WYMĄDRZANIE 

„Rękopis znaleziony w Saragossie” czyli jak przeżyć życie

Z „Rękopisem znalezionym w Saragossie” Wojciecha Hasa nierozerwalnie łączy się termin „opowieść szkatułkowa”. Powiesz jedno, myśl dopowiada drugie. Działa to w obie strony. Gdy ktoś zaczyna poruszać temat opowieści szkatułkowych, natychmiast zaczynam myśleć o „Rękopisie znalezionym w Saragossie”. Dziwna sprawa z tym filmem, jak i pierwowzorem literackim. Ta dziwność, znów splata się z dziwnością kraju w którym żyjemy. Pierwsza polska powieść tak naprawdę nie jest żadną polską powieścią, gdyż Potocki napisał ją po francusku (dziś oddałby się angielszczyźnie, wzorem Jerzego Kosińskiego). Mało tego, właściwą treść „Rękopisu…” poznają tylko ci władający językiem Moliera. Tłumaczenie, którym dysponujemy jest właściwie wariacją na temat, nie wiernym oddaniem tekstu. Nowa, zgodna z oryginałem edycja niedługo trafi do księgarń, ale na razie mamy to co mamy.

Z filmem sprawa wygląda jeszcze dziwniej. My, Polacy, mamy sympatię do własnej kinematografii. Chętnie wracamy do „Stawki większej niż życie”, „Samych swoich”, „Czterech pancernych”, także „Pitbulla” Patryka Vegi, do „Rejsu”, niektórych filmów Wajdy, Barei, Pasikowskiego. Na Zachodzie te tytuły nikogo nie obchodzą i mam graniczące z pewnością przypuszczenie, że krytycy branżowi z Nowego Jorku i Kalifornii jakoś poradziliby sobie bez pana Andrzeja i jego majstersztyków. Inaczej z „Rękopisem znalezionym w Saragossie”. Film Hasa regularnie ląduje na wysokich miejscach podsumowań w stylu „20 kultowych arcydzieł”. Jakość kopii, którą zdobyłem, przygotowując się do pisania tego tekstu zawdzięczamy Martinowi Scorsese  który z własnej kasy odrestaurował zniszczoną taśmę, a następnie efekt swojej pracy zaprezentował publiczności. Nad Wisłą nikt o to nie zadbał. Straszna szkoda. Nie znam zbyt wielu ludzi, którzy widzieli ten film, a tych co go lubią mogę zliczyć na palcach jednej ręki. „Rękopis…” nie doczekał się nawet statusu ramoty. Został zapomniany.

Przygodę ze szkatułkowym arcydziełem Hasa zacząłem również szkatułkowo, na raty i od środka. Przy jakiejś okazji zobaczyłem jeden epizod, a przy innej drugi. Przypuszczalnie, nie mogłem nawet skojarzyć, że mam do czynienia z tym samym filmem. W tamtych czasach telewizja dość często puszczała Hasa. Później, „Rękopis…” trafił do mnie na kasecie wideo, już zaśnieżonej, z rogiem „jedynki” bądź „dwójki” w prawym górnym rogu. Polecono mi go jako wielbicielowi rzeczy z wytwórni Hammer, również kostiumowych. Zassał od pierwszej minuty i ani przez moment nie żałowałem, że otrzymałem coś innego niż horror.

Pozwolę sobie dać świadectwo własnego entuzjazmu. Przecież już sam początek jest fantastyczny! Trwają wojny napoleońskie. Dwóch oficerów stron przeciwnych spotyka się na okoliczność bitewnego finału. Jeden ma aresztować drugiego. Coś takiego nie następuje. Oficerowie razem zaczynają czytać iluminowaną księgę, którą znaleźli w zrujnowanym ostrzałem budynku. Przepaść, dzieląca ich zostaje natychmiast zasypana – wiara w dobro natury ludzkiej, tak zasygnalizowana na początku, nie chwieje się aż do ostatniej sceny. Cybulski zagrał tutaj rolę życia.  Jego kapitan Alfons van Worden jest oficerem pełną gębą, który zachował jednak odrobinę chłopięcości – ciekawość świata, którą przejawia wypada uznać za ciekawość dziecka. Leon Niemczyk udowadnia, że można być żebrakiem i dżentelmenem, zachowując jednocześnie charyzmę godną Drakuli. Sławomir Lindner jako starzejący się szlachcic-miłośnik hurtowych pojedynków jest po prostu fantastyczny. A cóż tam wyrabia Maklakiewicz w roli nieznośnego męczybuły! Mógłbym tak długo wymieniać. Końcówkę tego akapitu ofiarowuję kobietom przewijającym się przez większość czasu ekranowego. Są bardzo piękne. Rzekłbym nawet, zachwycające. „Rękopis…” pulsuje erotyzmem gorącego lata, choć reżyser, ze zrozumiałych przyczyn, unika dosłowności. Takiej, przesyconej seksualnością atmosfery próżno szukać w dzisiejszych produkcjach. Ani myślę udawać świętoszka. Po prostu, kino w toku swojego rozwoju utraciło jakiś rodzaj erotycznej subtelności i musimy się z tym pogodzić.

Bardzo chciałbym zobaczyć mapę wydarzeń opowiedzianych w „Rękopisie…”. Wówczas mógłbym ten film choć trochę lepiej zrozumieć. Mapa – lub, jak to się teraz mówi „timeline” – pozwoliłaby mi zobaczyć wszystkie zależności pomiędzy poszczególnymi historiami. Has, idąc za Potockim rozplata kolejne historie, generując wrażenie kolorowego chaosu, by następnie spleść je na powrót. Koniec jednej był środkiem drugiej, a pierwsza okazała się kropką ostatniej. Precyzję tej konstrukcji osłabia nieco zakończenie, gdzie niektóre postaci ukazują swoje prawdziwe oblicze, tylko po to, by zaraz później zniknąć ze sceny na podobieństwo duchów. Mam wierzyć, że wszystko było złudzeniem? Fantasmagorią w dolinie wisielców? Nie bardzo mam taką ochotę, choć dopuszczam możliwość, że moje własne życie mi się tylko śni.

Za młodu nie mogłem zrozumieć „Rękopisu…” a teraz ledwo przeczuwam jego sens, zgadzając się z intencją, wyczuwalną podskórnie. Życie rzeczywiście jest opowieścią szkatułkową. Nie mam nawet na myśli tego, że jakaś moja inicjatywa doczekała się kontynuacji za sprawą aktywności kogoś innego, albo, że człowiek spotkany przypadkowo w młodości powrócił po latach by odegrać istotną rolę w moim życiu. Weźmy, na ten przykład, ojcostwo. Gdy byłem mały uwielbiałem swojego ojca, potem zacząłem się na niego złościć, a jeszcze później doświadczyłem radości pojednania. Teraz sam jestem ojcem (kulawym, dochodzącym, lecz jednak – ojcem). Spędzając czas z Julkiem uczę go zabaw które znam od swojego własnego taty. Używam też jego powiedzonek, wydaje mi się nawet, że całą dynamikę relacji zaczerpnąłem z własnego dzieciństwa, no bo skądinąd? A teraz najlepsze. W ten sposób przywracam sobie swoje własne dzieciństwo gdyż ja-chłopiec odzywam w Julku, tak jak we mnie, na nowo, zaczyna żyć mój niespełna czterdziestoletni ojciec. Ja w Julku, ojciec we mnie nie jesteśmy jednak ludźmi, lecz opowieściami o nas.

Młody kapitan przechodzi inicjację, rozpisany na wiele aktów test męskości, a ja już wiem, że życie każdego faceta polega właśnie na tym. Oglądałem Hasa w okresie zawierania pierwszych przyjaźni, nauki kochania, rozstawania się i kochania na nowo i dopiero teraz wiem, że utrzymanie tych przyjaźni przez dwadzieścia długich lata jest ogromnym wysiłkiem. Nagroda za niego jest jednak bajeczna. Miłość najchętniej skręca ku rozczarowaniu, a później zgorzknieniu, czego za wszelką cenę należy uniknąć. Innymi słowy, mężczyzna powinien być jak ów kapitan u Hasa – doświadczony, lecz wciąż ciekawy, odważny, lecz nie szalony w konfrontacji z niebezpieczeństwem, w miłości zaś wypada łączyć pasję z odrobiną rozsądku oraz zawstydzenia. Niestety, w jednym punkcie film wygrywa z życiem. W jednej z ostatnich scen, kapitan spotyka starca, którego poznał jako mnicha w jednej z wcześniejszych przygód. Teraz starzec nosi szaty sułtana i wydaje ucztę na cześć swojego gościa. Mówi mu: „stary, dałeś radę. Przeszedłeś przez wszystkie próby”. Zdrówko, mości panowie. Niestety, taki dobry starzec nie pojawi się w moim życiu. Nikt nigdy nie powie „Orbitowski, zdałeś! Jesteś gość!”. Sam też tego sobie nie powiem, bo nie będę wiedział. Nigdy nie rozpoznam tej chwili i w tym sensie, wiedza o tym, czy zdałem egzamin z życia pozostanie poza moim zasięgiem. Będzie jednak znana innym, gdy film, którego jestem bohaterem dobiegnie końca i polecą napisy.

Albatros
Poprzedni

Całodobowa księgarnia pana Penumbry - lektura bardzo specyficzna [recenzja]

Egmont
Następny

Wolverine i X-Men #1: Cyrk przybył do miasta - superbohaterszczyzna dość nietypowa [recenzja]

Łukasz Orbitowski

Łukasz Orbitowski

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i "Nowej Fantastyki". Aktualnie mieszka w Warszawie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz