WYMĄDRZANIE 

Popkultura Powstania Warszawskiego, czyli czy potrafimy ogrywać narodowe mity

Powstanie Warszawskie to żywa historia. Przez wzgląd na uczestników bohaterskich walk, ich wspomnienia, wrażliwość, stosunek do tego, co było, ale i do tego, co jest. Jak mierzyć się z takim dziedzictwem? I co na ten temat mówi nam popkultura?

Na pewno można ją usłyszeć, bo to już część małego-wielkiego rytuału, gdy znajomi na fejsbukowych ścianach udostępniają – w zależności od gustów muzycznych – czy to nastrojowe dźwięki Lao Che z kultowej płyty „Powstanie Warszawskie”, która dla artystów ze stolicy okazała się być przełomowym punktem w karierze, czy też elektryzujące kawałki szwedzkiego Sabatonu, który nieustannie krzyczy „Warszawo, walcz!”. Melodie przywołują zaś konkretne obrazy.

Wśród nich nie brakuje wspomnień i pamiętników („Między życiem a śmiercią. Pamiętnik z powstania warszawskiego” Janiny Mikoleit-Koszegh), pomysłowych opowieści młodzieżowych („Galop 44” Moniki Kowaleczok-Szumońskiej), komiksów historycznych z serii IPN czy powieści gatunkowych, na przykład sensacyjnej historii „Ojciec ‘44” Jana Ciszewskiego. To jednak tradycyjna forma, która zaspokaja czytelniczą ciekawość, ale skazana jest na, no cóż, określoną grupę odbiorców. Raczej nieliczną, biorąc pod uwagę coroczne statystyki odnoszące się do polskiego zamiłowania ku literaturze.

Przywiązanie do symboli narodowych jest jednak widoczne, i to dosłownie, jeśli weźmiemy pod uwagę działalność Red is Bad. Marka odzieżowa, której znakiem rozpoznawczym jest odwoływanie się do polskiej tradycji i wizerunków z rodzimej historii. I dobrze, bo niby czemu nie? Zwłaszcza, jeśli za projekty odpowiedzialni są artyści takiego kalibru, co Jakub Różalski. To też jedno z nazwisk, za którym kryje się zupełnie nowe, nieoczywiste podejście do naszego dziedzictwa.

Historii widzianej nieco alternatywnie, to znaczy ujętej w formule fantastycznej, gdzie rzeczywistość znana z kronik, zwłaszcza początku ubiegłego wieku, największych działań militarnych i powstań polskiego oręża wiąże się z dumą, ale też grą wyobraźni. Wielkie machiny bojowe, cyborgi i futurystyczne uzbrojenie na tle folkloru, natury, codzienności. Nic dziwnego, że taka wizja potrafi zdumiewać, dając też podstawę pod inne projekty – choćby grę osadzoną w uniwersum pomyślanym przez wspomnianego artystę.

W branży elektronicznej znaleźć już można jednak tytuły, które mówią o Powstaniu. Tyle tylko, że wielkie ambicje przy niewystarczających umiejętnościach mogą prowadzić do prawdziwej klęski. Przykład to „Uprising 44: The Silent Shadows”, produkcja reklamowana jako gra akcji na poziomie światowym. Na zapowiedziach się jednak skończyło, i niech to będzie sugestywnym podsumowaniem. Strach ryzykować oryginalnością? Niekoniecznie, bo to właśnie ona rozbudza zainteresowanie.

Chyba jednym z najbardziej oczekiwanych filmów, przede wszystkim ze względu na osobę reżysera, jest… tudzież był, „Hardkor 44”. Tomasz Bagiński, którego talent jest niezaprzeczalny, zapowiada realizację tej animacji od lat, jednak póki co nasza wyobraźnia karmiona jest grafikami koncepcyjnymi, które faktycznie zwiastują widowisko zgodne z tytułem. Bezkompromisowe walki powstańców z niemieckim okupantem, akcja przefiltrowana przez motywy science-fiction i heroiczne zmagania garstki ocalałych.

Tak sygnalizowane przedstawienie tematu mogłoby budzić wątpliwości, jednak wydaje się, że jest potrzebne. Po to, aby na nowo opowiedzieć historię. Obecną i widoczną, ale przede wszystkim lokalnie. Chwała, że mamy Muzeum Powstania Warszawskiego, że się mówi, pamięta, pielęgnuje. My to wiemy, niech dowiedzą się jednak też inni. Także w nowoczesnej formie, jak miało to miejsce w przypadku „Miasta 44” Jana Komasy, choć i z odbiorem tego filmu bywało różnie przede wszystkim ze strony uczestników pamiętnych dni.

Na niektórych, jak na Wojciechu Barańskim (pseudonim „Bar”) widowisko wywarło szereg pozytywnych emocji i wspomnień, na innych zaś poczucie rozczarowania nieco zwulgaryzowaną formą, odejściem od autentyczności, o czym wspominał Edmund Baranowski (pseudonim „Jur”). Tutaj też ponownie pojawia się pytanie z początku – jak opowiadać o historii, która jest wciąż żywa? Tak, aby była atrakcyjna, a przy okazji… no cóż, przedstawiała prawdę, choć w różnym, czasami fantastycznym ujęciu.

Co zatem warto czynić? Na pewno próbować stale uaktualniać wspomnienia. Popkulturowe formy są przecież nieprawdopodobnie podatne na narodową mitologię. Piękną i tragiczną zarazem, o której można opowiadać z poczuciem dumy. I w tym właśnie – między innymi – widzieć zwycięstwo.

Powstanie Warszawskie Wędrówka po walczącym mieście
Poprzedni

Powstanie Warszawskie. Wędrówka po walczącym mieście - dokument bez oceny [recenzja]

DC Entertainment
Następny

Nie tylko Legion samobójców – komiksowe drużyny wyrzutków

Marcin Waincetel

Marcin Waincetel

Absolwent kulturoznawstwa i filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Redaktor portali Paradoks, Booklips i Poltergeist, publikował na łamach magazynu „Coś na progu” oraz Geezmo. Osobowościowo zbliżony ponoć do Johnny’ego Deppa, a także Edgara Allana Poe, zakochany w X Muzie oraz wszystkich możliwych przejawach popkultury.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz