Alias” jest drugim – po „Dardevilu” – owocem współpracy między należącym do Disneya Marvelem, a platformą VOD Netflix. Będzie ich jeszcze kilka, w zapowiedziach i założeniach mają być równie mroczne co dwie pierwsze i – tu wspomniane w pierwszym zdaniu opinie – zapowiadają się co najmniej równie dobrze jak one. A już obie zrealizowane produkcje zawiesiły poprzeczkę bardzo wysoko, bo to sprawnie, rzetelnie i uczciwie opowiedziane historie o ciekawie skonstruowanych herosie i heroinie.

Problem pojawia się jednak, gdy ktoś próbuje z nich zrobić coś więcej, gdy wznoszą się pierwsze sztandary, a stawką nie jest już co najwyżej rywalizacja między dwoma komiksowymi uniwersami kto może i potrafi opowiadać mroczniej, ale o to jaką rzekomą rewolucję dana produkcja za sobą niesie.

Nie tak dawno temu, bo przy okazji premiery drugiej części Avengers mieliśmy do czynienia z dwoma całkiem głośnymi w fanowskim światku aferami przeciwko którym wypowiadali się – jak zawsze bardzo różnie, od wypowiedzi bardzo rzeczowych i konkretnych po skrajnie hejterskie – tak przedstawicielki i przedstawiciele środowisk feministycznych, jak i wielu dającym się porwać ich retoryce. Pierwsza z rzeczonych afer dotyczyła żartu Tony’ego Starka na temat prawa pierwszej nocy i od samego swego początku była skrajnym przejawem pompowania balonika hejterskim gównem.

Afera druga była znacznie ciekawsza, w nie tak oczywisty sposób niesłuszna i wreszcie znamienna w kontekście tego, co teraz mówi się o „Jessice Jones”. Chodzi dokładnie o scenę kluczową dla wątku Hulka i Czarnej Wdowy, rozmowę, w której Natasza mówi o tym, że pozbawiono ją możliwości założenia rodziny i uczyniono z niej potwora. Whedon nie wyjaśniał co prawda czy macierzyństwo rzeczywiście było pragnieniem Czarnej Wdowy, czy to tylko świadomość braku możliwości, pozbawienia wyboru jest tu sednem, ale też nie powiedział jednoznacznie, że to tylko przykład, więc w nadmiernym uproszczeniu postawiono – a dokładniej część fanów postawiła – między owym potworem a bezpłodnością znak równości. Jestem potworem, bo nie mogę mieć dzieci/rodziny.

Uproszczenie to choć niezasadne, jest jednak w pewnym stopniu zrozumiałe. Scenie oberwało się za popkulturowy całokształt. Obraz ewentualnej heroiny jako kwoki, dla której jedynym spełnieniem i szczęściem jest macierzyństwo i bycie matką wbito nam do głów bardzo mocno. Schemat, gdy jedyne czego waleczna bohaterka pragnie to powrót do status quo, gdy znowu będzie mogła być kurą domową powtarza się w kinie często i ma prawo wkurzać. Więcej, być owa częstotliwość może tłumaczyć – bo już nie usprawiedliwia – pewne paranoiczne doszukiwanie się tego wzorca ilekroć słowo na M lub wizja małego domku na prerii choćby przemknie przez kobiecą kwestię mówioną.

Rzecz w tym, że to nie jedyny tak mocny schemat heroiny jaki ukształtowała nam popkultura i o ile Natasza wcale niekoniecznie wpisywała się w pierwszy, o tyle Jessica Jones jest właściwie modelowym przykładem drugiego.

Pamiętacie taki film jak „Nigdy więcej” z Jennifer Lopez? Kobieta wychodzi za mąż za swojego przyszłego kata i ugina się, ugina, aż w końcu coś w niej, katowanej, pęka. Ucieka, próbuje zbudować nowe życie, ale wie, że się nie da, dopóki tamto wciąż na nią czyha. Przygotowuje się więc do walki, by już nie musieć się bać. Trenuje sztuki walki, by w finale rozgromić męża w brutalnej walce. Nieco tylko subtelniej do tematu niemal takiej samej bohaterki – tym razem granej przez Julię Roberts – podeszli twórcy „Sypiając z wrogiem”. Znowu kat, trauma, próba odnalezienia prawdziwej siebie i przezwyciężenia strachu, wreszcie zwycięstwo.

Jak przystało na schemat, standard, doczekał się on rozlicznych wariacji od niemal poetyckiego, mocno metaforycznego kina Drogi, przez quasiwesternowe, groteskowe „Szybcy i martwi” po ekstremalne „Pluję na twój grób”. Czasem celem była zemsta, czasem pragnienie odzyskania spokoju rozumianego tak bądź inaczej, ale fakt pozostaje faktem. Obok bohaterki walczącej jak lwica o siebie i swoją rodzinę figura kobiety feniksa, odradzającej się po traumie jest najbardziej schematyczną z heroin.

I w tym kontekście naprawdę zastanawia nazywanie „Jessici Jones” nową jakością czy też heroiną z krwi i kości, bo w zasadzie nie mamy tu nawet przez moment odejścia od utartego schematu znanego kinu od dawna i mocno ogranego. Oto zgwałcona bohaterka – i mówimy tu o gwałcie w jak najszerszym rozumieniu, jako akcie brutalnego wymuszenia, odebrania prawa do decydowania o sobie – zapada się w sobie wegetując na dnie flaszki i doszukując się własnej winy w działaniach, na które nie miała wpływu. Gdy dostaje szansę odzyskania siebie, w pierwszym odruchu panikuje, ale następuje moment przełomowy, gdy postanawia jednak walczyć. Stawką jest życie innej skrzywdzonej.

Oprócz supermocy Jessici nie ma tu dla widza nic nowego, ale i też nic nowego być nie musi. Podobnie jak „Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie” nie odmienił kina szpiegowskiego, a „Strażnicy Galaktyki” space opery, bo nikt sobie nie stawiał takiego zadania. Jest gatunek, jest jego odmiana i konsekwentna realizacja wcześniej założonego planu, w którym jest miejsce dla wszystkich znanych nam i siedzących w nas mocno popkulturowych schematów.

Paradoksalnie mocno skrytykowana Czarna Wdowa wydaje się nawet momentami niezwykle bliska Jones. Natasza również nadal nie przepracowała swojej traumy – odebranego jej gwałtem prawa wyboru i samoświadomienia – wypracowała za to szereg mechanizmów przekierowujących emocje, z ofiary próbując stać się (stając się?) drapieżnikiem. Scena jej pożegnania z Bannerem w podziemiach, zwłaszcza gdy przypomnieć sobie niezwykłe umiejętności manipulatorskie Nataszy, każe nam się zastanawiać ile z tej rozmowy w sypialni było prawdziwe, a ile na pokaz.

U Jessici nie ma nawet cienia podejrzenia, że coś jest inaczej niż podług klucza. I jeśli mam być szczery, to dobrze, bo podoba mi się ta historia, czy też inaczej, ta wersja znanego, ogranego standardu. Świetnie skomponowana, zagrana, przemyślana i doprawiona do smaku.

Bawi mnie jednak gdy czytam o tym, że nareszcie właściwa kobieca perspektywa, bo tyle postaci kobiecych, kobiet scenarzystek, a do tego jeszcze kobieta jako showrunner, co zwiastuje przecież nową jakość! Być może w podziale płac owszem, ale chyba tylko tam. Reszta już była, temat wraca co jakiś czas i raz mądrzej, raz głupiej, ale jest w kinie widoczny i nie daje nam, widzom o sobie zapomnieć. Pytanie, które należy sobie zadać, czy nie zgrał się on za mocno i czy jeszcze nas rusza to zupełnie inna kwestia.

Jeśli natomiast wielką szansą, tym punktem zwrotnym dla równouprawnienia w popkulturze ma być zrealizowanie komiksu dwóch mężczyzn stworzonego w oparach Chandlera na klasycznym, wyświechtanym schemacie jaki kino zna od lat i po wielokroć opowiedziało, to naprawdę nie wiem czy jest się o co spinać.

Disney
Poprzedni

Dobry Dinozaur - Śmierdząca skamielina w świetle małej lampki [recenzja] [film] [animacja]

black violin
Następny

Black Violin wyleczy cię z uprzedzeń

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek – publikując od dekady, miksuje różne podgatunki fantastyki z mediami innymi niż literatura. Tak powstał filmowo-serialowy "Kłamca", ukazujący kult gwiazd jako nową mitologię, rockowy "Dreszcz" będący komiksem zaserwowanym w postaci prozy, tworzący wizerunek polskiego superbohatera czy "Chłopcy", którzy nawet z najwygodniejszego fotela zabierają czytelnika na pustą drogę ciągnącą się aż po horyzont. Łącznie szesnaście tytułów. A gdy książki trafiają już do wydawnictwa, Kuba preleguje, podróżuje po świecie, grywa na gitarze, pisze teksty piosenek, scenariusze i felietony. Jego bohaterowie doczekali się komiksów, LARP-ów, filmów krótkometrażowych, adaptacji teatralnych, słuchowisk, gry karcianej i serii koszulek. Rock&Read Festival pokazało nowy sposób zabawy literaturą i rockiem, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim Ćwiek znalazł jeszcze czas, by uścisnąć ręce Bruce'a Willisa, Jossa Whedona i Stephena Kinga oraz by założyć Browncoats of Poland. Za opowiadanie "Bajka o trybach i powrotach" otrzymał Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz