WYMĄDRZANIE 

„The Beyond” czyli życie pozagrobowe

W chmurny, poniedziałkowy wieczór siedzę w przedziwnej chacie mojego przyjaciela w towarzystwie innych przyjaciół. Ze ścian spoglądają diabły malowane, regał z płytami winylowymi wznosi się pod sufit, na ławie z Ikeii stoi whisky, stanowczo za dużo whisky, a my oglądamy „The Beyond” Lucio Fulciego. Jesteśmy dorośli. Jesteśmy smutni, lecz nie zgorzkniali. Kochaliśmy i nie kochaliśmy. Porzucaliśmy i byliśmy porzucani. Wiemy co to brak kasy i jej nadmiar, co to obita morda, noc bez snu i krwotok z nosa, niektórzy mają dorosłe dzieci i tatuaże na dłoniach, niektórzy są wysoko w drugim progu podatkowym albo głęboko pod pierwszym progiem i wszyscy razem do kupy powinniśmy robić coś innego, a jednak siedzimy, oglądamy tego Fulciego i pijemy whisky. Jest piękne.

Film odsłania swoje szwy. Widzimy jaki jest tani. Bez trudu rozpoznaję sztuczne przedramię złączone z prawdziwą dłonią podczas sceny ukrzyżowania. Śmiejemy się ze sztucznych pająków, rozrywających twarz jakiegoś nieszczęśnika. Bawią nas nieudolne dialogi i scenariuszowe dziury, z teleportacją dwojga głównych bohaterów na czele. Ważną rolę w filmie odgrywa piwnica. Akcja dzieje się w Luizjanie, gdzie nie ma żadnych piwnic. Dlaczego Fulci nie pomyślał o strychu? Gdzieś między szklanką a szklanką orientujemy się, że żaden z nas nie wie o czym jest ten cały „The Beyond”, o co w nim chodzi, czemu niektórzy giną, inni żyć będą i dlaczego, u diabła, zmarli wstają z grobów. Uświadamiam sobie coś innego. Oglądam „The Beyond” przez całe swoje życia.

Gwoli uściślenia. „The Beyond” jest klimatycznym i bardzo krwawym horrorem. Takie połączenie zdarza się rzadko. Nie umiem dokładnie powiedzieć o czym opowiada, ale znajdziecie w nim dom będący bramą do piekła, niewidomą dziewczynę o trudnym do określenia statusie (ani żywa, ani martwa, ani duch, ani zombie), znikające literki w książkach i rewolwer z dwudziestoma nabojami w bębenku. Mamy też znakomitą scenę otwarcia, prawdziwie piekielny klimat i jedyne w swoim rodzaju zakończenie, urzekające posępnym pięknem. Lucio Fulci, zręczny reżyser, który zajął się horrorem właściwie przez przypadek przed śmiercią stwierdził, że takie filmy jak „The Beyond” zniszczyły mu życie. Pracując, nie dbał o siebie i wylądował na wózku. Stracił żonę. Dzieci się od niego odwróciły.

We wczesnej młodości „The Beyond” oglądałem chyba z piętnaście razy, nie tylko dlatego, że naprawdę pokochałem ten film. Złota era video była czasem wielkiego zamętu. Filmy, często amatorsko tłumaczone ukazywały się pod różnymi tytułami, ale żaden nie miał ich tyle, co ten. Kasety nie miały okładek i tylko za sprawą tytułu mogłem orientować się, czy film już widziałem. W konsekwencji zobaczyłem takie perełki jak „Hotel siedmiu bram”, „Siedem bram piekieł”,  „Piekielny hotel”, czy „Życie pozagrobowe”. Za każdym razem było to, oczywiście, „The Beyond”. Kląłem jak szewc, ale oglądałem. Już wówczas nie wiedziałem dlaczego tak mi się podoba. W tym skromnym filmie naprawdę zaklęto coś magicznego.

Potem zapomniałem o „The Beyond”. Oglądałem inne filmy, takie które uchodzą za dobre, otrzymują nominacje do Oskara, a członkowie obsady udzielają wywiadów w telewizji. Fulci pochorował się i umarł. Jego nazwisko nawet nic mi nie mówiło, bo „The Beyond” zlał się w magmę taniego kina którym karmiłem się pod koniec lat osiemdziesiątych. Nieoczekiwanie, odgrzebano faceta. Oczywiście, nikt we Włoszech nie otworzył Instytutu jego imienia (Centrum Badań nad Oślepianiem i Rozpruwaniem byłoby dobrą nazwą) i nie ma swojej ulicy. Upomnieli się o niego wariaci. Metalowcy z rozpoznawalnych kapel (był wśród nich Phil Anselmo), młodzi krytycy, widzowie złaknieni „innego kina”. Nagrywano płyty poświęcone jego twórczości, organizowano pokazy tejże, pojawiły się soundtracki, powstały przynajmniej dwie książki. Fulci pośmiertnie okazał się ważnym facetem. Myślę o tym dużo z pewnego określonego powodu, ale o tym za chwilę.

W tym dziwnym czasie – mówimy o początku tego wieku – doszło do chwilowego przechylenia wartości. Coś co było powszechne i tanie, okazało się drogie i niedostępne. „The Beyond”, dekadę wcześniej obecny w każdej wypożyczalni video okazał się piekielnie trudny do zdobycia. Teraz oczywiście jest na youtube, ale wtedy? Film uchodził przecież za miernotę z lat osiemdziesiątych i cieszył się kultem wyraźnie widocznej, lecz niewielkiej grupy entuzjastów, wśród których znajdowałem się ja. Z sieci jeszcze nie bardzo się dało. Nikt nie miał karty kredytowej, żeby kupować na Amazonie. Krążyły płytki. Do tego dochodziły kwestie ekonomiczne.  Ludzie zarabiali po tysiaku, płyta DVD kosztowała stówę jeśli nie lepiej. Znałem jednak takich, którzy tyrali przez całe wakacje przy holenderskich truskawkach tylko po to, by wydać wszystko na filmy w jednym sklepie w Amsterdamie. Oszczędzaliśmy na wszystkim, wyjąwszy pety i wódkę. Prosiliśmy znajomków wyjeżdżających na Zachód by zerknęli tu i ówdzie, dając listę tytułów. „The Beyond” był gdzieś w rejonach jej szczytu.

Te wszystkie poświęcenia dokonały się nie dla arcydzieł Bergmana albo Polańskiego, lecz dla przyjemności obcowania z dokonaniami włoskich kaszaniarzy, z dziełami kręconymi za parę lirów w przypadkowych wnętrzach, bez fabuł, bez aktorstwa, właściwie nie wiadomo z jaką wartością dodaną, za to kosztującymi przynajmniej dwadzieścia euro. Do tego, pokłady włoskich horrorów były właściwie nieskończone. Siadywaliśmy z kumplem w krakowskim „Klubie Kulturalnym” i do trzeciej w nocy przerzucaliśmy się informacjami o kolejnych, niesamowitych tytułach. Miało to coś z ezoteryki. Byli mniej i bardziej wtajemniczeni. Mieliśmy święte filmy, święte graale, herosów ze bogatą mitologią.

Szaleństwo trwało może pół roku i wypaliło się samoczynnie. Straciliśmy entuzjazm i chyba wszyscy zrozumieli, że „The Beyond” wcale nie jest tak błyskotliwie nakręconym filmem jak myśleliśmy początkowo. Płyty, na które wydawałem wielkie pieniądze wyrzuciła mi była żona. Resztki leżą gdzieś w pudłach. Nigdy do nich nie zaglądnę. Nigdy nie odpalę. Prościej przecież ściągnąć film z internetu. Z tamtego czasu pozostały wieczory wspominkowe w rodzaju takiego jak opisany powyżej. I jeszcze coś.

Często myślę o śmierci i o tym jak zostanę zapamiętany. Być może moje książki nie przeżyją nawet mnie. Słyszałem o pisarzach, którzy doświadczyli tej przykrości. Tadeusz Konwicki najlepszym przykładem. A może – pieszczę się tą myślą – jednak pożyją dłużej niż ja. Nie wszystkie oczywiście. Wystarczy jedna książka. Jakiej pamięci bym sobie życzył? Na jaką mogę liczyć? Ta, której doczekał się Fulci wydaje mi się właściwa, jakby skrojona dokładnie na moją miarę. Nie chcę zbiorowego grobu, nie należą mi się też pomniki. Poproszę o zjazd jakiegoś kółka czytelniczego. Może być jakaś strona pośmiertna, jakaś koszulka. Nagrajcie piosenkę. Gdy umrę, rozmawiajcie o mnie, o moim pisaniu do trzeciej nad ranem w jakiejś spelunie. Czy wystarczy? Chciałbym zasłużyć na aż tak wiele.

Egmont
Poprzedni

Usagi Yojimbo: Senso - królik emocjonalny i depresyjny [recenzja]

FX
Następny

Blaski i cienie współczesnych antologii serialowych

Łukasz Orbitowski

Łukasz Orbitowski

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i "Nowej Fantastyki". Aktualnie mieszka w Warszawie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz