WYMĄDRZANIE 

„Trzej muszkieterowie”, czyli to już nie wróci

Jaki film jest najlepszy na świecie? Zdania w tej kwestii pozostają podzielone. Niektórzy wymienią „Obywatela Kane” choćby ze względu na znaczenie tego dzieła dla rozwoju kina. Inni wskażą „Ojca chrzestnego”, rzecz ze środkowego okresu Kubricka, albo coś z Chaplinem. Są oczywiście i tacy, którzy wymienią „Gwiezdne wojny”, „Władcę pierścieni” czy nawet ekranizację cyklu Meyer o trudach miłości międzygatunkowej. Cóż, jak to mówił Lobo, zawsze znajdzie się ktoś niekumaty.

Sam uważam, że najlepszym filmem na świecie są „Trzej muszkieterowie” z 1973 roku, w reżyserii Richarda Lestera. Trochę się śmieję, a trochę mówię serio. To kino najwyższej klasy, przynajmniej w segmencie czystej rozrywki. Próbuję znaleźć jakiś słaby punkt i nie bardzo mi idzie. Obsada jest znakomita (o niej nieco niżej), historię Dumasa podkręcono jeszcze, oczyszczając z dłużyzn, a facet od kostiumów mógłby spokojnie znaleźć zatrudnienie na planie „Gry o tron”. Poczucie humoru, zbudowane na wywrotkach i karambolach znajduje się zdecydowanie bliżej Benny’ego Hilla niż Bustera Keatona. Co z tego? Gdy nieszczęsny Atos wleciał do studni, gdy Portos z Aramisem próbowali go wyciągać rechotałem tak długo, aż rozbolał mnie brzuch.

Bardzo zabiegałem o obejrzenie „Trzech muszkieterów”, a to ze względu na udział Christophera Lee, do którego zapałałem niezdrową miłością w okresie późnodziecięcym. Teraz myślę sobie, że fascynacja tym aktorem zapowiadała problemy na tle psychicznym, z jakimi borykam się do dziś. Nastolatek w końcówce lat osiemdziesiątych powinien kochać Arnolda, Sylvestra, ewentualnie Sabrinę, a nie starzejącego się już aktora charakterystycznego, grywającego głównie arystokratów w filmach kostiumowych. Sir Christopher z pewnością doczeka się osobnego tekstu wspominkowego. Teraz jedynie wspomnę w jaki sposób poszukiwałem filmów, w których występował. Sprawa nie była prosta. Nie miałem komputera, o internecie nikomu się nie śniło. Wszedłem jednak w posiadanie grubego katalogu filmów, bodaj z Indianą Jonesem na okładce. Grubą tę księgę wydano z myślą o pracownikach wypożyczalni video, liczniejszych wówczas od warzywniaków. Każdy film streszczano w paru zdaniach, przydzielając punkty, wyłuszczano też obsadę i nazwisko reżysera, słowem, miałem w łapach takie IMDB, tylko w wydaniu papierowym. Na końcu znajdował się skorowidz. Pracowicie wypisałem wszystkie filmy z udziałem sir Christophera i co piątek, kiedy tylko tato przynosił gazetę, rzucałem się na stronę z programem telewizyjnym na cały tydzień. Czytałem dokładnie, porównując ze swoją listą. Gdy okazywało się, że „jedynka”, lub „dwójka” (innych programów nie było) nada coś z tego nieszczęsnego spisu zaczynało się bolesne oczekiwanie. Rzecz niemal niewyobrażalna w dyktaturze natychmiastowości. Wyobraźcie sobie jak się czułem, gdy dowiadywałem się, że tacy „Trzej muszkieterowie” polecą w czwartek o dwudziestej dwadzieścia pięć. Cudownie! Zobaczę film z Christopherem Lee! Ale czemu muszę czekać aż sześć długich dni? To prawie tydzień! Dlaczego nie mogli dziś nadać tych nieszczęsnych „Trzech muszkieterów”?. Ekscytacja mieszała się ze smutkiem, to wszystko z nudą, ale i napięciem oczekiwania.  Tak, wiem, powinienem mieć lepsze zajęcia. Rodzice nie upilnowali mnie i tyle. Ale przynajmniej zobaczyłem „Trzech muszkieterów” i byłem zachwycony.

To prawda, film zestarzał się trochę i sytuuje się w pół drogi pomiędzy „Robin Hoodem” z Erollem Flynnem i energią kina nowej przygody. Co z tego? I tak jest najlepszym filmem na świecie, do tego niemożliwym do ponownego nakręcenia.

Dajmy spokój już Sir Christopherowi. Był przypuszczalnie najlepszym Rochefortem w historii i tyle. Ale przecież kardynała Richelieu gra tam sam Charlton Heston, skądinąd trudny do poznania za sprawą charakterystycznej bródki i jedynej w swoim rodzaju zaczeski. Przy jego władczej, pełnej majestatu potędze nawet król Ludwik wygląda na pucybuta. Olivier Reed, inna moja miłość, najwyraźniej urodził się dla roli Atosa. To samo zresztą można powiedzieć o Richardzie Chamberlainie i Franku Finlay, czyli pozostałych muszkieterach. Nawet Michael York, obdarzony raczej bicepsem niż talentem aktorskim, robi fantastycznego D’Artainiana, grając młodością, witalnością i uśmiechem. Wreszcie, mamy kobiety. Faye Dunaway jako Milady zaledwie miga na ekranie, Geraldine Chaplin w roli królowej jest zachwycająca i płocha, ale wszystkie przesłania Rachel Welch, piękna jak z greckiej rzeźby, delikatna i twarda jednocześnie. Przyznaję, że na jej widok moje uczcie względem Sir Christophera gwałtownie skarlało? Mógłbym wymieniać dalej, tylko po co? W „Trzech muszkieterach” grają wyłącznie znakomitości. Nawet jeśli pojawiają się na ekranie tylko przez chwilę.

To prawda, film zestarzał się trochę i sytuuje się w pół drogi pomiędzy „Robin Hoodem” z Erollem Flynnem i energią kina nowej przygody. Co z tego? I tak jest najlepszym filmem na świecie, do tego niemożliwym do ponownego nakręcenia. Skąd wiem? Ponieważ wszystkie późniejsze ekranizacje były gorsze. Jest jeszcze inny powód. Nie ma już takich aktorów. Owszem, York z Chamberlainem i Finlayem żyją, lecz ich wiek liczony łącznie idzie w tysiąclecia. Rachel Welch dziś grywa stare ciocie. Nie ma już takich aktorów jak Olivier Reed i Charlton Heston. W gruncie rzeczy, pan Reed był jedyny w swoim rodzaju. On i inni, łącznie z Sir Christopherem nie doczekali się swoich następców.

Próbuje wyobrazić sobie obsadę remake’u „Trzech muszkieterów”, zachowując zasadę jaka przyświecała oryginałowi – bierzemy najpopularniejszych aktorów z epoki i dajemy im role adekwatne do emploi. Kto byłby więc lepszym D’Aartanianem: Daniel Radclife, Channing Tatum czy może Robert Pattinson? Wybór tak trudny, że chyba palnę sobie w łeb z pistoletu skałkowego. Jak myślicie, czy Dwayne Johnson wypadłby przekonująco jako Portos? Z Richelieu nie mam kłopotu, stawiając na Christopha Waltza czyli faceta którego kochają wszyscy za nieustanne powtarzanie tej samej roli z „Bękartów wojny”. Waltz zresztą już grał kardynała w swobodnej adaptacji „Trzech muszkieterów” z 2011 roku. Mila Kunis jak Milady odpędziłaby czkawkę po „Jupiter Ascending”, a Monica Bellucci nadałaby się na królową jak znalazł. Zresztą, królową mógłby zagrać nawet Eddie Murphy. No bo dlaczego nie?

Próbowałem układać w głowie i inne warianty obsadowe, z tym samym skutkiem. Zachęcam jednak do podobnej zabawy. Jej finał wybrzmi w smutku. Ujawni się bowiem nędza współczesnego kina, lichy kunszt aktorów, brak gwiazd z prawdziwego zdarzenia, lub choćby takich, co ich kamera lubi. Nie chcę wyjść na malkontenta, lecz w świetle tych faktów niewiele da się dodać. Jeśli chcemy przekonać się o rozmiarach kryzysu jaki trawi współczesne kino, wystarczy zobaczyć jakiś stary dobry film. Niekoniecznie najlepszy. Wystarczy przyzwoity.

Być może, Eddie Murphy grający wszystkie role w „Trzech muszkieterach” jest i tak rozwiązaniem optymalnym.

Albatros
Poprzedni

Piękni samobójcy – intrygujący thriller hiszpański [recenzja]

Niebieska Studnia
Następny

Fight Club 2 #1 - ten przerażający Tyler Durden [recenzja]

Łukasz Orbitowski

Łukasz Orbitowski

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i "Nowej Fantastyki". Aktualnie mieszka w Warszawie.

2 Comments

  1. agrafek
    2015-07-15 at 11:52 — Odpowiedz

    Wszystko pięknie, tylko ten film wyreżyserował Richard Lester, a zdjęcie ilustrujące pochodzi chyba z „Dwadzieścia lat później”. Lester jest o tyle istotny, że lubił opowiadać o legendach na własny sposób, zrobił też przecież piękny film o starzejącym się Robin Hoodzie.
    Poza tym mogę się tylko podpisać.

  2. Simply
    2015-07-18 at 12:55 — Odpowiedz

    Dokładnie . Zdjęcie z ,, Powrotu muszkieterów z 89′ , ale to też Lester . Obsada ta sama , tyle że próba wskrzeszania klimatu,, Muszkieterów…” z lat 70′ nie za bardzo się udała. Już nie było tej energii i pasji.
    ,, Trzema Muszkieterami” Lester na początku lat 70′ dokonał czegoś, co chyba nikomu nie udało się , patrząc na całą historię kina – ożywił całkowicie martwy, już historyczny wtedy gatunek , ,, film płaszcza i szpady” ( który skończył się ok. połowy lat 60 ) . Mało tego , zrobił arcydzieło bijące na głowę jego kanoniczne pozycje .
    I nie dość na tym , Angol Lester tym filmem utarł nosa Francuzom dokonując najlepszej adaptacji ich narodowej chluby.
    Od razu poszedł za ciosem kręcąc jeszcze dwa filmy , zawieszone między respektem dla konwencji gatunku a swoistym ,,rewizjonizmem ” : słodko- gorzki, wspomniany , ,, Powrót Robin Hooda” 76′ i burleskowy,, Fałszywy Król” 75′.
    Pewien odzew to wywołało , ,, kino płaszcza i szpady ” na moment ożyło w tamtych latach . I to w bardzo przyzwoitym wydaniu włoskim, pod ręka ex-spaghetti westernowców ; ,, Czarny Korsarz” Sergia Sollimy 76′ i ,, Zorro” Duccio Tessariego z 75′. Ostatnie słowo jednak należało do Anglika ; był nim debiut Ridleya Scotta ,, Pojedynkowicze” .77′.

Dodaj komentarz