WYMĄDRZANIE 

Popkulturowe niedole dzieciństwa

Wakacje. Dziecko na koloniach. Czyli można albo poszaleć, albo po prostu odpocząć. Ale zamiast świętego spokoju, ogarnia mnie niepokój. Dlaczego? Nadrabiam różne popkulturowe nowinki, a tam gwałty, palenie na stosie i w ogóle seria zgonów z dzieciakami w roli głównej. Co się dzieje, do cholery?!

Zakończył się krótki, sześcioodcinkowy sezon serialu „Between”. To taki miszmasz pomysłów z „Pod kopułą”, „The 100” i dorzucić można jeszcze książkę „Gone”. W miasteczku Pretty Lake, na skutek rozprzestrzeniającego się wirusa umierają wszyscy mieszkańcy mający powyżej dwudziestu dwóch lat. Ci poniżej, nagle są odizolowani od reszty świata. Wokół Pretty Lake zostaje bowiem  zainstalowane ogrodzenie pod napięciem, a my obserwujemy przez sześć odcinków głównie nieodpowiedzialne poczynania młodzieży. Serial najpierw drażni dziurami logicznymi, irytują poszczególni bohaterowie, ale z epizodu na epizod atmosfera tężeje, a w tle poczynań grupki pierwszoplanowych postaci rozgrywa się inny, mniej wyeksponowany dramat. Poboczne postacie, głównie małe dzieciaki umierają, złożone na ołtarzu fabuły. W efekcie, wakacyjny serial, który miał dostarczyć emocji i rozrywki stal się dla mnie najbardziej dołującą tegoroczną produkcją telewizyjną i przyniósł wiele skojarzeń z czytanym lata temu, ale wciąż pozostającym w głowie „Władcą much”.  I nagle dotarło to do mnie z podwójną siłą. Dzieciaki w dzisiejszej popkulturze mają po prostu przechlapane.

Przykłady pierwsze z brzegu.  Ender, Ciri, porozrzucane po Westeros (i jeszcze hen, dalej) dzieciaki Neda Starka. Wiele z nich musi przejść przyśpieszony kurs dojrzewania, by przetrwać w nieprzyjaznym świecie. Dorośli wykorzystują młodocianych do swych niecnych celów, a jeśli dzieciom uda się w jakiś sposób dożyć wieku dorosłego, w ich psychice pozostaną niezasklepione blizny, bądź poczucie winy za dokonane czyny – trzeba być niezatapialnym psychicznie i moralnie Harrym Potterem, by w dorosłym życiu, jak nas w epilogu serii przekonywała J.K.Rowling znaleźć wreszcie spokój i pełnię szczęścia.

Różni znakomici pisarze dokonują w ten sposób wiwisekcji dzieciństwa, rujnują jego mit i sprzedają przy okazji tysiące egzemplarzy poczytnych historii.  Albo w ogóle się czymś takim jak mit dzieciństwa nie przejmują, rozpalają stos, szykują widowiskowy gwałt, grzebią maluchom w mózgach lub patrząc z innej strony – robią z dzieciaków bohaterów ponad ich miarę, każą decydować o losach świata, ubierają w szaty wybrańców, aż koniec końców, dzisiejszym nastoletnim odbiorcom może przewrócić się od tego wszystkiego w głowie.  Z jednej strony nabierają poczucia, że są pępkiem świata, z drugiej gubią się we wszystkim, bo robi się z nich w popkulturze skrajnych  indywidualistów, zapominając, że to po prostu wciąż zwykłe dzieciaki.  Nie mówię już o różnych talent-show, ale skoro je wymieniłem to chyba wiadomo, dokąd podążam – do tezy, że dzieciaki, te realne i te wymyślone traktuje się w wielu gałęziach popkultury instrumentalnie, pod pozorem traktowania pełnoprawnego. Widząc to wszystko, człowiek nagle tęskni do niedawnych przecież czasów serialu „Cudowne lata”, do powieści i ekranizacji Bahdaja, kiedy to samemu było się dzieckiem i oglądało się i czytało o przygodach dzieci, które jak dzieci się zachowywały. Skąd to nagłe zdarcie zasłony? Po części stąd, że zaciera się granica wiekowa. Serię o Harrym Potterze czytały i oglądały maluchy, nastolatki i rodzice. Tak samo jest z filmami Pixara, w końcu rodzic mógł chodzić na filmy dla dzieci i nie nudzić się przez dwie godziny w kinie. A co powiecie na to, że dzisiejsze dzieciaki, trzynasto i czternastolatki,  oglądają „Hannibala”, albo „Penny Dreadful”? Tak, naprawdę coś się podziało,  szeroki, głównie internetowy dostęp do popkulturowych dóbr spowodował, że przestają obowiązywać wspomniane, wiekowe podziały, a oznaczenia „tylko dla dorosłych”, czy „parental advisory” stają się śmiesznym reliktem. Co się dzieje? Czy dzieci szybciej dorastają, czy to społeczeństwo dziecinnieje?

To nie tak. Po prostu zmienił się zakres obszaru ochronnego. Takim w moich dziecinnych latach była literatura i to ona w znacznym stopniu budowała obraz idyllicznego dzieciństwa. Samo dzieciństwo nie ma w sobie wiele z idylli, to raczej obszar życiowego pola walki. Dla niektórych dom, książka, stawały się bezpiecznym miejscem, a z kolei przedszkole i szkoła polem walki. I odwrotnie – inni uciekali na dwór, do kolegów, bo rodzinny dom był dla nich przedsionkiem piekła. Pamiętam jak moją, stworzoną z literatury bańkę ochronną przekłuł lata temu, za sprawą prawdopodobnie najważniejszej książki mojego życia Edmund Niziurski, sprowadzając  w „Siódmym wtajemniczeniu” ideę mitu dzieciństwa, mitu indywidualizmu i bohaterstwa, w zasadzie samo pojęcie jakiejś tam „idei” do bardzo, ale to bardzo przyziemnego stanu. Tak, to Niziurski jako pierwszy przygotował mnie na „uroki” dorosłego życia, w którym „każdy orze, jak może”. Dzisiaj z jednej strony obszar ochronny uległ zawężeniu, a jednocześnie rozrosły mu się widełki. Jednocześnie widzę, że niektórzy dorośli nie poddają się, tworząc i dla dzieci i dla samych siebie  rodzaj przemysłu tęsknoty za dawnym obszarem ochronnym.  Uwidocznia się to w wysypie literatury dziecięcej, pięknie wydanej, mądrej, odwołującej się do niegraniczonej wyobraźni maluchów, rezygnującej z silnych, emocjonalnych bodźców, na rzecz wiary w estetykę. Co z tego, skoro dzieci pragną właśnie silnych emocji i dlatego  bardziej niż z rad rodziców, korzystają z polecanek rówieśników, podchodząc w księgarniach głównie do półek z mangą i współczesną literaturą młodzieżową, na temat których dorośli nie mają praktycznie żadnego pojęcia. Jak przyjść z pomocą – i nie, wcale nie dzieciakom, tylko bardziej ich rodzicom?  Nie chcę zmuszać ich i samego siebie do czytania dziecięcych mang i siedzenia dziecku nad głową. Chcę jedynie przypomnieć ten czas, gdy sami byli dziećmi, aby choć trochę zrozumieli własne pociechy. Jest bowiem pewna popkulturowa nisza, w której mit utraconego dzieciństwa potrafią przywołać niektórzy artyści. A robią to łącząc misternie dwie zasygnalizowane powyżej sfery – obszar ochronny i pole walki – i chyba w tym jest cała tajemnica, że obie te sfery po prostu muszą funkcjonować nierozerwalnie. W dziełach tych twórców dzieciństwu i wczesnej młodości oddawany jest zasłużony honor, a rujnowanie mitu odbywa się tu przy wtórze  nostalgicznego zachwytu nad potęgą dziecięcej wyobraźni.

Których to twórców tak ciągnie do dzieciństwa? Wielkich mistrzów fantastyki, którzy potrafili wpleść w gatunkowe ramy dole i niedole dziecięcego dnia powszedniego. Stephen King w „To” i „Ciele” i kilku innych swoich książkach, Neil Gaiman w „Oceanie na końcu drogi”, Dan Simmons w „Letniej nocy” i ponoć Robert McCammon w „Magicznych latach”, których nie zdążyłem jeszcze przeczytać. To tam odnajduję echa prawdziwego dzieciństwa, równouprawnione traktowanie dziecięcych i dorosłych bohaterów, całą magię, ale też niedole dziecięcych lat. Jest też jedna cecha wspólna tych opowieści. „To”, „Ocean na końcu drogi” i „Letnia noc” zaczynają się od śmierci.  Śmierć na samym początku opowieści staje się katalizatorem wydarzeń i symbolem zmiany w dziecięcym świecie, w którym przecież  takie rzeczy nie powinny się zdarzać. A jednak się zdarzają, tak jak dzieje się, pozwólcie, że zaserwuję  jeszcze jeden ważny przykład, w komiksowym „Locke & Key”.

„Locke & Key” opowiada o grupce dzieciaków, których ojciec został brutalnie zamordowany, a co więcej, byli oni praktycznie świadkami tego wydarzenia. Po pogrzebie, wraz z topiącą smutki w alkoholu matką wyprowadzają się do rodzinnego miasteczka zmarłego rodzica, którego nazwa – Lovecraft – bije po oczach i zapowiada niezwykłe wydarzenia. Traumatyczne wydarzenie okazuje się być bramą do urzeczywistniającej się krainy wyobraźni. Rodzinny dom zwie się Keyhouse i rzeczywiście okazuje się budynkiem zasobnym w klucze o niezwykłych, magicznych właściwościach.  Klucze – dzięki którym można chociażby usunąć z głowy ideę strachu, opuścić ciało w formie ducha czy nabrać gigantycznych rozmiarów – okazują się niezwykle przydatne w codziennym życiu, są podporą w radzeniu sobie z jego prozą, ale także orężem w walce z czarnym charakterem, który w tej arcyciekawej fabule stoi za całą, sięgającą wiele lat wstecz intrygą.

O scenarzyście tego komiksu coraz rzadziej mówi się, że jest synem Stephena Kinga.  Joe Hill wydostał się spod cienia ojca, a w „Locke & Key” udowodnił, że stać go na napisanie oryginalnej, rozgrywającej się w kilku czasowych płaszczyznach historii. „Locke & Key” koresponduje również ze wspomnianą wyżej,  jedną z najlepszych książek Kinga – „To!”.  Jedno krótkie słowo z wykrzyknikiem  w tytule oddaje w zupełności ideę, którą chciał przekazać czytelnikom popularny pisarz. Powieść, podobnie jak  komiks Hilla opowiada o grupce dzieciaków i również rozgrywa się na różnych płaszczyznach czasowych. W warstwie metaforycznej opowiada o tym, że gdy dzieje się jakaś straszna rzecz w życiu dziecka, próbuje wytłumaczyć ją ono na swój sposób, co nazbyt często kończy się wyparciem i zapomnieniem. W dużej mierze są to też opowieści inicjacyjne, w których młodzi bohaterowie  na początku zderzają się z realnością świata. Momentem zderzenia jest zazwyczaj śmierć. Umrzeć może ktoś z rodziny, kolega ze szkoły, czy ulubiony zwierzak. Nagle okazuje się, że rodzice nie są w stanie wytłumaczyć przyczyn i zrozumieć skutków pęknięcia idealnej rzeczywistości dzieciństwa, w której zwykły pagórek może grać rolę potężnej skały, a opuszczony dom jest siedliskiem mrocznych sił, ale żeby ktoś miał po prostu umrzeć?  Dziecko musi poradzić sobie z tym wszystkim samo, przede wszystkim na poziomie wyobraźni – stąd najlepiej to obrazujący tytuł powieści Stephena Kinga. Z tymże jedna ważna rzecz – przywołane tu przykłady, King, Gaiman, Hill, to przecież dzieła dla dorosłego, a przede wszystkim dojrzałego czytelnika. Powinni je zatem czytać rodzice, bo pozwoli im to zrozumieć całą złożoność dziecięcego świata. Najaktualniejszy czasowo z tego zestawu „Locke & Key”, to metaforyczna opowieść o ponurej przygodzie na drodze do dojrzałości, mówiąca wiele o współczesnych dzieciakach, które w dzisiejszych czasach, choćby za sprawą serii o „Harrym Potterze” są  od wczesnych lat  zaznajamiane z mroczną stroną  życia. Smutna prawda jest taka,  że w obecnym świecie globalnej wioski skończyły się czasy niewinnych, dziecięcych bohaterów i naiwnych historyjek. Dziwna to moda, ale chyba  i znak czasów jednocześnie, że tak wiele dzieł tworzonych i dla dorosłych i dla dzieci, epatuje wizją nieprzyjaznego świata – jakby odgórnie szykowano nas na jakieś wspólne, nieprzyjemne, ale może na samym końcu oczyszczające doświadczenie.

Rodzice muszą się  chyba z tym pogodzić, przetrawić  gorzką prawdę, choć wiem, że niezmordowanie będą budować obszar ochronny dla swoich pociech. A co, jeśli dziecko jest w tym uprzywilejowanym położeniu, że posiada swój pokój, dostęp do Internetu i wie o współczesnych nowinkach technologicznych i wielu innych rzeczach więcej niż mama i tata razem wzięci? Do mnie w pewnym momencie to dotarło i nie próbuję nachalnie rozciągnąć obszaru ochronnego nad moją córka, ani niczego jej na siłę narzucać. I coraz częściej przekonuję się, że jak bardzo bym nie chciał służyć radą i pomocą w doborze popkulturowych dóbr i nie tylko,  to i tak sama wie najlepiej, jakie są jej potrzeby i co jej się od życia należy. I nie będę tego na siłę zmieniał. Bo przecież ostatecznie, nawet posiadając wsparcie bliskich, każde z nas z rzeczywistością  musi zderzyć się samemu.

Fox Games
Poprzedni

Niebezpieczna wyprawa

maxresdefault (1)
Następny

Krzyk [serial] [horror]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz