WYMĄDRZANIE 

Noirowy Chrystus kontra komuniści

Kościół późnym wieczorem. W nim – obowiązkowa, skąpana w półmroku figura cierpiącego w milczeniu Chrystusa. Wystarczy na nią spojrzeć, by wiedzieć, że niejedno już widziała, niejednego była świadkiem. Słyszała też setki jeśli nie tysiące spowiedzi skruszonych grzeszników wyznających swe winy w konfesjonale obok. O, właśnie trzaska odsuwana zasuwka, cienie kratki zdobią szachownicą twarz mężczyzny o prezencji detektywa. A może bandziora? Czasem tak trudno ich odróżnić. Czasem nie ma żadnej różnicy. Ksiądz nie musi nic mówić. Mężczyzna sam wie, że zgrzeszył i dlatego tu jest. Prosi o przebaczenie. Ostatni raz był u spowiedzi – tu spogląda na zegarek – dobę temu. To stanowczo za często, mówi kapłan, ale my czujemy, że to nieprawda. Znamy ten schemat i wiemy doskonale ile człowiek o takim wyglądzie może nagrzeszyć w dwadzieścia cztery godziny…

***

Najnowszy film braci Coen traktuje o dawnym Hollywood, ale w taki sam sposób jak „Bracie gdzie jesteś?” traktował o amerykańskim Południu swojego czasu. Jak Fargo o prawdziwej zbrodni… Słowem: troszkę. Sami twórcy przyznawali wielokrotnie, że robienie dokładnego reaserchu nie sprawia im frajdy, nie są w niego za dobrzy, swoje opowieści konstruują więc na bazie już zgromadzonej wiedzy i skojarzeń, jakie wywołują. A że linie skojarzeń bywają u nich dziwne i pokręcone, efekt końcowy bywa zaskakujący i wielowarstwowy.

Bo oczywiście można „Ave, Cezar” potraktować jako baśń o dawnej Fabryce Snów. Tropy są jasne i oczywiste dla każdego, kto interesował się historią filmu choć trochę lub nawet tylko czasem ogląda filmy na kanale TNT. Kto bowiem w Whitlocku Clooneya nie dopatrzył się czy to Richarda Burtona z „Kleopatry”, czy Richarda Tylora z „Quo Vadis”? Kto nie dostrzegł scen żywcem przeniesionych z „Ben Hura”? Gdybyśmy chcieli przekładać filmowe postaci i obrazy jeden do jednego, bez trudu skojarzymy też zarówno „Million Dollar Mermaid” z Esther Williams jak i „Na przepustce”z Genem Kellym czy wreszcie „Wspaniałość Ambersonów” z Tomem Holtem.

Celowo przywołuję zarówno film, jak i aktora, bo za każdym z obrazów stoi anegdota świetnie wpisująca się w ówczesne problemy z jakimi borykały się studia. Niechciana ciąża, zmiana wizerunku czy wreszcie powiązania powszechnie kochanego aktora-tancerza z komunizmem i czarną listą – tym żyła ówczesna prasa i z tym borykał się… no właśnie. Eddie Mannix (Josh Brolin), któremu nawet nie zmieniono w filmie nazwiska. Producent wykonawczy studia MGM (u Coenów – Capitol), fixer zajmujący się problemami gwiazd czy to wykupionych na wyłączność, czy czasem tylko wypożyczonych na film lub dwa. To właśnie jego widzieliśmy w pierwszej scenie, to on spowiadał się ze swoich ostatnich godzin. Stworzony na wzór noirowych detektywów prowadzi nas przez fabułę pełną spisków, tajemnic, układów i oczywiście pieniędzy. Tylko czy aby na pewno?

Podtytuł filmu w filmie, czyli „Ave Cezar” realizowanego z Bradem Whitlockiem brzmi „Opowieść o Jezusie” i przyznam, że raz czy drugi przemknęło mi przez myśl, że to wskazówka. Że tak jak „Bracie, gdzie jesteś?” było odniesieniem do Odyseusza i jego podróży, tak i tu może opowieść o Mannixie, człowieku symbolu, wysłanym od tajemniczego pana Schanka z Nowego Yorku, by zstąpił na kalifornijską ziemię i dopilnował dzieła, może być opowiastką o Chrystusie. Przecież gdyby się zastanowić… Mannix spotykający się z mędrcami i pytający ich o to, co ludzie sądzą o Synu Bożym; Mannix i nierządnica, której nie potępia; Mannix i zdrajca; Mannix wodzony na pokuszenie i mający wątpliwości; wreszcie – Mannix nawracający rzymskiego Centuriona.

Każda z tych biblijnych scenek, gdyby przyłożyć do niej miarę swobody, z jaką bracia Coen potraktowali anegdoty o Fabryce Snów, pasowałaby tu jak ulał. Zebrane razem, pozwalają na taki uroczy choć może ryzykowny trop… I czy wtedy nie byłoby zabawne pomyśleć o kinie tak, jak myślimy o Starym Testamencie? Zbiór nie do końca zrozumiałych i mocno osadzonych w swoim czasie zasad, które wciąż obowiązują, wciąż ograniczają. Wciąż też generują uprzedzenia. Jakim zbawicielem byłby wtedy Mannix? Czy dokonuje on w ogóle jakiejkolwiek rewolucji, czy po prostu pilnuje, by ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieniły się w prawie, bo wierzy, że ono jest dobre? A może jest po prostu ostatnim sprawiedliwym, który wciąż jeszcze wierzy w to co robi? Lub Chrystusem jak od Scorsese, który jeszcze się nie zmienił, jeszcze zbija krzyże dla Rzymian?

Ale oczywiście mogę się mylić. Mogłem zupełnie przestrzelić, porwany ilością smaczków i nawiązań do postaci, do zasłyszanych historyjek, legend, plotek. Także tych, które, choć w filmie przedstawione dość lekko, w rzeczywistości były dość mroczne i osobliwie często dotyczyły Clarka Gable. Możliwe, że grając w grę „kto jest kim?”, że patrząc na wyśmienitych aktorów grających swoje interpretacje legend z obu stron kamery, koniecznie chciałem zobaczyć coś więcej niż bardzo prosta fabułka tkwiąca gdzieś między „Graczem” Altmana a „Deszczową piosenką”.

Nie wiem, możliwe. Ale jeśli nawet, to nadal w to wierzę. Że to nie tylko gra cytatami, ale pytanie o sens tego wszystkiego. Że to nie urocza i słodka wydmuszka jak miły przecież oku i wspomnieniom „Artysta”, ale refleksja nad tym wszystkim, co w kinie się działo, dzieje i jaki ma to na nas wpływ. Czy odwołanie się do złotego okresu i jego ciemnych zakamarków w taki sposób jest burzeniem świątyni, by postawić ją na nowo, by pomóc w dokonaniu zapowiadanych niedawno zmian tak w Akademii Filmowej, jak i w całych Hollywood, czy po prostu blagą i zgrywą zrealizowaną ze znawstwem i wyczuciem, z którego twórcy słyną? Cholera, nie wiem. Wciąż myślę. Mnożą się i nawzajem obalają interpretacyjne pomysły, kreują zalążki spiskowych teorii…

Bezsprzecznie jednak i niezależnie od tych interpretacji, „Ave, Cezar” braci Coen, to film wyśmienity i wart obejrzenia. Pewnie więcej niż raz. Nie tylko dla miłośników historii kina. A, no i Channig Tatum. Coraz bardziej trzymam za ciebie, chłopie, kciuki!

Monolith Films
Poprzedni

Bogowie Egiptu kontra bogowie dziennikarstwa

Pixar
Następny

W głowie się nie mieści - Koniec naiwności [recenzja]

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek – publikując od dekady, miksuje różne podgatunki fantastyki z mediami innymi niż literatura. Tak powstał filmowo-serialowy "Kłamca", ukazujący kult gwiazd jako nową mitologię, rockowy "Dreszcz" będący komiksem zaserwowanym w postaci prozy, tworzący wizerunek polskiego superbohatera czy "Chłopcy", którzy nawet z najwygodniejszego fotela zabierają czytelnika na pustą drogę ciągnącą się aż po horyzont. Łącznie szesnaście tytułów. A gdy książki trafiają już do wydawnictwa, Kuba preleguje, podróżuje po świecie, grywa na gitarze, pisze teksty piosenek, scenariusze i felietony. Jego bohaterowie doczekali się komiksów, LARP-ów, filmów krótkometrażowych, adaptacji teatralnych, słuchowisk, gry karcianej i serii koszulek. Rock&Read Festival pokazało nowy sposób zabawy literaturą i rockiem, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim Ćwiek znalazł jeszcze czas, by uścisnąć ręce Bruce'a Willisa, Jossa Whedona i Stephena Kinga oraz by założyć Browncoats of Poland. Za opowiadanie "Bajka o trybach i powrotach" otrzymał Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz