WYMĄDRZANIE 

Kiss, Lis, Hops, Bang! – noir w Zwierzogrodzie

Nie tak dawno zastanawiałem się, jak przekuć na długofalową korzyść zeszłoroczny festiwal eightiesowych sentymentów. I widać, że nie tylko ja miałem takie refleksje. Na szczęście przyszło to również do głów ludziom mającym odpowiednie możliwości. Tak powstał Zwierzogród – totalnie oldschoolowy, noirowy buddie movie skierowany do dzieciaków.

Choć nazwiska na IMDBowej liście płac przeczą temu zupełnie, jestem przekonany, że geneza tej animacji wyglądała tak: Oto do wielkiego grubego dyrektora odpowiadającego za disneyowskie animacje, siedzącego w swym przytłaczającym petentów, zadymionym biurze – obowiązkowe cygaro w mięsistych ustach i obwisłe policzki – przyszedł Shane Black.

Bez strachu, Shane jest pewien swojej pozycji, a i wygląda na twardziela. Wtedy miał na sobie prochowiec do wyciuranego garniaka i dwudniowy zarost. Dyrektor przyglądał mu się przez chwilę swymi przekrwionymi, podkrążonymi oczami, po czym stwierdził, że jemu to się nawet podobał ten „Iron Man 3”, ale stanowczo „Zabójcza Broń” i „Ostatni Skaut” to jednak bardziej, więc niech się Shane nie marnuje tylko robi to, na czym się zna.

Scenarzysta skinął głową, że może się nie zgadza, ale rozumie, wspomniał coś o nowym filmie z Russellem Crowe i Ryanem Goslingiem i już chciał przybliżyć fabułę, ale dyrektor w międzyczasie sięgnął do biurka i rzucił mu książkę – wymiętolony jak garniak Blacka egzemplarz którejś z powieści Jamesa Ellroya.

„Takie coś byś zrobił” powiedział dyrektor buchając dymem z cygara. „Brudne miasto i jego mechanizmy, rasizm, manipulacje prasy, skorumpowani politycy. To jest coś, czego nam trzeba!”

Shane Black kiwnął głową i dodał od siebie, że widział „Tajemnice Los Angeles” i „Czarną Dalię”. Ten pierwszy to nawet lubi.

„Znakomicie! No to masz ten temat, Black. Idź i zrób mi z tego coś w swoim stylu, ten iskrzący duet, dobre dialogi, szybka akcja, zaskakujące zwroty. A, i jeszcze jedno. Całość ma być dla dzieci. To jak, dasz radę za tydzień na wtorek?”

Jak wspomniałem, IMDB przeczy tej historii, ale dla mnie brzmi w porządku i jej się będę trzymał, nawet jeśli miałaby w jakiś sposób skrzywdzić faktycznych scenarzystów Jareda Busha i Phila Johnstona. Chociaż nie! Nie chcę krzywdzić ludzi, którzy konsekwentnie wbijają do głów kolejnemu pokoleniu fanów, to co dla nas jest sentymentem dzieciństwa. Bo to już w zasadzie ich trzecia próba, po świetnym „Ralfie Demolce” o postaciach z gier na automaty czy „Wielkiej Szóstce” tak fabularnie jak i klimatycznie przenoszącej nas na modne w Stanach właśnie od lat osiemdziesiątych japońskie cyberpunkowe anime.

Tym razem podstawą dla fabuły stał się najpewniej znakomity film Waltera Hilla czyli „48 godzin”. Wielkie kinoznawstwo tu ze mnie nie wychodzi – do filmu i owych dwóch dób odwołanie jest w Zwierzogrodzie wprost. Podobnie jak do „Ojca Chrzestnego”, „Zabójczych broni”, „Breaking Bad” i całej masy innych. Ale nie o zabawę cytatami tu chodzi, wszak niejeden obraz już na tym poległ, także animowany. Tragiczne „Rybki z ferajny” mimo obecności w obsadzie (dubbingowej, więc nie u nas) samych de Niro i Scorsese kompletnie nie wiedziały co to subtelność.

„Zwierzogród” wie i tym wygrywa. Sprzedaje nam zarazem historię o prowincjonalnym glinie trafiającym do wielkiego miasta, powiastkę o marzeniu z nim związanym jak i o zderzeniu z rzeczywistością. Dostajemy solidne, noirowe śledztwo, dobrze prowadzone, z obowiązkowymi wzlotami i upadkami, szeregiem twistów i, gdy trzeba, brutalnością. No i bohaterów zbudowanych na klasycznych, ale wciąż działających zagrywkach właściwych „buddie movies”.

Ważne i wymagające podkreślenia są ich motywacje – nie dość, że nie wydumane, to jeszcze przygotowano je ze smakiem i bez przesadnego patosu. A scena skautowskiej zbiórki ze wspomnień budzi autentyczną grozę. Mamy wreszcie Ellroyowskie miasto – zbudowane na micie, ale dawno już tym mitem nie żyjące. Ale choć mało kto wierzy w sielankę, politycy wciąż sprzedają ją naiwnym, gromadząc w ten sposób polityczny kapitał.

No dobrze, powie ktoś. Ale to wszystko, łącznie nawet z samymi zwierzątkami przedstawionymi w tej konwencji, już dostaliśmy. Mam na myśli wyśmienity komiksowy „Blacksad”, z którym, można przypuszczać, twórcy scenariusza (ale i artyści graficy) albo dobrze się zaznajomili, albo… Nie, nie wierzę w przypadki – Juanjo Guaranido, rysownik Blacksada pracował wszak dla Disney France, a sam komiks miał kilka nominacji do nagrody Eisnera. W każdym razie Zwierzogród tym jest dla Blacksada czym pixarowscy Iniemamocni byli dla „Strażników” Moore’a – znakomitą, przemyślaną i uczciwie zrobioną rozbiegówką dla dzieciaków.

I tu wracam do kwestii z samego początku. Przykład „Gwiezdnych wojen” i tego jak jednoczą pokolenia to jedno, ale w latach osiemdziesiątych naprawdę działo się coś dobrego i kino dało nam wiele niesamowitych, uczciwych opowieści gatunkowych. Część z nich może, czy to za sprawą efektów specjalnych, czy specyficznej formy opowiadania, czy też ogólnie problemów z dostępnością po latach, nie trafiać do młodszego pokolenia. A szkoda.

I dlatego fajnie jest, gdy zamiast opowiadać dziecku rzewne historie jak to się chowało w szafie, by w szparze oglądać na ekranie Mela Gibsona czy Nicka Nolte w kinie sensacyjnym, można zabrać go na „Zwierzogród”. Ono załapie bakcyla, a my powspominamy. Fajnie, nie? Dzięki, wymiętolony Shane! I panie Gruby Dyrektorze z cygarem! Naprawdę bardzo wam dziękuję!

Waneko
Poprzedni

Gangsta tom 1 - manga z ogromnym potencjałem [recenzja]

WAB
Następny

Wspaniałe życie - mocny kryminał pod alkoholowym aniołem [recenzja]

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek – publikując od dekady, miksuje różne podgatunki fantastyki z mediami innymi niż literatura. Tak powstał filmowo-serialowy "Kłamca", ukazujący kult gwiazd jako nową mitologię, rockowy "Dreszcz" będący komiksem zaserwowanym w postaci prozy, tworzący wizerunek polskiego superbohatera czy "Chłopcy", którzy nawet z najwygodniejszego fotela zabierają czytelnika na pustą drogę ciągnącą się aż po horyzont. Łącznie szesnaście tytułów. A gdy książki trafiają już do wydawnictwa, Kuba preleguje, podróżuje po świecie, grywa na gitarze, pisze teksty piosenek, scenariusze i felietony. Jego bohaterowie doczekali się komiksów, LARP-ów, filmów krótkometrażowych, adaptacji teatralnych, słuchowisk, gry karcianej i serii koszulek. Rock&Read Festival pokazało nowy sposób zabawy literaturą i rockiem, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim Ćwiek znalazł jeszcze czas, by uścisnąć ręce Bruce'a Willisa, Jossa Whedona i Stephena Kinga oraz by założyć Browncoats of Poland. Za opowiadanie "Bajka o trybach i powrotach" otrzymał Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla.

2 Comments

  1. Lilith
    2016-03-02 at 14:39 — Odpowiedz

    O proszę, ja nie wyczułam tych wszystkich nawiązań filmowych, za to wyszłam z kina zachwycona tym, jaki to mądry film na dzisiejsze czasy (a jednocześnie – jak piszesz -ze świetnymi tekstami i taką akcją, że łyka się wszystko bez bólu).I chciałam podziękować, bo zobaczyłam, że chwalisz na fejsie i dzięki temu się zdecydowałam, żeby iść do kina 😀

  2. Pe.Pe.Ch.
    2016-03-06 at 21:08 — Odpowiedz

    Ale mam nadzieję, Lilith, że aluzję do capo di tutti wyłapałaś? 😉

    Generalnie rzecz biorąc, od jakiś kilku lat właśnie na filmach Disney’a bawię się w kinie najlepiej – znaczy rechoczę, kiedy trzeba, poza tym z niecierpliwością czekam, co będzie dalej . Na „Zjawie” na ten przykład wynudziłem się jak cholera i to nie z powodu, że nie było „momentów” do rechotania, ale, zwyczajnie, z braku zainteresowania.
    Może to objaw przedwczesnego zdziecinnienia na tle demencji?
    Wolę myśleć, że w ten barwny, trójwymiarowy świat na ekranie zawiera to wszystko, co powinno znajdować się w dobrym filmie i właśnie wytwórni świętej rysunkowej pamięci Walta, po kilku latach posuchy, znów udało się dopracować tajemną recepturę na „hit uniwersalny” – to, co w gruncie rzeczy legło u podstaw Hollywood.
    „Zwierzogród” mnie nie rozczarował. Jednak pośród tego całego zamieszania w Zootopii da się wyczuć pierwsze, jeszcze dość subtelne symptomy przeeksploatowania dotąd niezawodnej formuły. Może, miejmy nadzieję, chwilowe.
    Półpastiszowe czerpanie z konwencji kryminału/sensacji, choć nieodkrywcze (vide wspomniane „Rybki…”), rzeczywiście momentami budzi uśmiech. Niemniej kolejna, niezliczona parodia „Ojca Ch.” nie broni się ani przed dorosłym, ani małym oglądaczem i każe odrobinę żałować zmarnowanego potencjału.
    Źródło irytacji schematyzmem produkcji Disneya, jak sądzę, leży jednak nie w nieustającej od niedoścignionego „Shreka” zabawy tym, czy innym gatunkiem. Nie, choć i ta żonglerka czymś, „co wszyscy znamy” powoli zaczyna trącić ograniem.
    Przyczyn nadmienionego braku świeżości „Zwierzogrodu” należy chyba szukać w osobie głównej bohaterki/bohatera. Ile razy przyjdzie nam jeszcze wysłuchać wciąż tej samej, identycznej bajeczki o ujmijmy to: kiwi-nielocie, który marzy o lataniu wbrew rodzicom/przyjaciołom/ otoczeniu, po czym tak, czy inaczej dopina swego? To oczywiście ładny wzór na „piękną, mądrą i pouczającą historię”, ale, na Walta, naprawdę nie ma miejsca w 3D dla innych pięknych historii?

Dodaj komentarz