WYMĄDRZANIE 

Trainspotting – podróż do krainy obłędu

Dziś „Trainspotting” kończy dwadzieścia lat. Między styczniem 1997 roku a czerwcem 1998 roku obejrzałem ten film siedemnaście razy. Od tamtej pory już nigdy. A wciąż pamiętam każdą jego scenę.

Pierwszy seans? Początek 1997 roku. Liceum. Właśnie wyrzucono mnie ze społecznego liceum katolickiego w mieście Libiąż. Matka staje na głowie, żebym zdał maturę. Dyrekcja podjęła decyzję o usunięciu mnie z listy uczniów w styczniu. Pięć miesięcy do matury. Taki zdolny synek a tak marnie skończy. W sumie nie wiem do dziś za co wyleciałem. Pamiętam tylko odprawę u pani dyrektor Danuty. – Jesteś nikim i nigdy do niczego w życiu nie dojdziesz. I tyle. Cześć i dzięki za ryby. A zatem matka wpada w panikę, ja mam na wszystko wywalone i idę do kina. W kinie grają film, o którym słyszałem, że jest mocny. Nosi tytuł „Trainspotting” i jest o jakichś wariatach. Nikt nie ostrzegał, że to przekroczenie któregoś kręgu piekła. Po projekcji wracam do domu ciągnąc za sobą szczękę. I jeszcze to dziecko. To upiorne przerażające dziecko.

Nie miałem wówczas zbyt wielu doświadczeń z narkotykami. Ot palenie blantów i trochę amfetaminy. Wydawało mi się kiedyś, że będę jak Jack Kerouac. Benzedryna, amfetamina – jeden pies. Zamiast jednak wpaść w ciąg jak Kerouac i wypluć z siebie polskie „W drodze” całą noc klepałem w klawiaturę zdanie o tym, jak na szczycie karuzeli ktoś rzyga na przechodniów. Jaki kraj, taki Kerouac. Zresztą na co ja się porywałem. Wówczas mogłem napisać co najwyżej opowieść o tym, jak wygląda życie w drodze do szkoły.

„Trainspotting” otworzyło mi oczy na zupełnie inny świat. To nie tak, że nagle uświadomiłem sobie, że narkotyki to zło. Nic z tych rzeczy. Przerabiałem jak większość nastolatków „Dzieci z Dworca Zoo”, „Pamiętnik Narkomanki” i co tam było modne. Heroina ciągnie na dno. Wiadoma sprawa. Ale Danny Boyle zrobił coś niezwykłego. Świat jego narkomanów się skrzy. Pulsuje dziwną, hipnotyzująca energią. On nie uwodzi. Ten film (wbrew temu co pisali niektórzy krytycy) nie stanowi gloryfikacji hedonistycznego życia narkomana. On jest czymś bardziej na kształt ponuro-zabawnego reportażu z piekła. Ponurego, bo kontakt z heroiną kończy się tragicznie. Zabawny – bo umówmy się, życie jako wielka impreza bywa momentami niebywale zabawne. Nie ma zatem tu gloryfikacji – jest dotknięcie prawdy. Śmiesznej i gorzkiej zarazem.

Nigdy nie zostałem narkomanem. Choć wtedy od stycznia 1997 roku do czerwca 1998 roku byłem tego najbliżej. A „Trainspotting” towarzyszyło tej wycieczce bezustannie, osiągając apogeum jesienią 1997 roku. Kończyłem dziewiętnaście lat. Dostałem się na studia dziennikarskie, mieszkałem sam (no z kolegą) a świat stał otworem.

Mojej matce udało się w końcu znaleźć mi szkołę. Trafiłem na przechowanie do liceum w miejscowości Trzebinia. Ponieważ u katolików system nauki był zbliżony do tego jak wyglądają studia (mieliśmy pokończone wcześniej przedmioty, których na maturze nie zdawaliśmy) miałem w nowym liceum sporo wolnego czasu. W zasadzie chodziłem tylko na historię, polski i angielski. Mogłem chodzić na fizykę, jeśli chciałem poprawić mierny na świadectwie. Nie chciałem. Odkryłem żulerski bar obok szkoły i spędzałem tam masę czasu pijąc nalewane z kegi tanie wino. Dużo czytałem. I chodziłem na lekcje jak na wizytację. W liceum miałem dziewczynę, która uznała, że nie może być moją dziewczyną, skoro chodzimy do tego samego liceum. Poznałem więc inną dziewczynę. Powiedzmy, że miała na imię Hania. Podobnie jak ja miała pierdolca na punkcie punk rocka, uwielbiała „Trainspotting” i szybko wyrwała się z domu od ojca. Zamieszkała w Krakowie, do którego i ja trafiłem tuż po zdaniu matury. W wynajętym mieszkaniu na ulicy Kutrzeby snuliśmy ze znajomymi plany podbicia świata. Piszę to wszystko trochę gwoli wstępu. Otóż bowiem pewnego słonecznego dnia na ulicy Siennej spotykam dawną koleżankę. Hania jest kelnerką. Ma koleżanki kelnerki i prowadzi życie dorosłego dziecka. Jak ja.

To co nas różni to znajomi. Moi w większości to dobrze rokujący przyszli alkoholicy. W jej otoczeniu pojawiają się persony dziwne i mroczne. Tacy kolesie co to zasypiają zgięci w pół na środku ulicy. To był czas kiedy na krakowskim rynku roiło się od kolesi udających tzw. żywe posągi. Zawsze intrygowało mnie kim oni są. Potem kiedy szliśmy z Hanią ulicą wszystko się wyjaśniło. Każdy posąg mówił jej cześć. Jej i jej znajomym. Tym od zginania się w pół i zasypiania.

Na moje dziewiętnaste urodziny Hania, jej przyjaciółka (nazwijmy ją Kasia) i kolega Krzysiek zaprosili mnie do kina. Wówczas wielu znajomych zapraszało mnie do kina. I każdy wychodząc z jakiegoś absurdalnego założenia, że pewnie jeszcze nie widziałem – na ten sam film. „Trainspotting”. Owego kolegę Krzysia poznałem raptem kilka dni wcześniej. Był przyjacielem i kochankiem Kasi. Jak się okazało – także i heroinistą. Miał tatuaż z wikingiem i smokiem, czytał powieści Feliksa W. Kresa. Był chudziną. I rządził nim głód. Kiedy wychodziliśmy z kina jeszcze nie wiedziałem, kim jest. Przeczuwałem – owszem. Ale dopiero po projekcji się przyznał. Ten film go zachwycał i przerażał. Jak mówił – to czysta prawda. Takie jest moje życie. I kiedyś z nim zerwę – dodawał. Wybiorę życie.

Kraków końca lat 90. Monitoring miejski to sen przyszłości. W sklepach nie ma kamer. Sprzedaż na karty odbywa się za pomocą maszynek, na których kopiuje się kartę i podpis. Istnieją takie bary jak Piwersi, Jemioła, takie coś dziwnego na Małym Rynku czego nazwy nie pamiętam. A na ulicach roi się od heroinistów – takich rodzimych, czyli polski kompot. Miasto jeszcze nie radzi sobie z plagą narkomanii. Dworzec Główny to wylęgarnia ćpunów. Tuż obok niego na Pawiej jest podła speluna w której można oberwać w mordę za krzywe spojrzenie. O Galerii Krakowskiej jeszcze nikt nie marzy. Jest brzydko i cholernie niebezpiecznie.

Przez kilka miesięcy rzeczywistość z filmu Boyle’a wkracza w moje życie. Delikatnie. Nie z przytupem. Ale wkracza. Dowiaduję się od Krzyśka, że byłbym fatalnym złodziejem sklepowym. Pytam dlaczego? On odpowiada – że na mojej twarzy widać, że chcę coś przeskrobać. Mówi to wyjmując z wielkiej wojskowej kurtki kilka kaw Tchibo, mydła w płynie i takie tam. Nie miał pieniędzy na grzanie wiec trzeba było sobie radzić. Wolał kraść, niż stać jako żywy posąg. Fanty ze sklepu sprzedajemy klientom pod sklepem. Tuż za rogiem. Za pół ceny. Krzysiek kupuje mi piwo i znika na bajzel po działkę.

Parę razy zdarzyło się, że ktoś w sklepie go przyuważył. Pamiętam jeden bieg przez ulicę. Gonił nas domorosły sklepowy ochroniarz. Przeżyłem scenę jak z otwarcia „Trainspotting”. Wcale nie myśląc o tym, że ją przeżywam. Myślałem raczej o tym co powie matka, jak mnie złapią i że znów narobiłem sobie syfu w życiu. Uciekliśmy. Mimo że pojawiły się wówczas już w sklepach bramki, Krzysiek miał swoje sposoby, żeby wnosić drogie fanty. Na książkach nieźle zarabiał. I płytach. Trzeba było tylko zdjąć kiedy nikt nie patrzył zabezpieczenie.

Ponieważ Kasia była dziewczyną Krzyśka chodziliśmy wszędzie we trójkę. Była dziewczyną w typie matka Teresa od degeneratów. Kupowała nam alkohol, wynosiła z pracy pierogi. Przechowywała fanty. Zawsze troszczyła się o Krzyśka, choć na grzanie kasy nie dawała. Kiedy znikał na kilka godzin chodziliśmy go szukać po bajzlach. Pamiętam, że jeden był na dworcu. Drugi gdzieś, ale nie wiem gdzie. Pamięć się zatarła.

Ponieważ Krzysiek mieszkał wszędzie – mieszkał też i u mnie. Zawsze dostał opierdol za zostawianie strzykawek na widoku. Za zasypianie na kiblu i blokowanie łazienki. To było jedyne miejsce gdzie mógł grzać. Nigdy na widoku.

Pamiętam też jak walczyliśmy z jego sennością kiedy był na głodzie. Nie wolno mi zasnąć, bo umrę – mówił. Czasami próbował wtedy pić. Nie pomagało. Trzęśliśmy nim. Kasia biegała po bajzlu szukając heroiny. Polska heroina. Samo zdrowie.

Korciło mnie wtedy żeby sobie przygrzać. Ale raz – Krzysiek mi zakazał. Dwa – głos rozsądku zwyciężył. Poleciałbym w tę zabawę za głęboko. Wolałem pić. Heroiny ani kompotu nie spróbowałem nigdy. Kiedy przeprowadziłem się do Warszawy w 2001 roku, na dzień dobry sprzedano mi opowieści o tym jak to jedna laska z promocji fonograficznej zgubiła torebkę koksu w kiblu i znalazł ją jej szef. Zabawne. Czyści ludzie w garsonkach. Ludzie ze świata kultury. Kokaina nigdy nie była tym, co heroina. Nie było w niej takiego brudu. I takiej beznadziei. Pierwszy raz w życiu koks zaproponował mi niebywale szanowany lekarz kardiochirurg na zlocie najważniejszych kardiochirurgów w Warszawie. Miał pięćdziesiąt lat. Kokaina pozwalała mu wykonywać długie operacje. Pamiętam jak wcisnął mi do łapy dwieście złotych i powiedział, że w toalecie czeka na mnie ścieżka zdrowia. – Tylko oddaj dwie stówy, dodał. Ładni i bogaci ludzie wciągają koks. Nie o nich jest „Trainspotting”. „Trainspotting” jest o tych, którzy nie udają. Heroina nie pozwala udawać kogoś innego.

Kontakt z Krzyśkiem urwał się nagle. Nie wiem czy żyje, czy umarł. Czy spełnił swoje marzenie i poszedł do MONARU. Kotański jeszcze żył. Pomagał. Nie wiem czy Krzyśkowi udało się nie zarazić HIV czy wpadł. Był ostrożny. Zawsze miał własną pompkę. Ale na głodzie zapominał. Kasia urodziła dziecko. Zmieniła znajomych. Ja wybrałem inne życie. Hania także. Gdzieś w połowie 1998 roku nasze drogi się rozeszły definitywnie. W tym okresie obejrzałem „Trainspotting” siedemnaście razy. Od tamtej pory już nigdy. Dziś film Boyle’a skończył dwadzieścia lat. Nie widziałem go od osiemnastu, a pamiętam z niego każdą scenę.

Egmont
Poprzedni

Nowa Granica - superherbohaterowie w wersji retro [recenzja]

rrh_00_by_drfaustusau-d8pwne9
Następny

"Red Right Hand" Nicka Cave'a zilustrowane w stylu książeczek Dr. Seussa [galeria]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

1 Comment

  1. 2016-02-24 at 13:05 — Odpowiedz

    Świetny tekst. Dzięki.

Dodaj komentarz