WYMĄDRZANIE 

Smok – Bagiński kontra legendy polskie [film]

„Smok” Tomka Bagińskiego podzielił internet na tych, którzy się zakochali i tych, którzy zieją nienawiścią. Co było do przewidzenia, bo my Polacy uwielbiamy funkcjonować rozpięci między dwoma skrajnościami.

Od pewnego czasu mam wrażenie, że mój pies to Polska. I zanim ktoś odda mnie do prokuratury za obrażanie uczuć patriotycznych, pozwólcie, że wytłumaczę. Otóż suka jest mieszańcem. Pół beagle, pół posokowiec. Obie rasy są niebywale emocjonalne, a połączenie ich w jedno, ważące obecnie szesnaście kilogramów, ciało powoduje, że Peppę emocje dosłownie roznoszą. Nasz weterynarz przytomnie zauważył, że z Peppą, kłopot polega na tym, że ona nie zna innych emocji jak tylko maksymalna radość i maksymalny smutek (lub wkurw, jak kto woli). Trzeba z nią bardzo ostrożnie, nie wolno mówić zbyt radosnym głosem, bo od razu wpada w euforyczny szał i rozwala sobą wszystko dookoła. Z gniewem jest tak samo. Wystarczy, że jakiś pies szczeknie nieodpowiednio i to co dzieje się, to nie awantura… To tornado nienawiści do przeciwnika. Jak zaś krzyknę na nią za mocno, poczuje, że coś złego zrobiła, to wpada w skrajną melancholię i chce zalizać mnie na śmierć przepraszając za winy swoich przodków aż do siódmego miotu wstecz. Jakkolwiek brzmi to absurdalnie, życie z nią jest cudowne i kochane. I wiem co mówię, bo spędzamy wspólnie zazwyczaj całą dobę. A jak się ma suka do Polski? Ano ma się. Przyglądając się temu co przetoczyło się przez internet po poniedziałkowej premierze „Smoka” Bagińskiego uznałem, że mój pies to idealna żywa, sierściasta metafora polskiej mentalności. Nie ma półśrodków. Nie ma półtonów. Albo euforia, albo dno.

A więc internauci już uznali, że Bagiński pogrąży „Wiedźmina”. Że „Smok” to dno i wodorosty. Że Bagiński uratuje „Wiedźmina”. Że „Smok” to najlepszy polski film. Gdy dotarłem do komentarzy, w których ktoś zarzucał Bagińskiemu (i zarazem Błażejowi Dzikowskiemu – autorowi scenariusza) nakłanianie do gwałtu i gloryfikację samczego myślenia o kobietach, upadłem i tylko miłość mojego psa (czy raczej jej potrzeba wyjścia się załatwić) sprawiła, że podniosłem się z podłogi.

Naprawdę? W trzynastominutowym, zabawnym filmie ktoś był w stanie dopatrzyć się mizoginizmu, chęci uwłaczania kobietom i gloryfikacji gwałtu? To za dużo – nawet dla mnie.

Kolejny argument – nie ma scenariusza. A opowieść o gangsterze Adolfie Kamchatkovie, który porywa piękne polskie dziewczyny i Janku, który tworzy androida, żeby pokonać złego – to nie jest historia? Jest. Ma swój początek, środek i koniec, oraz co najważniejsze da się ją streścić w jednym zdaniu. Co więcej „Smok” utkany jest wręcz z popkulturowych odniesień, cytatów, które wyłowią, ci którzy fantastyką się interesują. Więc pracę w scenariusz włożono. A że jest on prosty, to inna para kaloszy. Po pierwsze to zabawa legendą (co za tym idzie jest prosta), po drugie w trzynastu minutach naprawdę trudno upchać nie wiadomo ile twistów.

Bagiński swoich hollywoodzkich aspiracji nie ukrywa i właśnie pokazał, że wie jak to się robi. I myślę, że „Wiedźmina” zrobi dobrze. Dokładnie tak, aby odbiorcy masowi mieli ochotę przez dwie godziny siedzieć w kinie z otwartymi oczyma i wyłączonym mózgiem.

Jeśli dla mnie „Smok” ma jakiś mankament to jeden – podstawowy. W całej zabawie legendą, w układaniu życiorysu Kamchatkova i Janka, Bagiński, odnoszę wrażenie, zapomniał o jednym – dramaturgii. Trzynaście minut projekcji „Smoka” to linia ciągła filmowego napięcia. Mnie to boli, ale też daje do myślenia. Bo co tak naprawdę Bagiński „Smokiem” zrobił? Moim zdaniem stworzył na potrzeby Hollywood trzynastominutową wizytówkę siebie. Że potrafi radzić sobie z efektami, że wie co to śmiech, że czuje gatunek. A że „Smok” ma konstrukcję linearną? W przypadku Hollywood to nie zarzut. Umówmy się, wszystkie wysokobudżetowe, rozrywkowe produkcje SF jakie trafiają do kin to filmy pozbawione dramaturgii. Tak kręci Bay, tak realizuje swoje obrazy Emmerich i cała masa im podobnych speców od tego, żeby dużo wybuchało i się działo. Bagiński swoich hollywoodzkich aspiracji nie ukrywa i właśnie pokazał, że wie jak to się robi. I myślę, że „Wiedźmina” zrobi dobrze. Dokładnie tak, aby odbiorcy masowi mieli ochotę przez dwie godziny siedzieć w kinie z otwartymi oczyma i wyłączonym mózgiem. A jeśli jeszcze przy okazji uda mu się przemycić kilka smaczków – tym lepiej. I żeby nie było – nie ironizuję. Masowa rozrywka rządzi się masowym gustem. Rozumiesz to, albo giniesz.

Natomiast w całym zamieszaniu dookoła „Smoka” umknęła w mediach jedna – bodaj najważniejsza rzecz. Że „Smok”, niebawem „Twardosky” oraz wydana przez Allegro antologia to projekt mający za zadanie odkurzyć polskie legendy, które powinny być trzonem naszej popkultury, a nie są. Owszem przejawiają się czasami w literaturze, ale w kinie? Od wielkiego dzwonu, a ten nie wybił od dekad.

Pytanie dlaczego? Pierwsza odpowiedź – budżet. No i tu mam kłopot z zaakceptowaniem tej odpowiedzi z prostego powodu. Żeby nakręcić film, nie potrzeba wielkich pieniędzy, a pomysłu. Druga odpowiedź – bo to stare i nudne. Niby tak, ale Pismo Święte jest jeszcze starsze, nie mówiąc o mitach i całej masie opowieści, które przetwarza bezustannie kino.

Oglądając „Smoka” pomyślałem sobie, że teraz mamy najlepszy z możliwych momentów w historii kiedy rząd polski może zrobić coś dobrego. Skoro tyle mówią o repolonizacji, o tożsamości itp. może ktoś w ministerstwie kultury wpadłby na genialny w swojej prostocie pomysł i zaczął dofinansowywać projekty filmowe, które w rozrywkowy sposób opowiadałyby o naszych korzeniach? W rozrywkowy – czytaj fantastyka, groza, akcja. Nie martyrologiczne opowieści o umierających z głodu dzieciach na Śląsku. Da się to zrobić. Niech Irlandia będzie najlepszym przykładem. Tam z państwowych dofinansowań powstają takie filmy jak choćby „The Hallow” – kapitalny i prościutki horror o pewnym specu od ochrony środowiska, który popada w konflikt z leśnymi duszkami. Nic śmiesznego. W mitologii celtyckiej istoty zamieszkujące lasy wcale nie były miłe i kochane… Reżyser Corin Hardy nawiązując do opowieści sięgających czasów pogańskich stworzył zgrabną baśń, która z jednej strony odświeża legendy, z drugiej jest współczesnym horrorem, który kosztował grosze. Da się? Da. Więc może zamiast wydawać fortunę na kolejne pamiątki z powstań, biografie Kaczyńskiego i rozliczenia z reżimem Tuska, wydajmy trochę publicznych pieniędzy na filmy, które ubawią młodych widzów, a przyjezdnym pokażą polską spuściznę narodową w innym, lżejszym – co wcale nie znaczy gorszym – świetle. Fajnie byłoby. Pomarzyć można.

Scream Comics
Poprzedni

Final Incal / Po Incalu - Finał kultowej space opery [recenzja]

Afera
Następny

Mama umiera w sobotę [patronat]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz