WYMĄDRZANIE 

Szostak, Orbitowski, Twardoch – dzieci nowego popu [książka]

Kiedyś nową jakością w polskiej prozie byli twórcy pokolenia Brulionu. Dwadzieścia lat później, dawni buntownicy, stali się klasykami, a na arenę wkroczyło nowe pisarskie pokolenie. Pokolenie twórców stricte popowych, związanych niegdyś z takimi magazynami jak „Nowa Fantastyka” czy „Science Fiction”. Pokolenie pop.
Ludzie, którzy próbują podjąć walkę z kulturą popularną w Polsce wychodząc z założenia, iż jest ona czymś złym, nie widzą, tudzież usilnie próbują nie zauważyć, faktu, iż to kultura popularna w ostatniej dekadzie stoi za największym kulturalnym rozwojem tego kraju.

Profesor Gliński, nowy Minister Kultury nabrał powietrza w płuca i wskazał pięć priorytetów dla Ministerstwa Kultury – (…) Trzeci obszar to wprowadzanie do kultury popularnej, z którą nie ma sensu walczyć, elementów kultury wyższej (…). Gdzieś przeleciały mi przez google pomysły pana ministra, ale jakoś nie były one zbyt porywające. Cytuję z głowy, bo nie mogę teraz wyszukać – żeby zespół rockowy zagrał Chopina dla przykładu. To od razu przypominam, że w roku 2008 parszywa i zła Agora wydała album „Rock loves Chopin”, dookoła płyty był spory szum medialny i towarzyszył jej objazdowy event. Czy zaaranżowanie Chopina na rockowo wzmogło pośród młodych ludzi zainteresowanie muzyką pianisty? Nie. Chopin czasami pojawia się w rocku – nie ma w tym niczego niezwykłego, ale jeśli miałaby to być droga Ministerstwa Kultury do krzewienia kultury wielkiej pośród zjadaczy popu – to Ministra rozczaruję. Nic tym nie wskóra. Jedynie znów wyda publiczne pieniądze na event, czy album, który przepadnie w odmętach dziejów.  Lub jeszcze nie daj Boże wspomoże powstanie równie wybitnej piosenki jak „I Like Chopin” Gazebo. W całym wywodzie Pana Ministra spokoju nie dawał mi jeden przewijający się przez nią motyw – bezsensu walki z kulturą popularną. Znaczy ktoś myślał o takowej, a Pan Minister przytomnie doszedł do wniosku, iż nie trzeba walczyć. Alleluja.

Ta alleluja złośliwa – owszem. A złośliwość bierze się z prostego faktu. Ludzie, którzy próbują podjąć walkę z kulturą popularną w Polsce wychodząc z założenia, iż jest ona czymś złym, nie widzą, tudzież usilnie próbują nie zauważyć, faktu, iż to kultura popularna w ostatniej dekadzie stoi za największym kulturalnym rozwojem tego kraju. I to nie tylko w skali lokalnej, ale światowej. Pewnie, że było tak zawsze. Pewnie, że jeszcze dekadę temu podział popularne i wysokie był niebywale jaskrawy. Tyle że czasy się zmieniły – jak mawiał Pat Garrett.

Trzymam w ręce „Wróżenie z wnętrzności” – najnowszą powieść Wita Szostaka. Powieść napisaną z ikrą i energią jakiej pozazdrościć mógłby Szostakowi niejeden nastolatek. Język pędzi tu przed siebie, powieści w zasadzie nie da się odłożyć na półkę, mimo iż przecież jest to rzecz – uwaga brzydkie słowo – poważna. W zasadzie pozbawiona dialogów opowieść snuta przez Błażeja, który nie wypowiedział od dwudziestu lat ani słowa jest zapisem kryzysu rodziny, opowieścią o rozpadzie i namiętnościach. Piękną opowieścią. Niebywale dojrzałą emocjonalnie, ale nie pozbawioną wspomnianej energii. Dobrze, a teraz jak ma się poważna powieść środka, do kultury popularnej (z założenia złej przecież i niepoważnej). Ano ma się i to bardzo.

Nie byłoby pięknej powieści Szostaka, gdyby nie kultura popularna. Powiem więcej – nie byłoby dzisiejszej najlepszej młodej polskiej prozy, gdyby nie obrzydliwy pop. Ale po kolei.

Wybaczcie mi to nachalne uproszczenie. Ostatnie burzliwe kilkaset lat historii Polski sprawiło, że literatura zawsze stawała w kontrze. W kontrze do zaborców, w kontrze władzy, w kontrze do reżimu, czy po prostu w kontrze. Jedyny właściwie dość spokojny okres międzywojnia pokazał, że literatura popularna może być doskonała, mądra i zarazem rozrywkowa. Myślę to oczywiście o programowo bezprogramowych Skamandrytach z Tuwimem, Iwaszkiewiczem i Lechoniem na czele. Na tamte czasy panowie byli i popularni i ambitni. Jak ktoś twierdzi inaczej to trąba.

Ale wróćmy do Szostaka. Wit zaczyna wydawać  pod koniec lat 90. Polska inteligencja nie ma już z kim walczyć. Ostatnie bastiony dawnej władzy upadły. Literaccy buntownicy okresu transformacji należący do tzw. pokolenia Brulionu powoli zamieniają się we współczesnych klasyków. Stasiuk ma już za sobą „Mury Hebronu”, „Białego kruka”, „Duklę” i właśnie jako jeden z największych talentów wydaje swój „kryminał”, powieść „Dziewięć”. Bunt sięga po gatunek. Nie spotkało się to z ciepłym przyjęciem pośród krytyków, którzy zresztą i tak  za bardzo nie wiedzieli co z pokoleniem Brulionu robić. Tokarczuk, Świetlicki, Podsiadło, Stasiuk, Gretkowska, Goerke (najbardziej zapomniana, a kto wie czy z nich wszystkich nie najbardziej utalentowana). Będzie musiała minąć dekada z okładem zanim przestaną być traktowani przez krytyków jak rozwrzeszczane dzieciaki a staną się po prostu autorami. Zajmuje im to dekadę. Może ciut więcej. Dziś są nowymi Myśliwskimi, Herbertami i tym wszystkim co do głowy przychodzi krytykowi, który nie wie z kim kogoś porównać.

Wspominam Brulion nie przez przypadek. Twórcy tego pokolenia wprowadzili pop do świadomości krytyki (i czytelników) pokazując, że można, i nawet wychodzi to wybitnie, zacytować w powieści Boba Dylana, nawiązać do Patti Smith i generalnie bawić się kalkami i popem z zachodu. Tyle, że pop dla Brulionu nie był celem a tylko formą. Prowokacją, która sprawiała, że ich głos wyróżniał się na tle innych.

A zatem mamy rok 1999. Swoje opowiadania w „Nowej Fantastyce” drukuje Szostak. W 2001 roku w magazynie „Science Fiction” swoje pierwsze opowiadanie drukuje Łukasz Orbitowski, dwa lata po nim w tym samym magazynie Szczepan Twardoch. W 2001 roku pierwsze opowiadanie w „Nowej Fantastyce” drukuje Rafał Kosik. Polska proza środka w tym okresie powoli zanurza się w programowej bylejakości. Stasiuk i Tokarczuk rosną w siłę, podobnie jak autorzy z ich pokolenia, ale ci urodzeni dekadę później błądzą. Co chwila przelatują przez prasę jak meteory „nowe objawienia” literatury, ale dziś nic, poza kilkoma artykułami,  z nich nie zostało. No bo kto dziś kojarzy powieść „Nic”? Albo „Pokalanie”? Wielkie literackie wydarzenia, które gdzieś się zagubiły. Dobra – Masłowska się ostała. Ona jedyna. A Szostak, Orbitowski, Twardoch, Kosik pisali. Sporo pisali. Głównie w magazynach, których poważni krytycy nie czytali. Pisali fantastykę, horror. Pisali rzeczy których nikt w „Gazecie Wyborczej” nie recenzował. Bo nie rozumiał. Bo nie znał. Bo gdzieś w głębi duszy pogardzał.

Dla tych twórców bliższe sercu (choć zapewne nigdy tego nie powiedzą głośno) była programowa bezprogramowość Skamandrytów. Pisanie dla pisania i pieniędzy. Pisanie popu, bo pop się sprzedaje i pop się czyta. Minęło dwadzieścia pięć lat wolnej Polski. Przez dwadzieścia pięć lat zdążyliśmy zachłysnąć się tandetą ze świata, przeżyć nalot chick-litu (babskiego pisania dla pań), oswoić się z nowymi klasykami, nienawidzić pop i nie zauważyć że… dzisiejsze największe gwiazdy literatury to… gwiazdy wyrastające z popu.

Wolny rynek zabił rynek pism literackich, a te które się ostały, były niszą zbyt małą i zbyt zamkniętą, aby w niej zaistnieć (gdyby było inaczej mielibyśmy kilkanaście Masłowskich a nie jedną). Pisma fantastyczne dały młodym pisarzom wolność w tworzeniu, dobrą grupę docelową i możliwość rozwoju.

Łukasz Orbitowski – dziecko „Science Fiction” i „Nowej Fantastyki” – jego „Inna dusza” to współczesne arcydzieło. Wit Szostak – dziecko „Nowej Fantastyki” – wyrósł na jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy. „Wróżenie z wnętrzności” to tylko potwierdza. Szczepan Twardoch – dziecko „Science Fiction” i „Nowej Fantastyki” – dziś gwiazda, a jego „Morfina” uznawana słusznie jest za arcydzieło. Rafał Kosik – dziecko „Nowej Fantastyki” – najlepszy dziś w Polsce autor powieści dla dzieci i młodzieży. Poszedłbym w tej wyliczance dalej. Jacek Dukaj – dziecko „Nowej Fantastyki” – jedyny godny następca Stanisława Lema. I wreszcie Tomek Bagiński. Nie jest pisarzem. Jest dzieckiem „Nowej Fantastyki”, który jako gówniarz nakręcił „Katedrę” na podstawie prozy Dukaja, która z kolei przyniosła mu nominację do Oscara. Dziś jako jedyny polski reżyser kręci film w Hollywood. Za hollywoodzkie pieniądze. Jaki film? A zapomniałbym –  „Wiedźmina”, synka „Nowej Fantastyki”. O tym że zbiór opowiadań Andrzeja Sapkowskiego to jedyna polska książka, która dostała się na listę bestsellerów „New York Timesa” wspominać chyba nie trzeba. O grze także. Ten brzydki pop. Ten okropny pop jest dziś siłą napędową naszej kultury. Więcej przykładów? Zygmunt Miłoszewski, tłumaczony na francuski i niebywale tam (we Francji) popularny zaczynał od… tak horroru, który nosił tytuł „Domofon”. A niebawem pewnie do horroru wróci.

Kiedy zatem słyszę wypowiedzi Ministra, który z pobłażaniem mówi – nie walczmy z popem wprowadźmy go do sztuki wysokiej, mam ochotę krzyknąć Panu Ministrowi w twarz: – Panie weź się pan obudź! Żyjemy w czasach, w których pop daje nam największych pisarzy i kiedy to właśnie pop jest wizytówką Polski na świecie. Dobry pop. By nie powiedzieć wybitny.

Dlaczego tak się stało? To chyba proste. Wolny rynek zabił rynek pism literackich, a te które się ostały, były niszą zbyt małą i zbyt zamkniętą, aby w niej zaistnieć (gdyby było inaczej mielibyśmy kilkanaście Masłowskich a nie jedną). Pisma fantastyczne dały młodym pisarzom wolność w tworzeniu, dobrą grupę docelową i możliwość rozwoju. Pop pozwolił każdemu z nich kształcić warsztat by w efekcie z autorów popularnych zamienili się w autorów, mówiących własnym , niepowtarzalnym głosem. Co doprowadziło do tego, co mamy dziś. Wymianę pisarskiej gwardii i wysyp nowych starych-nowych nazwisk na literackim parnasie. Nowych dla krytyków, starych dla fanów i czytelników, którzy uważniej od krytyków śledzą to, co dzieje się w polskiej prozie.

darkplaces
Poprzedni

Mroczny zakątek - zbrodnia na sprzedaż [recenzja]

Scream Comics
Następny

Sanktuarium #2: Wrota otchłani - lekkostrawna zabawa w pop [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

10 Comments

  1. Tomek
    2015-11-16 at 23:59 — Odpowiedz

    Pan minister jeszcze wielu rzeczy nie wie, ale trudno mu się dziwić. Pochodzi z pokolenia, które uznawało jeszcze podział na sztukę wysoką i niską, i tak rzeczywiście było. Jeśli ktoś chciał literatury filozoficznej i głębokiej, sięgał po wciąż moim zdaniem aktualną Annę Kareninę, a jeśli ktoś chciał czytadła, brał się za Chandlera. Czasy się zmieniły i na skutek ogólnego upadku kultury pop miesza się z tym, co poważne. Nie wiem, czy kultura na tym traci, ale pop na pewno zyskuje. Na tzw. „zachodzie” zauważono to już dawno i tam np. pisarze s-f okresu nowej fali traktowani są już jako pełnoprawni artyści. U nas to zjawisko asymilacji dopiero następuje, ale co ciekawe, wszystko zdaje się inicjować raczej prawica ( jeśli już jesteśmy przy nowym ministrze ), niż lewica, która wciąż chce starego podziału. Gliński Glińskim, ale wystarczy spojrzeć na „Literaturę na trzeźwo” Matyszkowicza. Tam fantastyki coraz więcej. Dla mnie to plus, ale z drugiej strony, czy to jest jeszcze pop ? Ilu ludzi zna „Quietusa” Inglota, a ilu enty klon „Władcy Pierścieni” lub „Grę o Tron” ? Może Szostak, Orbitowski i Twardoch są już Żeromskimi naszych czasów, tylko my tego nie widzimy? A z drugiej strony, czy nie jest to może powrót do normalności? Do XVIII w. przecież nie znano takich podziałów. Szekspir. czy Eurypides pisali tak, żeby zabawić gawiedź, a jednocześnie dać tym mądrzejszym problem do zastanowienia się i nikt nad takimi problemami, jak to, czy tworzy sztukę wysoką, czy niską, się nie pochylał.

    • Robert Ziębiński
      2015-11-17 at 07:52 — Odpowiedz

      Właśnie – to chyba jest pierwszy od dawna moment, w którym nasz rynek normalnieje i zaczyna być po prostu intrygujący i wielowymiarowy. I coraz ciekawsza konkurencja się robi i powieści mnogość a przynależność gatunkowa przestaje być balastem. Ale to efekt ciężkiej roboty u podstaw właśnie m.in. chłopaków, kilku wydawców . A że ludzie masowo będą kupować klony „Władcy…” – taka jest literatura popularna. Większość chce kalek, a mniejszość szuka. Nie ma się co obrażać, urażać tylko pisać i wydawać:) Dzięki za ten komentarz!

  2. 2015-11-17 at 08:23 — Odpowiedz

    Słowa nowego ministra kultury rozumiem jako odejście od wulgaryzmów i porno scen we wszystkich dziedzinach sztuki pop. One zwyczajnie dyskwalifikują te dzieła, zabierają im status kulturalny

    • Robert Ziębiński
      2015-11-17 at 08:35 — Odpowiedz

      A gdzie jest ten zalew porno i wulgaryzmów w popularnej literaturze? W kinie? W muzyce? Jakiś przykład poproszę bo nie kojarzę.

  3. Anonim
    2015-11-17 at 19:20 — Odpowiedz

    Kolo z „wybiórczej” więc pewne ważne dla fantastyki nazwiska po prostu nie przejdą mu przez usta…

  4. Bonnie
    2015-11-19 at 19:45 — Odpowiedz

    Hm, przedziwne. Wygląda na to, że w Polsce pop piszą wyłącznie mężczyźni, z dwiema rodzynkami w postaci Masłowskiej i Tokarczuk…

    Wiem, że nasze autorki nie są popularne, więc się wydaje, że nie warto o nich pisać. Ale spróbujcie się czasem zastanowić, dlaczego nie są. Bo np. Anna Kańtoch nie pisze gorzej od Świętej Trójcy (z całym szacunkiem, bo Szostak i Orbitowski to jest literatura, Twardoch po prostu nie mój gust), zbiera pierdyliony nagród, ale do tego stopnia jest ignorowana przez media, że miała problem nawet ze znalezieniem wydawcy. Autorka może być i genialna, ale dziennikarze jebutną jej łatkę „literatura kobieca” i jest po ptokach. A ileż razy nowy autor miał tyle publicity, że można by trzech obdzielić. Proszę pana, niechże się pan trochę wysili, podniesie wzrok znad utartych kolein – ja wiem, że dziennikarstwo to jest zawód na wczoraj i popularność napędza popularność, ale mimo wszystko. Ona jedyna Masłowska? Na litość boską. Nie tylko chłopczyki piszą.

    • Robert Ziębiński
      2015-11-19 at 20:02 — Odpowiedz

      Ale Masłowska jako nieliczna się ostała z tego boomu pisarzy i pisarek, którzy pojawili się nagle po 2000. Jeszcze Sylwia Chutnik pewnie i niewiele więcej – w sensie wartościowych pisarzy, pisarek. To oczywiście uogólnienie, ktoś by się znalazł jeszcze, ale miało być ich milion a ni ma. A Kańtoch jest bardzo dobra, chwalimy ją jak możemy. I faktycznie niedoceniona powszechnie.

      • Bonnie
        2015-11-19 at 20:10 — Odpowiedz

        Ni ma, bo się cholernie trudno przebić. Płakałam krwawymi łzami, jak w każdej recenzji Magdy Kozak podkreślano, jaka to męska literatura, żeby ściągać czytelników taką reklamą (inna sprawa, że akurat Kozak to już regularny pop). Sprawdzajcie nowinki. Choćby Anna Nieznaj ostatnio, debiut rzecz jasna, ale można spojrzeć i poczekać, jak się będzie rozwijać. Kańtoch warta wszystkich laurów. Czasem też warto przy okazji przypominania starszych klasyków wspomnieć o Brzezińskiej.

  5. Bonnie
    2015-11-19 at 20:13 — Odpowiedz

    A przy okazji, kiedy Agnieszka Hałas wyda swój najnowszy kawałek, to was będę kopać po kostkach i wszystkim innym, bo to jest moc dobre. Mam nadzieję, że wejdzie tym do mainstreamu.

Dodaj komentarz