WYMĄDRZANIE 

Sponsoring, czyli poligon skur…syństwa

Jak pan namówisz Karolinę Piotrowską i Tomasza Kota to wejdziemy w dil. – Dobrze – odpowiadasz… –  Ale proponuję trochę inną kolejność. Rozmowy ze znanymi osobami zaczynam w chwili podpisania przez nas umowy. Pan wybaczy, ale na ładne oczy nawet panie na Poznańskiej nie dają. Cisza. I tak kończy się kolejna rozmowa ze sponsorem.

Michał Zaczyński na swoim blogu zamieścił intrygujący wywiad z Rafałem Michalakiem – projektantem, który opowiadał o kulisach pracy ze sponsorami (czytaj TU). Przeczytałem i zamarłem. Do tej pory wydawało mi się, że sponsorom nie zależy wyłącznie na kulturze (weź pan rób jakiś mecz tenisa, a nie festiwal), a tu niespodzianka – moda też ma przechlapane.

Taka sytuacja. Kolega prowadzi długą i wyczerpującą rozmowę z szefową działu marketingu gigantycznej firmy elektronicznej. Firma prowadzi wojnę z konkurencją, szuka kontentu dla swoich telewizorów 4K. – Jeśli pan zdobędzie dla mnie filmy 4K, to możemy gadać o sponsoringu. – mówi szefowa. Kolega bierze telefon i dzwoni. Dwie godziny później oddzwania do pani. – Mamy 8 tytułów do wyboru. – oznajmia. – Pani szefowa mówi – ale chcę tylko premiery, nie jakieś starocie. – Ok. To trochę komplikuje sprawę, ale za tydzień postaram się coś mieć.

Tu zaczyna się orka. Premierowy film 4K, to zdobycie licencji na coś, czego nie było, opłata za konwersję, napisy, cała masa roboty. Przede wszystkim zaś zdobycie zgody od amerykańskiego producenta, co musi zrobić nie kolega, a dystrybutor będący przedstawicielem firmy. Bo to edycja specjalna, jedyna na świecie. Tydzień później, po wydaniu kilku tysięcy złotych (wirtualnie, ale faktura przychodzi prawdziwa) kolega informuje panią o tym, że do wyboru ma pięć unikatowych tytułów. Cena sponsorska musi wzrosnąć o 10 tysięcy, ale nikt, poza panią tego nie ma.

I co robi drugi największy producent sprzętu elektronicznego, postawiony przed tym faktem? Ano – wyłącza telefon i nie odbiera mejli. Naprawdę – czy pani dyrektor nie mogła powiedzieć: „Nie. Nie interesuje mnie taka współpraca”?

W ogóle z telewizorami jest ciekawa. Kolejny producent zachwycony współpracą, mówi – słuchaj w nowym roku zapłacimy ci już regularną kasę. Może nie wielką, ale regularną. I co? I w tym roku nie odpisali na ani jednego mejla.

Zabawne? W sumie tak. Oczywiście do czasu, kiedy od takich ludzi zaczyna zależeć nie tylko twoja praca, ale praca piętnastoosobowej ekipy. Podobno sponsoring to jedna z najważniejszych i najlepiej rozwijających się gałęzi reklamy. Podobno (jeśli wejdziecie na stronę którejkolwiek wielkiej korporacji, to dowiecie się o tym z ich oświadczenia) sponsoring to wizytówka firmy. Dobra, a teraz jak się wizytówka firmy jednoczącej pokolenia, która dba o pozytywny przekaz ma do tego, że czyjaś praca zostaje potraktowana jak powietrze? Nie. Nie chodzi o to, żeby ktoś ci zapłacił. Nie żyjemy w idealnym świecie i doskonale o tym wiem. Ale żeby odebrał telefon i powiedział – nie dziękujemy, to jednak nie dla nas. Niestety egzamin z komunikacji międzyludzkiej większość dyrektorów od spraw sponsoringu oblewa.

Kolejna zabawna akcja. Wielki browar. Ubiegająca się o współpracę z nią firma, poświęca swój czas, pieniądze i pomysły, by stworzyć projekt, który przejdzie wspomniane w rozmowie weryfikacje. Przechodzi. Jest dobrze zapewnia pani. I mówi – posyłam w mejlu telefon do dyrektora, teraz on już się tym zajmuje. Super. Czekanie na mejla. Jest. Pusty. Przepraszam pomyliłam się, zaraz wyślę, tylko teraz jadę. Dwa dni później pani twierdzi, że wysłała i się obraża. Miesiąc później pani oschle informuje, że wszelkie pytania należy słać na adres: sponsoring@…. Co to było?  Chyba kontakt UFO, a nie z poważną kobietą, stojącą na czele giganta, który dba o swój wizerunek. Gigant zresztą zapewne nawet nie wie, o takich przypadkach. Takie akcje jak sytuacja z filmami, czy projektem dla browaru zapewne nie opuszczają biurka pracownicy. Dyrekcja, zarząd nie mają pojęcia, jaki sygnał ich pracownicy wysyłają w świat.

A jaki to sygnał? Ano chyba zwyczajny – jesteśmy wielcy, może i udajemy w reklamach firmy, które dbają o klientów, cenią komunikację, ale de facto to ściema i nie widzimy nic poza końcem własnego nosa. Zawsze intryguje mnie jak zareagowałby prezes zarządu, gdyby wiedział dla przykładu, że jego pracownik kazał zawracać głowę kilku znanym osobom, by w efekcie zgubić telefon podczas posiedzenia w toalecie.

Taki przykład. Chcemy, żeby brała we wszystkim udział Karolina Piotrowska i jeszcze jakiś aktor… może być Kot albo Topa albo Jakubik, albo wymyślcie kogoś byle nie Adamczyk, bo to konkurencja. Siedzisz, piszesz, obiecujesz kwoty, które zarobią. Dogadujesz dwie osoby. Oddzwaniasz. No super, to macie celebrytów, ale nie wejdziemy w ten projekt ze względu na cięcia w segmencie. Siedzisz w pokoju i myślisz, że właśnie nieświadomie zagrałeś w sequelu filmu „Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi”.

Paradoksalnie kilka tygodni później sytuacja się powtarza. Jak pan namówisz Karolinę Piotrowską i Tomasza Kota to wejdziemy w dil. – Dobrze – odpowiadasz, tyle że mądrzejszy. –  Ale proponuję trochę inną kolejność. Rozmowy ze znanymi osobami zaczynam w chwili podpisania przez nas umowy. Pan wybaczy, ale na ładne oczy nawet panie na Poznańskiej nie dają. Cisza. I tak kończy się kolejna rozmowa ze sponsorem.

Hitem jednak pozostaje akcja sieci handlowej. Gigantycznej sieci handlowej. Oferuje, że w zamian za film, serię virali, udział w festiwalu i lokowanie produktu, zapłaci ci… bonami. Szlag cię trafia i w rżysz konwulsyjnie, wyobrażając sobie jak z radością David Hasslehoff i Lionsgate przyjmują opłaty w bonach.

Żeby nie było, że to ciąg narzekań. Nie. Raczej ciąg zabawnych sytuacji, które pokazują jak wbrew pozorom trudno zdobywać finansowanie. Kiedy już podpiszesz umowę, też możesz być pewnym wszystkiego. Jedna firma, może wycofać się, bo źle wyeksponujesz jej logo na plakacie (który akceptowała). Druga uzna, że zapłaci w ratach, ale od września, a trzecia wciąż twierdzi, że już przecież zapłacili. Idziesz spać z myślą, że masz 170 tysięcy, budzisz się z makulaturą, na której napisane jest 170 tysięcy PLN. A rachunki trzeba płacić.

Dlaczego tak wygląda rynek sponsorki w Polsce? Nie wiem. Szczerze mówiąc – dumam nad tym i nie wiem. Wspomniany brak komunikacji to fundament. Do tego dochodzi jeszcze brak wyobraźni. Dla wielkiej korporacji przekładanie w nieskończoność rozmów, poprawianie umów to norma. Dla drugiej strony to często mała apokalipsa. Bo szlag trafia potwierdzenie gości (trzeba było zapłacić zaliczkę, a nie możesz zapłacić zaliczki, nie mając pewności, że pieniądze które wydajesz się zwrócą), bo szlag trafia plan promocyjny (miała zacząć się dawno temu, ale brak decyzji w konsekwencji prowadzi do wstrzymania druku plakatów, materiałów prasowych itp.), bo nie wiesz czy masz już szukać zastępstwo czy jeszcze się łudzić. Druga strona o tym nie myśli. Jak się wszystko wywali, najwyżej ci nie zapłacą. Tylko na czym tu polega sponsoring? Ciekawa, nowoczesna forma ciągnięcia kogoś na dno? Mnie najbardziej dziwi niemożność i jakaś ogromna blokada przed powiedzeniem słowa NIE. Jeśli coś mnie nie interesuje – nie robię tego. Nie piszę, nie robię. Kiedy nie chcę wydawać pieniędzy – nie robię tego. Proste „nie” – nie zostawiałoby ponurego posmaku w ustach. Dlatego dla przykładu wiem jakie ubezpieczenie sobie kupię. W Awiwie, bo tam pan szybko odpowiada – nie przykro mi, nie interesuje nas to. Dlatego uważam, że Łukasz Wejchert jest jednym z najmilszych milionerów w Polsce, bo zwyczajnie odpisuje – nie, zainwestowałem w inne akcje. To zajmuje im około pól minuty. A ja w spokoju piszę dalej do innych. Po co robić sobie na złość? Po co zmuszać kogoś do pracy, za którą nigdy nikt mu nie zapłaci? Zwyczajne ludzkie podejście ułatwiłoby wszystko. I błagam nie wyciągajcie mi tu teraz argumentu – pisze do nas milion osób. Do mnie też (dobra nie milion ale jakieś, 160 dziennie) i żyję.

Ale nie ma tego złego. Im dłużej przebywasz w towarzystwie firm aspirujących do miana sponsorów, tym twardszy masz tyłek. Zalegasz z fakturą? I za przeproszeniem chuj… Zapłacisz jak będzie. Ani wcześniej, ani później. Chcesz się bić w sądzie. Pewnie, ale pamiętaj o tym, co jest zapisane w umowie, skoro ze mną zrywają, bo logo było za małe, to ja zerwę umowę z tobą, bo zawaliłeś promocję. Przykro mi, sponsoring to szkoła zarządzania w biznesie. Jak ty nie płacisz, ja nie zapłacę. Jak ty mnie oddasz do sądu, ja oddam ciebie. I to w tym wszystkim jest najzabawniejsze. Coś, co miało służyć ocieplaniu wizerunku firm, promocji fajnych inicjatyw, zamieniło się w poligon skurwyństwa. A ty nagle zaczynasz zachowywać się jak oni.

Wydawnictwo Ezop
Poprzedni

Zielony wędrowiec [recenzja] [książka] [dla dzieci]

Channel 4
Następny

Humans [serial] [sci-fi]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

3 Comments

  1. Piotr
    2015-06-25 at 13:38 — Odpowiedz

    Wiadomo, że bulwers, ale interpunkcja powinna być jak należy :)

  2. 2015-06-25 at 14:16 — Odpowiedz

    To chyba przez te emocje 😉

  3. KiP_facet
    2015-10-14 at 08:24 — Odpowiedz

    Bo w Polsce w interesach nikt nie potrafi mówić NIE :). Tą przypadłość potwierdził mi ostatnio mój znajomy z Izraela.

Dodaj komentarz