WYMĄDRZANIE 

Ministerstwo kontra Instytut, czyli patologia mechanizmów

Po odwołaniu Grzegorza Gaudena, czyli dyrektora Instytutu Książki internet zawrzał – zwolniono człowieka niezastąpionego. Tylko czy zamiana człowieka, usprawni działanie instytucji, która w ogromnej mierze zależna jest od Ministerstwa?

Nigdy nie będę podważał osiągnięć Instytutu Książki na polu rozwoju bibliotek. Są gigantyczne. Biblioteki w Polsce wyglądają wreszcie jak należy. Nowoczesne budynki, pełna komputeryzacja, kompetentni pracownicy. Nie będę podważał osiągnięć Instytutu na polu DKK (czyli Dyskusyjnych Klubów Książki) – jest ich masa w całym kraju, działają prężnie, zrzeszają masę czytelników. Nie będę też podważał tego co Instytut osiągnął na polu promocji polskiej literatury za granicami kraju. To oni dołożyli pieniądze do tłumaczeń m.in. Miłoszewskiego, dzięki czemu dziś Zygmunt jest najpopularniejszym młodym polskim pisarzem na świecie. Świetna wizytówka – nie ma co kręcić nosem.

Nie wszystko co podpisywał swoją nazwą Instytut mi się podobało. Spędziłem wiele godzin dyskutując z pracującymi tam ludźmi na temat zasadności, czy raczej moim zdaniem, bezzasadności organizowania wielkich imprez literackich, które skierowane są do wsobnego środowiska, które i tak czyta. Nie wspiera to czytelnictwa, a jedynie zadowala i tak zadowolone z siebie intelektualne enklawy.

To czy Ministerstwo było czy nie było zadowolone z pracy Gaudena – nie mnie oceniać. Każda instytucja ma prawo zmienić (oczywiście nie musi) podległych jej szefów. I tyle. Natomiast chciałbym, żeby w tym całym lamencie za Gaudenem, nie przepadła jedna – niebywale istotna rzecz. Nie wolno oceniać niczyjej pracy nie znając warunków. A warunki w jakich Instytut Książki pracuje i to jak mocno zależny jest od decyzji Ministerstwa nie są wbrew wszystkiemu co można przeczytać – różowe.

Urzędnik ma ustawowy obowiązek odpowiedzieć na skierowane do niego pismo, list w ciągu trzydziestu dni. Pani Omilanowska nie odpowiadała na listy (przynajmniej moje) nigdy (nie liczę afery z „Mgłą”, bo nie traktowałem tego jako wezwania do odpowiedzi). I dotyczy to zresztą nie tylko jej. Dla pocieszenia – prezydent Warszawy nie odpowiedziała na wysłane do niej pismo już siedemset osiemdziesiąt dziewięć dni. Kiedy jakiś rok temu zapytałem jednego z pracowników Urzędu Miasta czy pani Prezydent zleci komukolwiek odpowiedź, odparł z rozbrajającą szczerością – niech pan wyśle jeszcze raz, tym razem poleconym za potwierdzeniem odbioru, może wtedy się poczuje. Morał? Ludu miasta Warszawy, pisz se pisz, póki długopisy i klawiatury sprawne.

A teraz dlaczego o tym wspominam. Otóż Instytut Książki jak każda instytucja rządowa podlega swoim przełożonym. Rok temu Ministerstwo Kultury do tego stopnia spowolniło wydawanie jakichkolwiek decyzji, że w efekcie praca wielu osób w Instytucie poszła w błoto. I nie tylko ich. Prosty przykład. W ubiegłym roku program „Spis treści”, który powstawał z pełnego finansowania ministerialnego niemal spadł z anteny, bo Instytut Książki nie miał jak potwierdzić Polsatowi zlecenia realizacji. Powód? Brak informacji z Ministerstwa. Dla Pani Minister czy kogoś z jej pracowników to tylko jedna z wielu decyzji. Prześle się ją jutro, albo za tydzień. Dla pięciu, czy sześciu osób to praca, na której nie mogą zarabiać. Jak się nie zarabia tydzień, miesiąc – można przeżyć. Jak się zawala kilka miesięcy – robią się problemy. Pewnie, że Ministerstwo może skwitować to wzruszeniem ramion – chcieli za państwowe niech czekają. Pytanie czy pracownicy tej instytucji równie ochoczo czekaliby na pensje wypłacone z powiedzmy półrocznym poślizgiem? Nie sądzę.

To tylko jeden z wielu przykładów kiedy brak komunikacji między Ministerstwem a Instytutem utrudniał w efekcie wykonywanie pracy i wypełnianie postulatów Programu Promocji Czytelnictwa. Jeszcze inny mogę podać ze swojego podwórka i nie dotyczy paradoksalnie pieniędzy – czy raczej dotyczy, ale pośrednio. Wymyślając festiwal poświęcony popkulturze, czyli POP i towarzyszącą mu nagrodę, konsultowaliśmy wszystko – zarówno z pracownikami Instytutu Książki, firmami zainteresowanymi i inwestorami. Chodziło o zbadanie potencjału rynkowego.

Skąd pomysł na POP i nagrodę? Z luki na rynku. Po pierwsze nikt nie docenia pisarzy tworzących dzieła popularne (nie wiem czy to przypadek czy nie, ale pół roku później nagle Polityka i Gazeta Wyborcza zaczęły nagradzać autorów pop). Po drugie – w Polsce rządzą festiwale literackie skierowane do ludzi, którzy czytają. Nasz miał być pierwszą imprezą, która poszerza swój target. Pokazuje graczom, kinomanom, wielbicielom seriali czy komiksów, literackie korzenie tego co dziś popularne. Mówiąc najprościej: nawet nie wiecie, że oglądając skrajnie masowe dzieła Rolanda Emmericha ocieracie się w nich o odniesienia do powieści. No i wreszcie najważniejsze – utwierdzać w przekonaniu, że czytanie jest fajne, nawet jeśli czyta się tylko „Zmierzch” czy „Greya”. W Polsce mamy tendencję medialną do wbijania w ziemię czytelników, którzy czytają książki, które nie podobają się krytykom. Idea była prosta – pokazać, że czytanie jest dobre, nawet jeśli czytasz rzeczy, które są mocno krytykowane i uznawane za niegodne.

I tu zaczynają się schody, a indolencja Ministerstwa niemal doprowadza mnie i nasze inicjatywy nie tyle na skraj bankructwa, co przede wszystkim wiarygodności. A poszło o przepływ informacji i możliwość podawania potwierdzonych informacji inwestorom. Realizując POP mieliśmy określonego inwestora, który zgadzał się na inwestowanie swoich pieniędzy pod warunkiem, że będziemy spełniać pewne warunki. Jednym z nim było poszerzanie zakresu współpracy z Instytutem. Do tego trzeba papierów.

Impreza ma odbyć się w kwietniu. Mamy marzec – Instytut Książki nie jest w stanie podać zakresu naszej współpracy, bo czeka na szereg decyzji z Ministerstwa. Inwestor pyta co dalej – mówię: spokojnie do tygodnia się wyjaśni. Tydzień zamienia się w miesiąc, miesiąc w kolejny, dobijamy do lipca albo sierpnia. Jest decyzja.  Uratowani? Nic z tego. Ponieważ inwestor po pół roku czekania i przekładania co tydzień terminów mówi – pass. Dziękuję, nie wierzę w taki model pracy, w zainteresowanie rządu i nie mam ochoty.

Owszem – mądry inwestor patrząc w statystyki, znający rynek i model pracy urzędów powiedziałby – działamy dalej. Inwestor, który przez kilka miesięcy słyszał co drugi dzień inny komunikat, który nie zna rynku i wydaje mu się, że zapełniają  go sami niesłowni wariaci, ucieka. Dziś z perspektywy czasu – rozumiem tę decyzję. Gdybym pracował z facetem, który co chwila mówi, wiesz zaraz będziemy wiedzieć na czym stoimy, wiesz zaraz jakaś nowa umowa itp., być może też bym się wycofał. A na pewno stracił do niego zaufanie.

Oczywiście tego wszystkiego można było uniknąć. Gdyby Ministerstwo dotrzymywało terminów i szanowało pracę osób po drugiej stronie. Chcemy promować książki, chcemy nietypowych imprez, ale kompletnie nie szanujemy zarówno tych, którzy za nie odpowiadają jak i tych, którzy mają w tym pomóc.

Jestem ciekawy ile jeszcze takich przypadków by się znalazło? Ile imprez się nie odbyło, bo Pani Minister zapomniała wysłać do Instytutu zgody? Ile osób czekało na potwierdzenia współpracy, na dotacje, na jakikolwiek dokument uwiarygadniający ich inicjatywy w oczach sponsorów, ale się nie doczekało? Ile firm, inicjatyw upadło, bo zawinił mechanizm? Bo nikt nie czyta dat (naprawdę nie da się czasami zmienić daty imprezy, jeśli gość z USA ma tylko jeden wolny termin), zobowiązań itp. No i wreszcie – wbrew ustawie – nie odpowiada na korespondencję.

Modne jest teraz nawalanie w nowe Ministerstwo, ale akurat tego zrobić nie mogę z prostego powodu. Na pisma wysłane do nich – odpowiadają. Potwierdzają odbiór e-maili, a Kancelaria Prezydenta dzwoni. Tak po ludzku. Kąpię się, leżę w wannie, a tu telefon dzwoni i słyszę w słuchawce głos Ministra Kolarskiego.  Czy, abstrahując od wszystkich kontrowersji dookoła Ministra Glińskiego, to początek lepszej i sprawniejszej pracy na poziomie Ministerstwo – Instytut, nie mam pojęcia. Potknięcia są – brak informacji dla wnioskodawców, opóźnienia w ogłoszeniach programów.  Dobrze byłoby aby Ministerstwo pamiętało, że nie każdy, kto składa wniosek o dotację, wsparcie,  jest darmozjadem, który chce się bawić za państwowe.

Wiem jedno. Nauczony ostatnim falstartem tym razem wszystkie ustalenia, informacje o tym co jest złożone w Instytucie przesyłam automatycznie do Kancelarii Prezydenta i Ministerstwa. Tydzień temu ustaliśmy wstępną datę startu nowej edycji festiwalu na 20-27 listopada, wszystkie rzeczy związane z nim, nagrodą i wszelkimi działalnościami pobocznymi ogłoszone zostaną najpóźniej do 27 maja 2016 roku. Do tej pory musimy zamknąć kilka ważnych zaległych spraw związanych ze zniknięciem inwestora, a przede wszystkim pilnować, aby historia z ubiegłego roku się nie powtórzyła. Nawet najgorszemu wrogowi nie życzę takiego cyrku jaki przeżyłem w 2015. Gdyby nie fakt, że udało mi się dogadać z naprawdę wieloma osobami i poprosić o czas, pewnie byśmy nie istnieli.

No cóż. Widać coś na górze, albo dole nad nami czuwa. Po burzy wychodzi słońce i powoli nareszcie widać światło w tunelu. Ale, przepraszam za wyrażenie, to był kurewsko długi tunel. I pewnie gdyby mechanizm działał inaczej – nie musiałbym nim podróżować, a wielu razem ze mną.

 

PS.

Jest jeszcze jedna rzecz której warto się przyjrzeć – program translatorski i to jak działa promocja literatury poza granicami kraju, nie tylko w Polsce. Kilka dni temu trafiłem do Ambasady Hiszpanii i zobaczyłem jak rząd Hiszpanii dba o to, aby dofinansowywać wydawanie w Polsce ich literatury. Proces niebywale skomplikowany, ale nie ma tam ograniczeń dla żadnych gatunków czy autorów. Trzeba tylko mieć pomysł, co chce się wydać. Fajnie byłoby gdybyśmy, jako kraj wspierali promocję polskiej literatury na świecie – niech ludzie wiedzą coś więcej o Polsce, niż skrótowe informacje z portali i plotki ze świata polityki – ale niech wybór leży po stronie tych, którzy chcą naszych autorów wydawać. Instytut może odrzucić, albo przychylić się do prośby.

Kryzys to nasz pomysł
Poprzedni

Kryzys to nasz pomysł – polityka na (nie całkiem) wesoło [recenzja]

BadLtOcard5
Następny

Zły porucznik - zapiski uzależnionego geniusza [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz