WYMĄDRZANIE 

Netflix w Polsce, czyli wróżenie z fusów

Netflix czyli jeden z największych dostawców treści VOD na świecie planuje wejście na polski rynek. Eksperci wieszczą upadek i porażkę, ale w swoich wróżbach zapominają o jednym. Netflix nie jest stacją telewizyjną.

Od kilku tygodni headhunterzy w Warszawie szukają osób do pracy u „amerykańskiego dystrybutora treści filmowych”. Nikt nie podaje nazwy firmy, ale przebieg rozmów z potencjalnymi pracownikami marketingu jasno wskazuje, że chodzi o wielkiego gracza, który odgrażał się, że niebawem wejdzie na rynek. Wczoraj gruchnęła wiadomość o tym, że Netflix ustawił na stronach startowych w wielu krajach (w tym w Polsce) informację, że niebawem będzie dostępny i się chyba wydało dla kogo szukają agencje. Jeśli dodamy do tego niepotwierdzoną oficjalnie informację o tym, że nowe telewizory sprzedawane w Media Marktach mają mieć już wgraną aplikację Netflix sprawa zaczyna wyglądać pozornie bardzo intrygująco. I tylko co to dla nas Polaków znaczy?

Czy wejście Netfliksa będzie rewolucją czy też pojawieniem się na rynku kolejnego gracza, który bez znajomości lokalnej specyfiki polegnie? Wczoraj internet przypomniał wypowiedzi specjalistów z TVN (od ich platformy player.pl) i Onetu (od vod.pl), którzy kilka miesięcy temu wieszczyli śmierć rynkową Netfliksa. W zasadzie ich wróżbom się nie dziwię. Zarówno platformy player.pl jak vod.pl mimo gigantycznego potencjału trudno uznać za projekty udane. VOD na Onet rządzi się tanimi, darmowymi filmami (na 120 najpopularniejszych filmów 18 z nich to filmy za które płacą odbiorcy – reszta to darmowe starocie), z kolei player.pl ruch nabija własnymi produkcjami – również darmowymi. Dla Netfliksa nie stanowią konkurencji – no bo jak? Czym maleńkie serwisy miałby zagrozić wartemu osiemdziesiąt pięć miliardów dolarów (na rok 2014)  gigantowi produkującemu własne seriale? I to ciągle rozwijającemu się gigantowi?

Tak naprawdę to Netflix grozi im – bo poza darmowymi filmami i programami obie platformy nie dostarczają treści, za którą chciałby przeciętny Kowalski płacić. I tak dochodzimy do jednego z kluczowych pytań – czy  Kowalski chciałby w ogóle płacić?

Dziś jedyne co możemy oficjalnie zrobić – to wróżyć z fusów. Do tego bowiem sprowadzają się wszystkie opinie ekspertów wygłaszane w sieci. Ekspertów, którzy mylą Netflix z telewizją i wydaje im się, że nic nigdy nie zagrozi takiemu TVNowi.

Plotka o tym, że aplikacja Netflix dostępna będzie w każdym telewizorze kupowanym u nas od września jest o tyle intrygująca co nieprawdziwa. Po pierwsze żaden sprzedawca nie wgrywa treści do telewizorów. Ta wgrywana jest przez producentów TV na podstawie zawartych umów z firmami dostarczającymi treści. Media Markt ani Saturnowi nic do tego i przypuszczalnie gdyby zaczęli taki proceder uskuteczniać, zakończyłoby się to procesem. Poza tym aplikację Netflix znaleźć od dawna można w telewizorach sprzedawanych w Polsce. Tyle, że nieaktywną. W chwili gdy zostanie aktywowana, amerykański koncern wygra pierwszą potyczkę na polskim rynku. Polacy bowiem o wiele chętniej płacą za treść poprzez telewizję niż internet. A Netflix w przeciwieństwie do polskich projektów VOD (np. kino Samsunga) ma tę przewagę, że nie potrzebuje reklamy. To marka, podobnie jak HBO. Pytanie tylko czy ilość abonentów Netfliksa zatrzyma się u nas na poziomie statystycznego błędu HBO GO czy sięgnie wyżej?

I tu znów wracamy do pytania o płacenie w sieci. A raczej jego niepłacenia. Przez ponad 10 lat istnienia VOD w Polsce, ten rynek tak naprawdę u nas się nie wykształcił. Żaden dostawca treści nie ma pomysłu na serwis, a wszystkie istniejące opierają się na przypadkowej zbieraninie filmów i programów, do których udało się zakupić prawa. W komfortowej rynkowo sytuacji jest cineman.pl, bowiem należy do Monolith Films, a co za tym idzie nie musi zabiegać o treść – dystrybutor kupując prawa do filmów, kupuje także prawa VOD. Bardzo często z pominięciem premier kinowych. Ale czy cineman.pl jest rynkowym sukcesem? Na pewno daje sobie radę, ale o sukcesie i wypracowaniu własnej marki trudno mówić. To samo dotyczy całej reszty platform VOD.

Kiedy pytam znajomych pracujących w tego typu platformach, dlaczego VOD w Polsce to wciąż mikro rynek, odpowiedź jest zawsze taka sama – bo piractwo. Piractwo faktycznie zabija VOD. Pytanie czy platformy nie pozwalają na to świadomie. Nie jest przecież tajemnicą, że większość filmów VOD trafia do sieci na kilka dni przed oficjalną premierą, za to w opracowaniu dystrybutora. Kto do tego dopuszcza? Gdzie jest przeciek? Nikt nie chce niestety go szukać, twierdząc, że to dziura niemożliwa do zapchania. Czy rzeczywiście? Źródeł które posiadają filmy w opracowaniu dystrybutora jest raptem kilka. Dlaczego nikt ich nie sprawdza? Ponoć sprawdzają – tyle, że nic to nie daje.

Netflix wchodząc na polski rynek VOD trafia z jednej strony na półpustynię, z drugiej na raj piratów. To pierwsze jest efektem braku pomysłu (i wiary w to, że VOD może być sukcesem), to drugie nieumiejętną walką z przeciekami. W efekcie VOD jest u nas średnio dochodowe. Czy zatem Netfliksowi się uda? Może, ale…

I tu mamy kluczowe pytanie numer dwa – z czym do Polski? Nie wiemy jakie będzie portfolio korporacji. Jedno jest pewnie – nie ma prawa być takie samo jak w USA czy Wielkiej Brytanii. W USA Netflix poza swoimi produkcjami ma w archiwum całego Disneya (z firmami mu przyległymi), Warner Bros, archiwum Paramount i masę pobocznych małych firm producenckich. U nas nie będzie to tak bogate i radosne, bo być nie może. Prawa Disneya, Warner Bros porozrzucane są po różnych firmach (od ipla, przez VOD Orange, UPC, po  HBO). Nikt z przedstawicieli tych dystrybutorów nie chce powiedzieć czy umowy są przerabiane. Zresztą nawet nie może. Prawa standardowo sprzedaje się na od roku do pięciu lat. Czy Netflix w Polsce będzie miał u siebie te same produkty Disneya co w USA możemy sprawdzić za lat około pięć. I to jest wersja optymistyczna. Oczywiście jest jeszcze wersja mały detektyw. Możecie zacząć sprawdzać jakie filmy i seriale nagle znikają z VOD w Polsce. Jeśli znikną, znaczy to tyle, że dystrybutorowi zakończyła się licencja a prawa trafiły do np. Netfliksa. Ale to oczywiście wróżenie z fusów.

Na wejście Netfliksa do Polski nakłada się jeszcze jedna rzecz – zmiany w prawie unijnym gwarantujące dostęp do treści każdemu mieszkańcowi Unii. Czyli niebawem, jeśli ratyfikacje wejdą w życie, będziemy mogli oglądać Netflix UK i to z polskimi napisami. Jaki wówczas byłby sens wprowadzania Netflix Polska? O tym wiedzą tylko szefowie tej korporacji. Być może do czynienia mamy nie tyle co z wejściem platformy VOD a zupełnie innego gracza – Netfliksa globalnego, który zawłaszcza sobie nie tylko rynek VOD, ale i dystrybucję, i produkcję. Niebawem do kin w USA trafia pierwszy produkowany przez nich – „The Green Legend” – druga część hitu „Przyczajony tygrys, ukryty smok”. Film powstał w koprodukcji z Weinstein Company i od jego sukcesu frekwencyjnego zależy ekspansja Netfliksa na zupełnie inne pole – kinowej produkcji i dystrybucji. Ich plany na 2016 rok są co najmniej intrygujące. I jedno jest pewne – na realizowanie planów ich stać. Pytanie czy planują stworzyć giganta, który powoli wchłonie pomniejsze firmy i będzie największym producentem treści filmowej? O tym przekonamy się zapewne za lat 10.

Dziś jedyne co możemy oficjalnie zrobić – to wróżyć z fusów. Do tego bowiem sprowadzają się wszystkie opinie ekspertów wygłaszane w sieci. Ekspertów, którzy mylą Netflix z telewizją i wydaje im się, że nic nigdy nie zagrozi takiemu TVNowi. Owszem zagrozi. Szanowni eksperci, telewizja jako twór będący nośnikiem treści i reklam i tak umiera. Netflix Polska nie przyspieszy tego zgonu, ani go nie spowolni. Do tego potrzeba wymiany pokolenia, maksymalnie dwóch pokoleń wychowanych w sieci, w której nie ogranicza ich ramówka. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.

Natomiast jeśli ja miałbym wróżyć z fusów to wydaje mi się, że pojawienie się Netfliksa odbędzie się po cichu i przy bardzo ograniczonym katalogu. Przez kilka miesięcy Polska będzie oceniania pod względem potencjału rynkowego, a potem może Amerykanie zdecydują się na produkcję regionalną. U nas takich przedsięwzięć było malutko. Poza stałą produkcją HBO (głownie dokumenty, teraz drugi serial), reaktywacją Canalu Plus (serial Jakuba Żulczyka), klapą producencką AXN i Warner Bros naprawdę niewiele. Fajnie byłoby gdyby pojawił się nowy gracz, który wchodząc na rynek będzie dyktował swoje warunki producenckie a nie warunki skrzywione przez to, co (i jak) produkuje się w Polsce przez ostatnie dekady.

Sony
Poprzedni

5 krótkich gier, które zostaną z tobą na bardzo długo

Warner Bros
Następny

Kryptonim U.N.C.L.E., czyli przekleństwo remake’u

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz