WYMĄDRZANIE 

„Piraci z Karaibów”, czyli tęsknota za dobrym łajdakiem

My jesteśmy tacy jak oni, mówi moja dziewczyna, jesteśmy dobrymi ludźmi, którzy robią złe rzeczy. Jesteśmy jak Jack Sparrow z kolegami.

 

 

Jest rok 2003, a ja zajmuję ogromne mieszkanie dla samobójców. Mam dwa wielkie pokoje, w tym jeden przechodni, gigantyczny przedpokój, za to prysznic jest w kuchni, odgrodzony ceratą od stołu, na którym przyrządzam jedzenie. Na pawlaczu leżą czterdzieści dwa obrazy pewnej artystki, która mieszkała tu przede mną. W umowie najmu znalazł się paragraf zobowiązujący mnie do otoczenia tych knotów czułą opieką. Zadanie to scedowałem na kota Prezesa, który uwił sobie tam barłóg, sporządzony ze starannie poszarpanych dzieł sztuki.

 

W tym mieszkaniu mogłaby się powiesić drużyna piłkarska wraz z sędzią i całą ławką rezerwowych. Ze ścian sterczą bolce – pozostałość po zdemontowanej już, prywatnej galerii. W sufit wkręcono kilkanaście haków, a żeby tego było mało, przez całą długość kuchni biegnie gruba drewniana belka. Wieczorami wchodzimy na nią, pijemy piwo i palimy papierosy. Drzwi od tego domu nigdy się nie zamykają. Cały czas ktoś przychodzi, z wódką, z browarem, z czymś jeszcze. Trwamy w radosnym odurzeniu.

 

Nie powiem, z czego wówczas żyłem. Nie było to coś bardzo złego, ale też nic czym chciałbym się pochwalić. Ten rodzaj zajęcia umożliwiał trwanie na nieustannym cyku z przechyłem do nieustannego odurzenia. Przyjaciel zapytał mnie po latach, dlaczego to robiłem. Po chwili namysłu odpowiedziałem, że byłem nieszczęśliwy. Mało tego, nie wiedziałem, że jestem nieszczęśliwy. Tak naprawdę nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje. Ważniejsze było co innego, mianowicie mocne poczucie bliskości śmierci. Miałem mocne przekonanie, że moje życie nie potrwa długo, że liczy się raczej w miesiącach niż latach. Nie wiem dlaczego tak sądziłem. Chciałem chwycić te dni, które pozostały i wycisnąć z nich wszystko, co się da.

 

Głównym źródłem dostępu do filmów była sieć lokalna prowadzona przez faceta o zmysłowym nazwisku Bąbel. Wykupił łącze z Telekomunikacji Polskiej i rozdzielił na kilkanaście mieszkań zajmowanych przez studentów. Prócz tego założył wspólny serwer na który każdy wrzucał co tylko chciał. Było tam mnóstwo ciekawych rzeczy, o których nikt nie chce pamiętać: klasyczny „Czarnoksiężnik z krainy Oz”, „Noc myśliwego”, francuskie kryminały z „Alainem Delonem”. Osobny folder dedykowano nowościom filmowym i tam właśnie znalazłem „Piratów z Karaibów”, okropną kamerkę z kina, ze źle zgranym dźwiękiem i widzami poruszającymi się przed ekranem. Obejrzałem film głównie ze względu na reżysera. Gore Verbinski (nota bene jeden z najlepszych współczesnych rzemieślników filmowych) zrealizował wcześniej „Krąg”, jeden z moich ukochanych horrorów. Zakochałem się natychmiast, w dniu premiery popędziłem do kina, a gdy film pojawił się w dobrej kopii, oglądaliśmy go gremialnie, przynajmniej raz w tygodniu. Być może moje stare konto na GaduGadu wciąż pozostaje aktywne. Funkcjonuję na nim jako Kpt. Jack Sparrow.

 

Nie miałem świadomości, jak wielki hype nakręca się za Atlantykiem, nie przewidziałem kolejnych, coraz słabszych części, ani też tego, że postać grana przez Johnny’ego Deppa na stale wpisze się w kulturę masową. Po prostu, zobaczyłem emocjonujący, widowiskowy film z masą poczucia humoru, wyraźnie nawiązujący do kina nowej przygody. Byłem młody i cieszyłem się dziecinną, naiwną radością. Niedawno próbowałem pokazać „Piratów…” mojemu synowi, ale chyba był jeszcze za mały. Za to jego dziadek gapił się w ekran z wyraźną fascynacją, a nawet rechotał z pełnymi ustami.

 

Pierwsi „Piraci z Karaibów” nie mają żadnego słabego punktu. Nawet Orlando Bloom jakoś się broni. To zresztą rzadki przykład aktora świadomego swoich ograniczeń. Galeria piratów jest po prostu wspaniała – kilkanaście zróżnicowanych postaci upchnięto tak, że każda jest wyraźna i zapada w pamięć widza. Muzyczny motyw przewodni uzyskał własne, osobne życie w klubach fitness i dyskotekach. Same Karaiby doświadczyły przypływu turystów, Keira Knightly raptem została gwiazdą pierwszej wielkości, producenci od Disneya uruchomili kalkulatory no i się zaczęło.

 

Historia serii jest jednocześnie historią upadku tak bolesnego, że wstydzę się przyznawać do dawnej miłości. Pal sześć, że to film dla dzieci. Kolejne części okazywały się coraz słabsze. Bohaterowie powracali zza grobu tylko po to, aby widz mógł cieszyć się ich obecnością ekranową. Taki był przecież casus Geoffreya Rusha, skądinąd znakomitego w roli pirata Barbossy. Za sprawą mnogości wątków niektóre brutalnie ucinano. Co właściwie stało się z Krakenem, jakby nie było daniem głównym drugiej części? Jednego dnia pożerał statki, drugiego zobaczyliśmy tylko jego truchło, gnijące na wybrzeżu. Na odkupienie przywołam zaskoczenie: finał pierwszej trylogii, był mocny, zaskakujący i w jakiś sposób dojrzały. W każdym razie, dojrzalszy od tego, czego można by oczekiwać po kategorii wiekowej. O części czwartej nikt nie chce pamiętać, mimo udziału Iana McShane. Piąta, zapowiadana szumnie, nic mnie nie obchodzi.

 

Na filmie najgorzej wyszedł Johnny Depp, który, wcielając się w kapitana Jacka Sparrowa osiągnął wreszcie sukces komercyjny, o który tak długo zabiegał. Ten aktor o wielkiej charyzmie i umiarkowanym talencie natychmiast zaczął wygłupiać się na pełen etat, biorąc rolę w kolejnych, coraz słabszych filmach Tima Burtona i blockbusterach. Nie poradził sobie ani z postacią Johna Dillingera („Wrogowie publiczni”), zaś „Jeździec znikąd” byłby lepszy bez jego udziału. Ten ostatni film, a także „Bezwstydny Mortdecai” i „Kieł” Kevina Smitha poniosły komercyjną klęskę. Kiedyś ludzie chodzili do kina dla Johnny’ego Deppa. Teraz unikają filmów, w których występuje Johnny Depp. Szumnie zapowiadana „Czarna msza” raczej nie poprawi jego wizerunku.

 

Niemniej, pozostaję wdzięczny za przygodę z pierwszymi „Piratami…”. dzięki temu filmowi przeżyłem chyba ostatni, prawdziwie mocny i dziecinny zachwyt kinem. Przywoływałem w głowie poszczególne sceny i myślałem cytatami. Wraz z moją ówczesną dziewczyną, porównywaliśmy się do Jacka i jego wesołych kompanów. Żyliśmy źle, na przekór społeczeństwu i jego miękkim, choć uciążliwym normom. Śmialiśmy się z tych, którzy chodzą do pracy. Pokazywaliśmy życiu środkowy palec, wznosiliśmy kielichy i wierzyliśmy szczerze, że każdy nadchodzący dzień może być tym ostatnim. Myślałem nawet, że razem umrzemy.

 

Później postanowiliśmy dorosnąć. Odstawiliśmy butelki i wzięliśmy ślub. Dziewczyna poszła do pracy, a ja, ponieważ niczego nie umiem postanowiłem zająć się pisaniem na serio. Wymyśliłem sobie życie ze słowa, zaś ten tekst, jego obecność stanowi widomy – choć marny – dowód słuszności tego zamierzenia. Jak na dorosłych przystało, kupiliśmy mieszkanie. Pojawiło się dziecko. A później wszystko runęło w trzasku, w ryku gardeł, prosto w ocean pretensji i wzajemnych rozczarowań. Podpaliłem swój okręt i ruszyłem dalej, przed siebie, w nieznane. Może to pretensjonalne, ale tak właśnie było. Na wodzie nie zostało nic.

 

Nawet drzazga z zatopionego statku.

 

 

 

promoted-media_55198642c7d4d
Poprzedni

Asylum [film] [horror]

Tomasz Jedruszek DB
Następny

Tomasz Jędruszek - ilustrator gier planszowych [galeria]

Łukasz Orbitowski

Łukasz Orbitowski

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i "Nowej Fantastyki". Aktualnie mieszka w Warszawie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz