WYMĄDRZANIE 

T-Mobile Nowe Horyzonty – radosna prostota współżycia

Z festiwalami filmowymi jest trochę jak z kinem. Im bardziej skomplikowana formuła, tym mniejsze zainteresowanie publiczności. „T-Mobile Nowe Horyzonty” od szesnastu lat udowadnia, że prostota formuły może przyciągnąć do kin tysiące osób, oglądające filmy, którym daleko od prostoty i przyswajalności.
Będąc boleśnie szczerym – poleciałem do Wrocławia jako szpieg. Tkwiąc po uszy w przygotowywanym Comic Conie chciałem przyjrzeć się od kuchni, jak robi się wielki festiwal. Pogadać z ludźmi, obserwować publiczność. Po prostu w kilka dni odbyć przyspieszoną lekcję organizacji tak skomplikowanej maszyny, jaką zdają się być „Nowe Horyzonty”.
Szpiegowska misja całkiem nieźle mi wychodziła. A to dopadłem w biegu panią zajmującą się gośćmi, a to prześwietliłem na wylot system akredytacji.

Żeby nie było. Wybrałem z programu te filmy, które mnie interesowały, zobaczyłem też które punkty programu biją frekwencyjną popularność. Ze zdobytą wiedzą wydawało mi się iż napisanie tekstu zajmie mi maksymalnie dobę. No cóż – pomyliłem się. Zajęło blisko miesiąc. I wcale nie chodzi o to, że nie miałem co napisać. Przeciwnie. Po prostu to, co zaskoczyło mnie (i wybiło z rytmu pisania) to niebywała symbioza i szacunek jakim darzą się (przynajmniej powierzchownie, na widoczność publiczności i dziennikarzy) sponsorzy, partnerzy i festiwal.
T-Mobile jest dumne z festiwalu więc pokazuje siebie na nim wszędzie. Centrum Wrocławia jest niemal różowe od logotypów. W materiałach dla prasy startery i karty SIM, w kinach reklamy. Z wszystkich telekomów w Polsce tylko T-Mobile może pochwalić się tym, że równocześnie dociera i jest rozpoznawalny dla dwóch grup docelowych – z jednej strony sport (kampania z Robertem Lewandowskim) z drugiej kultura (i wsparcie „Nowych Horyzontów” czy „Dwóch brzegów”). Lepszych grup docelowych mieć nie można. I bynajmniej nie chodzi mi o słodzenie telekomowi. Raczej o podkreślenie faktu, iż nieczęsto na polskim rynku mamy do czynienia z równie świadomym stawianiem na określonych, dodajmy trudnych, odbiorców.
Zresztą w przypadku „Nowych Horyzontów” stałość i świadomość to dwie cechy permanentne. Stałość – bo od piętnastu lat Roman Gutek, który festiwal wymyślił, robi po prostu swoje, czyli pokazuje Polakom kilkadziesiąt filmów, które często poza festiwalem nie przyciągnęłyby do kina nikogo. I to nie przez to, że są złe, a zwyczajnie – niezbyt komercyjne i skazane na kina studyjne. Zresztą zapewne to „Nowe Horyzonty” sprawiają, że niektóre niszowe filmy jednak trafiają do dystrybucji. Świadomość – bo od czasów kiedy „Nowe Horyzonty” gościły w Sanoku (tak Sanoku, co znaczy że można zacząć wielką imprezę wszędzie, jeśli wie się co chce się osiągnąć) ich organizator i zgromadzeni dookoła niego partnerzy i sponsorzy mają świadomość, że aby odnieść sukces, wbić się w rynek i odnieść zarówno reklamowy jak frekwencyjny sukces trzeba czasu i uporu. Nic nie dzieje się samo. Sukces trzeba nie tylko wypracować ale i mieć na niego pomysł. Im prostszy tym lepszy. Tylko nie ma co zwalniać kroku. Jak to było w filmie Dicka Richardsa – „Maszeruj lub giń”. Zresztą ten zapomniany dziś film przygodowy jakoś zdaje się idealnie oddawać charakter pracy przy eventach. Maszeruj lub giń. Nic dodać nic ująć.
To co jeszcze zrobiło na mnie szpiegowsko-podglądaczowe wrażenie to fakt, iż organizatorzy dbają o to, aby w obrębie eventu (czyli kino, scena Electronic Beats i sale prelekcyjne) prezentowane były przede wszystkim marki, które pracują z festiwalem. Pijemy tylko określony napój, widzimy określone gazety, rzucają się w oczy określone książki, kosmetyki itp. Wspominam o tym, bo „Nowe Horyzonty” to trochę taka książka kucharska dla innych organizatorów eventów – chcesz pracować z innymi firmami, chcesz żeby zostawiały u ciebie pieniądze, to o nich dbaj. Nie ma w Polsce zbyt wielu imprez, które tak mocno podkreślają ważność swoich partnerów. Na tych na których bywam zazwyczaj giną oni w masie reklam instytucji i firm, które są bo się pojawiły, bo sprzedaje się ich towary na co dzień w knajpach itd.
I jeszcze jedno spostrzeżenie. Nikt tu nie pierze publicznie brudów. To znaczy, że przypadkowi przechodnie mijający organizatorów nie słuchają rozmów pod tytułem: ten i ten jest podły, zły i chyba upadł na cztery litery. Byłem na kilku festiwalach w tym roku. Zupełnie prywatnie. Stojąc w kolejce po picie dowiedziałem się, że „już nigdy z nimi nie będziemy pracować” itp. Tu tak nie było. A tarcia zapewne były. Bo zawsze są.
W kwestii samego festiwalu i filmów. Jadąc na „T-Mobile Nowe Horyzonty” wiedziałem że prezentowany tam repertuar to nie moje kino. Że gutkowe filmy często mijają się z moim dość plebejskim gustem. Dlatego ku wielkiej radości odkryłem, że mogłem obejrzeć tu cudowne „Odgłosy” Dario Argento a nocą na heliosowej sali moje oczy spragnione krwi, flaków i trupów ujrzały ukochane logo IFC MIDNIGHT. Swoją drogą „Antibirth” Danny Pereza to jeden z tych body horrorów, który pięknie oscyluje na pograniczu kiczu, tandety i jednak czegoś mocno wbijającego się w pamięć. Krytycy na świecie piszą, że to taki młody Cronenberg. Nie szedłbym aż tak daleko. Ale widać w niemal każdej scenie, że Perez kocha wczesne filmy „Krwawego Barona”. Oj kocha.
A kończąc – rozczuliły mnie te „Nowe Horyzonty”, bo pokazały jak wielką pracę trzeba włożyć w działający sprawnie organizm festiwalowy. Jak wielkim zaufaniem sponsor musi obdarzać sponsorowanego i jak mocno organizator musi dbać o jego komfort. I że w ogóle robienie imprezy to poligon. Tyle że łatwiej przechodzi się przez niego w chwili, gdy dowódca ma mapę, a żołnierze walczą ku chwale ogółu a nie tylko swojej. I tylko zebranie tych kilku, niezbyt zapewne dla organizatorów odkrywczych zdań zabrało mi miesiąc. Ale powód opóźnienia to początek zupełnie innej historii.

Amazon
Poprzedni

Jean-Claude Van Johnson 01x01- weteran w formie [recenzja]

Fox Polska
Następny

"Legion" - serialowa ofensywa mutantów na ECC

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz