WYMĄDRZANIE 

„Mgła” czyli początek wszystkiego

Nigdy nie mogłem zrozumieć dlaczego na świecie są ludzie, którzy nie kochają kina. Przez jakiś czas, we wczesnej młodości nie wiedziałem nawet, że tacy istnieją. Miłość do dziesiątej muzy wydawała mi się oczywistością. Ze zdziwieniem słuchałem staruszków, którzy uważali chodzenie do kina za skończone idiotyzmy (ojcem tego poglądu był bodaj sam Goebbels, autor sentencji „Ewa Braun jest tak głupia, że może oglądać nawet dwa filmy dziennie). Koledzy z budowy w Ameryce, skądinąd morowe chłopy śmiały się ze mnie bo za ciężko zarobione pieniądze kupowałem DVD z Hellboyem i składanki wytwórni Hammer. Dziś, jak rzecze zorientowana we współczesności koleżanka, młodzi ludzie nie oglądają filmów, co gorsza odpuścili sobie alkohol, seks i fajki. Cóż w takim razie robią, ci mityczni młodzi? Pojęcia nie mam, gdyż dawno opuściłem ich wstrętne grono, wiem za to od jakiego filmu wszystko się zaczęło. Była to „Mgła” Johna Carpentera.

Zdarzają się rzeczy, które zmieniają całe nasze życia. Nie ma ich zbyt wiele, bo i w życiu nie ma wiele do zmieniania. Rodzimy się, rośniemy, uczymy, pracujemy, martwimy się, starzejemy i w piach. Wielki przyjaciel człowieka, diabeł, tkwi w szczególe, w tych pięknych drobiazgach dających smak codzienności. Zawsze wiedziałem, że istnieje coś takiego jak filmy i zawsze lubiłem je oglądać. Mama zabierała mnie do kina na „Przygody wesołego diabła” i bajki Disneya z lat pięćdziesiątych, a ojciec pokazał „E.T.” i „Żółtą łódź podwodną”. Bardzo mi się to podobało, ale nie sądziłem, że film stanie się integralną częścią mojego życia. Słowem, lubiłem kino, ale nie miałem poczucia, iż „to jest to”. Wystarczył pewien Amerykanin z wąsem, żebym zmienił zdanie.

John Carpenter w wywiadzie-rzece („Prince of Darkness” Gilesa Boulengera) wspominał, że film w pierwszej wersji „nie zadziałał”. Coś poszło nie tak, „Mgła” wyszła rozsypana.

Nie mam pojęcia ile miałem lat, kiedy zobaczyłem „Mgłę”. Kurde bele, trudno mi określić nawet kiedy to było! Przypuszczalnie może chodzić o sławetny przełom roku 1989 i niemniej sławną (choć lokalnie) giełdę pod krakowskim Elbudem. To fantastyczne miejsce domaga się osobnego opisania, dość powiedzieć, że pomiędzy stołami z pirackimi kasetami video, dyskietkami na Amigę i wszelkiego rodzaju pornografią znajdował się plac, po którym krążyli ludzie z pudłami filmów, każde po dziesięć. Wśród nich byłem i ja, pyrtek w dżinsowej kurteczce, z fryzurą jakby piorun w bobra strzelił, zahukany i przestraszony. Wymiana dokonywała się na zasadzie przypadku i podług reguł bezguścia: za „Rambo II” otrzymywałem „Lody na patyku”, a oddając „Czas Apokalipsy” mogłem dostać „Przygody Murzyna VIII”. Część filmów była nawet nieopisana. Brałem jak leci, bo uczyłem się dobrze i nikt mnie nie lubił, więc miałem czas na oglądanie.

Już sam początek wgniótł mnie w fotel: starzec, zachrypłym głosem opowiada struchlałej dzieciarni smutną historię statku Elizabeth Dane. Obok płonie ogień, brzmi szum fal, cyka sobie zegarek, a przecież oszukani zmarli tylko czekają na znak by wyruszyć ze swoich wodnych grobów ku powierzchni. Dalej było tylko lepiej. Dostałem tytułową mgłę, skrywającą mordercze upiory i ich obszarpany okręt, energiczną Jamie Lee Curtis oraz przecudnej urody wąsy Hala Holbrooke’a. Niektóre sceny – jak śmierć trzech pijanych marynarzy na kutrze, oraz późniejsze odkrycie trupów przez postać graną przez Curtis – mam za jedne z najlepszych w historii kina grozy. Nie zapominajmy o niezwykłym nastroju, generowanym po części przez wspomniane już wielokrotnie zjawisko pogodowe, lecz i uroczą zapyziałość amerykańskiej mieściny. Jest wreszcie finał, oszczędny, dokładnie taki jaki być powinien – bez szarży w przerysowanie, tak częstą w horrorach. Last but not least, nad wszystkim unosi się cudowny, prawdziwie radiowy głos Adrienne Barberau, który jakimś cudem przebił się, zachowując swą barwę, przez zdartą kasetę i zdezelowane głośniki niemieckiego telewizora Grundig, który wtedy miałem.

Jak wiele zdołało mi umknąć! John Carpenter w wywiadzie-rzece („Prince of Darkness” Gilesa Boulengera) wspominał, że film w pierwszej wersji „nie zadziałał”. Coś poszło nie tak, „Mgła” wyszła rozsypana. Zaszła konieczność zrobienia dokrętek i ponownego montażu. Może z tego powodu opowieść o zatopionej załodze Elizabeth Dane wypada tak dziwacznie? Zwróciliście uwagę, że główni bohaterowie nigdy się nie spotykają? Mamy właścicielkę stacji radiowej umieszczonej w latarni morskiej i tandem Jamie Lee Curtis/Tom Atkins. Tych dwoje jeździ, pływa i gania po całej, malowniczej skądinąd okolicy. Między tą dwójką a radiofonistką zdarza się tylko rozmowa telefoniczna, nic więcej, a przecież współdziałają ze sobą przez, lekko licząc, połowę czasu ekranowego. Radiofonistka ostrzega ich przed niebezpieczeństwem. Oni próbują ratować jej dziecko. Powinni paść sobie w ramiona, pójść na kolację i opowiadać sobie swoje życia. Tak się nie dzieje. I całe szczęście.

Dopiero teraz zauważyłem, jak znakomicie Carpenter poradził sobie z wątkiem miłosnym. Ten, jak wiemy, po prostu pojawić się musi. W efekcie, przyzwoity materiał wyjściowy ulega zniszczeniu bądź nadkruszeniu, gdyż producent zażyczył sobie pary bohaterów, którzy będą z wolna zakochiwać się w sobie przez dwie trzecie czasu ekranowego, by pocałować się tuż przed sceną finałową. We mgle, dziewczyna grana przez Curtis po prostu łapie okazję. Gada chwilę z kierowcą. Coś się dzieje. W następnej scenie widzimy tych dwoje już w łóżku, a ich odprężenie wskazuje, że pewne czynności o charakterze zasadniczym mają już za sobą. Carpenter po prostu wyciął wszystko, co ma miejsce pomiędzy poznaniem się dwojga ludzi a ich spółkowaniem włącznie. Kazał im ganiać ze sobą i zaraz wpuścił duchy. Coś wspaniałego, czyż nie?

Wreszcie, umknął mi naiwny rewanżyzm, na którym stoi cały film. Duchy mszczą się za dawną krzywdę. Sto lat temu chciwi założyciele miasteczka sprowadzili statek na skały i wydobyli z wraku złoto. Teraz upiory powracają. To prosty i klarowny pomysł na film grozy, powielany wielokrotnie najczęściej z marnym skutkiem. Wtedy, gdy krążyłem z pudełkiem kaset pod Elbudem nie przyszło mi do głowy jakie to idiotyczne. Przecież, gdyby duchy miały mścić się za każdą krzywdę wyrządzoną światu przez Amerykanów, należałoby zamontować drzwi obrotowe przy wyjściu z zaświatów. Dajmy zresztą spokój tej Ameryce. Ludzie zdradzają się, okaleczają i mordują bez przerwy i to na każdej szerokości geograficznej. Los załogi Elizabeth Dane nie był niczym wyjątkowym.

To wszystko wiem teraz, choć nie wiedziałem wcześniej, zresztą w tamtych czasach nie miałem pojęcia o niczym, nawet o tym, że istnieją takie filmy jak „Mgła”. Zachwycałem się światłem bijącym z widmowej zawiesiny, drżałem za każdym razem rdzawy hak uderzał w drzwi i niemal oszalałem ze strachu, gdy topielcy stawili się w półmroku kościelnej nawy. Wówczas – tego jestem pewien – zrozumiałem, że kino jest czymś, co pochłonie mnie bez reszty, że będę oglądał czasem nie dwa, lecz cztery filmy dziennie (według Goebbelsa jestem więc dwa razy głupszy od Ewy Braun), że sam spróbuję sił w branży filmowej (z marnym póki co skutkiem), a przede wszystkim, że będę, na wzór wioskowych idiotów, opowiadał co właśnie zobaczyłem każdemu, kto zechce mnie wysłuchać.

Tak jak Tobie, w tej właśnie chwili.

I tylko jedno mnie rozczarowało. Liczyłem, że natrafię na więcej filmów takich jak „Mgła”. Mocno w to wierzyłem. Tymczasem, okazało się inaczej, a staroć Johna Carpentera jest, wedle mojego skromnego rozeznania najlepszym filmem o duchach jaki kiedykolwiek nakręcono.

Centrala
Poprzedni

It’s not about that - Nudna codzienność robota [recenzja]

Dimension Films
Następny

Najlepsze filmy Wesa Cravena

Łukasz Orbitowski

Łukasz Orbitowski

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i "Nowej Fantastyki". Aktualnie mieszka w Warszawie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz