WYMĄDRZANIE 

Katharsis kontra poprawność polityczna

Pierwsza myśl, jaka mnie naszła po obejrzeniu „Nienawistnej ósemki”, brzmiała: Quentin Tarantino sprawdza Stany Zjednoczone, na jak wiele może sobie pozwolić. I nie myślę tu wyłącznie o wiadrach krwi wylewających się z ekranu w groteskowo przerysowanym festiwalu przemocy. Chodzi mi bardziej o maraton rasistowskich epitetów rzucanych pod adresem majora Warrena (Samuel L. Jackson), z których zwrot „mój nubijski przyjacielu” był najbardziej wyrafinowany, a także o bezpardonowy sposób, w jaki potraktowano w filmie postacie Meksykanina Boba i Daisy. Gdyby podobną opowieść zaserwował główny nurt Fabryki Snów, scenarzyści wypolerowaliby ofiary rasizmu i szowinizmu tak, aby widz pod koniec seansu czuł się moralnie zobligowany do uronienia łzy nad okrutnym losem dyskryminowanych. Tymczasem u reżysera nazywanego nie bez kozery „hollywoodzkim enfant terrible” owi nieszczęśnicy są kanaliami tego samego kalibru, co reszta. I całe szczęście.
Tarantino oferuje widzowi to, czego od dawna brakuje w większości kinowych produkcji: katharsis.

Tarantino oferuje widzowi to, czego od dawna brakuje w większości kinowych produkcji: katharsis. Wikipedia definiuje to jako „uwolnienie od cierpienia, odreagowanie zablokowanego napięcia, stłumionych emocji, skrępowanych myśli i wyobrażeń”. Ja dodałbym do tych określeń jeszcze jedno: wentyl bezpieczeństwa. Wszystko sprowadza się do tego, że w ludzką naturę od zawsze wpisana jest ciemna strona – skłonność do agresji, bogata paleta przywar i negatywnych uczuć. Sztuka pozwala zarówno twórcom, jak widzom skanalizować to wszystko, rozładować w bezpieczny sposób, aby po seansie powrócić do rzeczywistości bez toksycznego bagażu.

Sięgam w tym momencie pamięcią do nieistniejącej już imprezy Hard Zone, która odbywała się w warszawskim klubie studenckim „Park”. Co tydzień setki ludzi zbierały się tam, aby szaleć na parkiecie i zdzierać gardła przy metalowych brzmieniach zespołów śpiewających bądź krzyczących o wszelkim syfie tego świata. W zderzeniu ze ścianą dźwięku atakującą z głośników i stając oko w oko z bywalcami HZ, nieświadome osoby postronne mogłyby dostać ataku paniki, spodziewając się, że nie wyjdą żywe z tego piekielnego kotła. Tymczasem, paradoksalnie, Hard Zone był zawsze najspokojniejszą imprezą z całego tygodniowego grafika klubu, ulubioną przez ochroniarzy, którzy wreszcie mogli się ponudzić i przez barmanki, które dla odmiany miały do czynienia z kulturalnymi ludźmi, a zamiast chamskich odzywek słyszały „proszę” i „dziękuję”.

Niestety, współczesne kino adresowane do masowego odbiorcy coraz rzadziej dostarcza prawdziwego, głębokiego katharsis. Wynika to głównie z zachowawczego amerykańskiego systemu kategorii wiekowych, którego wpływ rozlał się na cały świat. Konkretnie chodzi o nieszczęsną kategorię PG-13, pod którą przycinana jest większość produkcji aspirujących do solidnego dochodu. Teoretycznie oznacza ona ostrzeżenie, że film może zawierać sceny nieodpowiednie dla widzów poniżej 13 roku życia. W praktyce – ogromna część filmów adresowanych w zamyśle do dorosłego widza zostaje wysterylizowana ze wszelkich dorosłych treści w takim stopniu, aby mógł ją przyswoić przeciętny trzynastolatek. Trudno o solidne odreagowanie, jeśli cenzor dopilnował zawczasu, aby na ekranie nie pojawiła się zbyt dosłowna przemoc, nagość, używki, ani cięższe wulgaryzmy (jedno użycie słowa „fuck” wyczerpuje ich zapas na cały film). Kiedy nawet niektóre horrory dostają taką kategorię wiekową (vide niedawny „Las samobójców”), sytuacja staje się kuriozalna. Potrzebujesz koncertu Slipknota, a dostajesz bilet na Kenny’ego G.

Ogromna część filmów adresowanych w zamyśle do dorosłego widza zostaje wysterylizowana ze wszelkich dorosłych treści w takim stopniu, aby mógł ją przyswoić przeciętny trzynastolatek.

Dodatkową zmorą stała się polityczna poprawność, która do konieczności oglądania się na nadmiar krwi, cycków i rzucania mięsem werbalnym dołożyła przymus eliminowania wszelkich treści, które mogłyby być uznane przez kogokolwiek za obraźliwe.Nie jest to łatwe zadanie. biorąc pod uwagę narastającą społeczną hipochondrię sprawiającą, że każde urojenie może stać się pretekstem do oskarżeń o dyskryminację takiej czy innej grupy społecznej. Doskonale ilustruje to załączony obrazek – niestety, nie znam autora (źródło: 9GAG, tłumaczenie własne). Twórcy stąpają po polu minowym, bo nigdy nie wiedzą, z której strony i o co padnie zarzut. Część z nich ulega presji i dla świętego spokoju lub pod naciskiem producentów panicznie obawiających się bojkotów zaczyna brnąć w absurd coraz ściślejszej autocenzury.

9gag

Zaryzykuję stwierdzenie, że efektem tak uprawianej polityki społecznej jest między innymi ogromna popularność Donalda Trumpa – facet w realu rekompensuje Amerykanom to, czego nie daje im kultura masowa w fikcyjnych, ekranowych opowieściach, które powinny oczyszczać atmosferę. Tymczasem ciemna strona prędzej czy później zawsze dochodzi do głosu – udawanie, że jej nie ma i przykrywanie gładkimi słówkami, to żadne rozwiązanie.

Tymczasem Tarantino kręci „Nienawistną ósemkę”. Po jej obejrzeniu katharsis doświadczy biały facet, którego wkurza czarny kolega z pracy – nie może go zwymyślać, aby nie zostać oskarżonym o rasizm, więc napawa się paletą obelg padających z ekranu. Doświadczy go też Murzyn, któremu brutalna opowieść Warrena o ostatnich chwilach syna generała Smithersa da mściwą satysfakcję za wszelkie nieprzyjemności spotykające go od białasów. I wilk syty i owca cała.

Niebawem na ekrany kin trafi „Deadpool”. Obserwując reakcje środowiska, odnoszę wrażenie, że spośród komiksowych ekranizacji, to właśnie ta jest wyczekiwana z największym utęsknieniem. Dlaczego właśnie ta, a nie nowe przygody X-Men, Ligi Sprawiedliwych albo kolejna odsłona Filmowego Uniwersum Marvela? Odpowiedź tkwi w przyznanej filmowi kategorii wiekowej „R” i w kampanii promocyjnej, w której jasno widać, że filmowy Deadpool w swoich żartach i wyczynach nie będzie uznawać żadnych świętości. Znamienne, że niedawny internetowy apel o obniżenie kategorii wiekowej filmu bądź opracowanie wersji przyjaznej dla młodszych widzów, został bezpardonowo spacyfikowany przez fanów bohatera. Najwyraźniej dorośli chcą mieć chociaż jednego superbohatera na wyłączność.

Potrzeba odreagowania daje się odczuć szczególnie mocno w serialach, które ujarzmiają dla nas zło w bezpiecznym środowisku. Fala popularności takich tytułów jak m.in. „Dexter”, „Breaking Bad”, czy „Hannibal” nie wzięła się znikąd, podobnie jak olbrzymi sukces adresowanych do dorosłego widza produkcji dostarczanych przez sieci kablowe, które nie mają takich ograniczeń treści jak telewizyjna „wielka trójka” (CBS, ABC i NBC). Myślę tu o serialach w rodzaju „Gry o Tron”, „Spartakusa”, czy „Black Sails”.

Pojęcie katharsis narodziło się w starożytności – już wtedy rozumiano, że pewne popędy ludzi muszą znaleźć bezpieczne ujście. Współcześnie katartyczna funkcja szeroko pojętej kultury i sztuki popadła w zapomnienie i teraz to się mści. Im mniej mamy okazji karmienia ciemnej strony naszej natury w bezpiecznych ramach filmu, tym częściej dochodzi ona do głosu w rzeczywistości.

Freaks-of-nature-movie-poster
Poprzedni

Freaks of Nature - wampiry, zombie, kosmici i ludzie [recenzja]

Trailer Mix
Następny

A gdyby "Gwiezdne wojny"...

Jerzy Rzymowski

Jerzy Rzymowski

Jerzy Rzymowski (JeRzy) - redaktor, dziennikarz, okazjonalnie pisarz i tłumacz. Członek Klubu Tfurców. Członek-założyciel Polskiego Towarzystwa Badania Gier. Niegdyś redaktor magazynów „Kruk” i „Magia i Miecz” oraz tygodnika internetowego „GameStar”. Był współscenarzystą cyklu programów dla dzieci „Łowcy przygód” dla TVP1. W latach 2000-2002 współprowadził na antenie Radiostacji audycję „Dzikie Pola”. Jego opowiadania ukazały się m.in. w magazynie „Fenix” (1997) oraz w antologiach „Niech żyje Polska, hura!, t.2” (2006) i „Wizje alternatywne 6” (2007). Obecnie redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Fantastyka”.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz