WYMĄDRZANIE 

„Kevin sam w domu” czyli wolność i bycie potrzebnym

Naprawdę, myślałem, że ten film jest od zawsze. Oglądały go jeszcze dinozaury, tak sądziłem, wcale nie dlatego, iż odtwórca roli tytułowej przypomina dzisiaj wyjątkowo źle starzejącego się pięćdziesięciolatka. Po prostu, „Kevin sam w domu” zawsze leci w święta. Nawet lepiej: nie pamiętam innego kontekstu tego filmu, jak beka z jego obecności w gwiazdkowej ramówce telewizyjnej Polsatu.

To sympatyczna tradycja i chciałbym, aby została zachowana. Lubię, kiedy dzieła sztuki (komedia jest sztuką i to jedną z najtrudniejszych) uzyskują nieoczekiwany kontekst, jak „Plan 9 z kosmosu”, albo piosenki Rodrigueza w Republice Południowej Afryki. Wigilia jest tak okropnym dniem, że odejście od stołu do telewizora należy witać z ulgą, nawet jeśli czeka nas tylko „Kevin…”. Do tego, film Chrisa Columbusa jest całkiem sympatyczny, no i śmieszny, pod warunkiem, że kogoś bawi utytłany w pierzu kurdupel, który wywraca się na samochodzikach tylko po to, by żelazko spadło mu na głowę.

Skąd popularność tego akurat dzieła? Czemu nie padło na którąś z ekranizacji „Opowieści wigilijnej” albo „Grincha” z Jimem Carrey’em? Przyczyny mogą być złożone. „Kevin sam w domu” ukazał się dwadzieścia pięć lat temu, czyli w pierwszym roku, który zaczęliśmy i skończyliśmy w wolnej Polsce. Może to nie ma wielkiego znaczenia. Moim zdaniem, jakieś ma. Macaulay Culkin w swojej kreacji zdołał połączyć uroczego chłopczyka oraz łobuza. Niewielu dziecięcym aktorom udaje się taka sztuka. Jego późniejsza historia (tak tragiczna, jak i niezawiniona) przydaje dziełu dodatkowego znaczenia. Dorosłego Kevina mało kto wpuściłby do domu, zwłaszcza w wigilię. Bo tu właśnie o wigilię chodzi.

„Kevin sam w domu” opowiada o świętach bez świąt, o ucieczce od rodzinnego ciepła, prezentów i świętych Mikołajów. W ten sposób koresponduje z pragnieniami wielu gości przy wigilijnym stole, a już na pewno mnie samego. Często jest tak, że chcemy gdzieś być i nie chcemy, jednocześnie. Ja najchętniej gdzieś bym się schował.

Jaka właściwie jest ta opowieść. Pyskaty małolat zostaje zesłany na strych (dość komfortowy, życzyłbym sobie takiego więzienia w swoim własnym dzieciństwie), a następnie porzucony wskutek pośpiechu i zaniedbania. Orientuje się, że jego wcześniejsze życzenie zostało spełnione. Mianowicie, winszował sobie zniknięcia własnej rodziny. Doczekawszy się spełnienia tej, jakże rozumnej potrzeby, wyżywa się w wolności, której tak bardzo potrzebował. Przegląda „Playboya”, je mnóstwo lodów i ogląda filmy dla dorosłych. Omija go przedświąteczny rejwach i składanie życzeń tępemu, gburowatemu wujkowi. Nie musi czekać aż wszyscy zjedzą, aby dorwać się do prezentów – ta cała, niespodziewana wolność, jest dla niego najlepszym prezentem. Przynajmniej do pewnego czasu.

Niewiele pamiętam z dzieciństwa, ale wiem jak ważna jest wolność. Dziecko ma miłość, uwagę i troskę, lecz wolności raczej nie otrzyma. Najczęściej przebywa w towarzystwie dorosłych. Musi opowiadać gdzie było i co porabiało. Jeśli nie wykona polecenia, czeka je kara. Nieustannie podlega kontroli i ocenie, pozostając w pełni zależnym od dorosłych. Nie dysponuje nawet własnymi pieniędzmi, kręcąc się w pobliżu kieszeni osób dorosłych. To wszystko jest bardzo słuszne. Tak właśnie musi być. Dlatego jednak nienawidziłem bycia dzieckiem, jestem bardzo szczęśliwy, że dzieciństwo dobiegło końca i życzę mojemu synowi aby jak najszybciej stał się pełnoletni, kosił gruby hajs i pawianił przed zacnymi szmulami w modnych lokalach. Wolność jest w życiu najważniejsza. Ale jest jeszcze coś.

Kevin zyskuje tę wolność i robi z niej najlepszy z możliwych użytków (skądinąd, mądrości które wypowiada oraz inwencja w starciu z rabusiami wskazują na dorosłego faceta w ciele ośmiolatka). Potrafi obronić swój dom, podczas gdy rodzice okazali się bezradni jak nomen omen dzieci. Nikt tam nie potrafił nawet rozpoznać fałszywego policjanta. Co ważniejsze, Kevin doprowadza do zgody pomiędzy starszym sąsiadem a jego rodziną. Jego interwencja kończy wieloletnią waśń. Słowem, jest potrzebny.

Prócz braku wolności, jako dziecku dokuczała mi własna niepotrzebność. Czułem ją intuicyjnie, lecz nie mogłem wyrazić w sposób jasny. Chcę aby dobrze mnie zrozumiano. Byłem kochanym dzieckiem. Rodzice, dziadkowie, ciocia i wujek bardzo się o mnie troszczyli. Ale dzieci są niepotrzebne w swym wymiarze praktycznym właśnie ze względu na swoją dziecięcość. Nie przynoszą pieniędzy do domu. Nie powierzamy im poważnych zadań. O sprawach istotnych rozmawiają wyłącznie dorośli, nie pozwalając dzieciom podsłuchiwać. Do diabła, ośmiolatek rzadko kiedy zostaje sam w domu dłużej niż na kwadrans! Znów – tak powinno być, taka kolej rzeczy, ale i kolejny powód dla którego nienawidziłem dzieciństwa.

Kevin zyskuje wolność i używa jej do tego, aby stać się potrzebnym. Dlatego lubię ten film. I dlatego cieszę się, że poleci też w tę wigilię.

Z tej okazji – zamiast świątecznych życzeń dla czytelników Dzikiej Bandy – podzielę się opowieścią o mojej jedynej samotnej wigilii. Chętnie też dodam, że dla mnie, tak naprawdę, to żadne Narodziny Pańskie, lecz starożytne Święto Słońca. Mieszkałem wtedy w Kopenhadze. Zasłoniłem się drogimi biletami lotniczymi oraz obecnością kotów, którymi musiałem się zająć. Zostałem sam w domu, tak jak zawsze sobie życzyłem. Porozmawiałem z rodziną przez skype, otworzyłem butelkę dobrej whisky, słuchałem muzyki i grałem na konsoli, zadowolony ze szczęścia, jakie zesłał na mnie łaskawy los.

Wedle dwudziestej drugiej, kiedy we flaszce została zaledwie połowa, wpadłem na doskonały pomysł. Pojadę do Christianii, dzielnicy zaanektowanej przez hippisów, żeby sobie zapalić. Schowałem butelkę do plecaka i wyszedłem na mróz. Niewiele już pamiętam z tego wieczoru. Wiem, że stałem przy koksowniku, grzejąc się w towarzystwie nieszczęśliwych drabów. Przede mną rozciągały się nieczynne koszary wojskowe – piaskowe budynki o nieczynnych oknach i bramach w których płonął ogień. Bojowe psy szarpały się na krótkich smyczach. Padał zmrożony śnieg. Zabrałem się stamtąd i ze spuszczoną głową podreptałem na metro, bez biletu, drżąc ze strachu przed duńskim kanarem.

Kevin, wolny i odpowiedzialny, poradził sobie lepiej.

Disney / The Weinstein Company
Poprzedni

Abrams kontra Tarantino - Ta nienawistna Moc

DICE MASTERS
Następny

Dice Masters - Nowy kolekcjonerski fenomen [recenzja]

Łukasz Orbitowski

Łukasz Orbitowski

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i "Nowej Fantastyki". Aktualnie mieszka w Warszawie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz