WYMĄDRZANIE 

„Krąg”, czyli sto twarzy czarnowłosej dziewczynki

Ile razy odczuwaliście ekscytację oglądając film? Nie mam na myśli sytuacji, że coś tam się podoba, fajne, okej, polecę kumplowi, zobacz se chłopie. Chodzi o mocne, wspaniałe poczucie obcowania z czymś nowym i fascynującym. O wrażenie otwierania się nowego świata.  Zdarzyło mi się to dziesięć, może kilkanaście razy, z czego większość przypadków we wczesnej nastoletniości. Zachwycałem się „Gwiezdnymi wojnami” i Indianą Jonesem, potem oszalałem na punkcie „Lśnienia” i nic już nie było takie samo. Dalej zaczynają się schody. Mógłbym wymienić „Amadeusza”, „Gorączkę”, „Kult” z 1973 roku, jeszcze kilka innych tytułów, oraz „Krąg” w reżyserii Gore Verbińskiego.

Film zobaczyłem w kinie i naprawdę byłem przestraszony. Verbiński to fachura jak mało kto i doskonale porusza się w różnych gatunkach. Napięcie, towarzyszące otwarciu – kiedy dwie dziewczyny rozmawiają o kasecie video i związanej z nią legendzie – naprawdę rzadko zdarza się w horrorach. Tanie triki, w rodzaju ekspozycji twarzy ofiar klątwy, zostały użyte z niemałym kunsztem. Dość powiedzieć, że podskoczyłem w fotelu, a serce klapnęło o zęby. Scena z koniem oszalałym na pokładzie promu, gdzieś w połowie filmu, nie ma sobie równych. Pojawia się Brian Kox w niepokojącym, wyrazistym epizodzie. Drobiazgi, jak relacja między dwojgiem głównym bohaterów budują sensowne tło. Byli za młodzi na dziecko. Wpadli, związek nie wyszedł, docierają się dopiero teraz, gdy trzeba walczyć o życie. Last but not least, mamy bobo wychodzące z telewizora. Coś wspaniałego! Trzynaście lat temu, oglądając ten film po raz pierwszy bałem się nie tylko tajemniczej kasety, ale i perspektywy spieprzonego zakończenia. Bardzo trudno jest pokazać potwora. Liczyłem, że sposób spełnienia się klątwy, samo umieranie ludzi nią obłożonych zostanie w niedopowiedzeniu. Dostałem coś dużo lepszego, zaskakującego, do tego logicznie wynikłego ze scenariusza. Bobo wylazło z telewizora i było po chłopie. Tak się kręci horrory, proszę państwa.

Zwariowałem na punkcie „Kręgu” i zadręczałem nim wszystkich. Opowiedziałem o filmie nawet rodzicom, wyraźnie zaniepokojonym moimi dziecinnymi fascynacjami. Ponieważ w kinie byłem z ówczesną dziewczyną, postanowiłem zrobić jej dowcip. Usiłowałem znaleźć na sieci sam filmik z przeklętej kasety i zakręcić tak, by poleciał sam z siebie, niespodziewanie, na ekranie komputera. Dziewucha zapewne nakryłaby się nogami, lecz byłem za cienki na taki numer. Pozostało mi obejrzenie japońskiego oryginału – dużo słabszego, choć podobno każdy lubi ten „Krąg” który zobaczył jako pierwszy – i poszukiwanie podobnych tytułów. W ten sposób, za sprawą amerykańskiego remake odkryłem azjatycki horror, który właśnie szykował się do szturmu na Amerykę. Nie wiedziałem, że można kręcić takie rzeczy! Oszalałem. Z jednym kumplem usiłowałem robić stronę poświęconą tego rodzaju arcydziełom (jakby było ich mało) i podjąłem próbę zrobienia RPG, luźno inspirowanego „Kręgiem” et consortes. Gra, do dziś uważam, miała spory potencjał, a to za sprawą nieszablonowych pomysłów, całkowitego braku hamulców ze strony naszej trójki i doskonałych ilustracji które wykonała Justyna Sztela. Niestety, czegoś zabrakło, zapewne czasu, choć koledzy wciąż odgrażają się, że „Bakemono” w końcu powstanie. Mam nadzieję, bo chciałbym kiedyś zagrać. Mi jednak fascynacja azjatycką grozą przeszła równie szybko jak przyszła. Rozczarowałem się, a historia „Kręgu” odsłania mechanizmy rządzące cyrkulacją pomysłu w branży rozrywkowej.

Bo tak. Najpierw była książka pióra Koji Suzuki (gdzie, z tego co pamiętam zrezygnowano tam z nadnaturalnego wyjaśnienia, zaś klątwa okazała się mikrobem), którą następnie zekranizował Hideo Nakata. Jego film ze znakomitym skutkiem przerobił Gore Verbiński, mimochodem otwierając japońskiemu reżyserowi drogę do Hollywood.  Nakata natychmiast nakręcił drugą część „Kręgu”, nawiązując do wersji Verbińskiego a nie swojej, zaś efekt był koszmarny (za to odkupił się „Dark Water”, ponurym dramatem obyczajowym używającym jedynie konwencji horroru). Prócz tego, wcześniej, powstał japoński „Krąg 2”, zrealizowany również przez Nakatę.  Dorzućmy do tego prequel, jakąś alternatywną wersję kontynuacji i coś tam jeszcze. Wybaczcie proszę, że piszę tak chaotycznie, lecz sam diabeł nie rozplącze tych wszystkich ogonków. Zaraz, zaraz, czy nie było jeszcze koreańskiego „Kręgu”? Do tego, wytwórnia Paramount Pictures zapowiada reboot całej serii, czyli „Kręgi”, tym razem w reżyserii Javiera Guttiereza. Gdybym by Javierem, nie brałbym takiej roboty. Piorunujący pomysł potraktowano jakby właśnie trwał przemarsz wojsk. Obrabowano, zgwałcono i porzucono na pewną śmierć.

To jeszcze nic, gdyż prócz oficjalnej franczyzy namnożyło się potomstwo z nieprawego łoża. Azjatyckie horrory zaroiły się od długowłosych, przerażających dziewczynek. Tu wypada dopowiedzieć, że taki demon funkcjonował wcześniej, znany w kulturze ludowej jako yurei. Ponieważ kaseta video już w momencie premiery pierwszej części odchodziła w przeszłość, kombinowano z gadżetami bardziej na czasie. Był film o komórce (jeśli nie kilka), o komputerze (nawet niezły) i nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś trzasnął tryptyk o przeklętej sokowirówce. Wszystkie realizowały podobny schemat, będący niczym więcej jak nadnaturalną wersją japońskiej przypowieści o zemście. Do tego, pomysłowi Amerykanie próbowali wklejać to straszliwe dziewczę gdzie tylko się dało, nawet w remake „Amityville”, gdzie ten rodzaj ducha pasuje jak gazrurka do paradnego munduru. Anglosaski horror znalazł się wówczas na dnie, a wartościowe produkcje z Azji – takie jak „Noroi”, albo „Suicide club” – przepadały w natłoku sprawnie zrealizowanego chłamu. W końcu widz się przejadł i nikt już nie chce długowłosych upiorów.

W efekcie, mieliśmy do czynienia z fenomenem, który rozbłysnął by natychmiast zgasnąć, po prawdzie – zjeść siebie samego na śmierć. Dużo się mówi o wypaleniu Hollywoodu, o deficycie idei wyrażającym się w wiecznym przerabianiu tego samego, w kolejnych odsłonach przygód tych samych postaci i nowych wersjach starych przebojów. To najświętsza prawda, jak rzekłby Jerzy Urban. Trawi nas kryzys pomysłu, a ja sam, ich zawodowy dostarczyciel nie mam pojęcia co z tym zrobić? Mało tego, każdy oryginalny pomysł, każdy osobny ton musi zostać zabity przez powielenie. Istnieje wiele potwierdzeń tej tezy, lecz historia tak znakomitego filmu jak „Krąg” jest tego najlepszym przykładem. Najsmutniejszym również.

Mickey Rourke DB
Poprzedni

Mickey Rourke: facet któremu się nie chce

FOX
Następny

Z archiwum X - nowe trailery

Łukasz Orbitowski

Łukasz Orbitowski

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i "Nowej Fantastyki". Aktualnie mieszka w Warszawie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz