WYMĄDRZANIE 

„Ukryty wymiar” czyli los aktora

Końcówka lat dziewięćdziesiątych. Ważę jakieś siedemdziesiąt kilo i uważam, że najlepszym wdziankiem na świecie jest czarny golf. O chudą pierś obija mi się wisior z jakimś magicznym symbolem. Bardzo lubię ten szmelc. Wiem, bo kazałem go posrebrzyć. Odmówiłem sobie jednak godziwego łańcuszka. Wszystko co mam wydaję na piwo, tanie wina i płyty kompaktowe. Gdy zaczyna się nasza historia, siedzę samotnie w knajpie „Avaria” na ulicy Krzyża w Krakowie i wymieniam spojrzenia z ładną dziewczyną.

Wymiana spojrzeń prowadzi do wymiany uścisków dłoni. Przysiadam się do niej. Rozmawiamy. Dziewczyna bardzo mi się podoba z względu na wysoki wzrost,  prawdziwie słowiańskie ciało i pełne usta z których wrzuca potok radosnych słów. Właśnie zdała maturę i przyjechała złożyć papiery do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, a jeśli jej nie przyjmą, ma na oku jeszcze diabelnie drogie studium aktorskie. Tam przebuja się roczek i spróbuje zdać znowu. Nie ma wątpliwości, że odniesie sukces, zostanie aktorką i będzie występowała w filmach. Gdy o tym mówi, oczy jej błyszczą, rozświetlając ponurą piwnicę Awarii. Jest piękna oślepiającym pięknem młodości, czystej siły niezmąconej rozczarowaniem. Dziewczyna naprawdę wierzy, że świat stoi przed nią otworem, a życie nie przynosi ograniczeń.

To jeden z niewielu „kosmicznych horrorów”, który naprawdę robi wrażenie. Na liście znajduje się jeszcze pierwszy „Obcy” oraz „Sunshine” Danny’ego Boyle’a. Niewiele, prawda?

Zdanie o zawodzie aktora miałem ustalone już wtedy i nie zmieniłem go aż do teraz. Po prostu, nie umiem pojąć czemu ludzie pragną występować w filmach i serialach. Wolałbym już zostać kanalarzem albo skręcać długopisy, a nawet zasiliłbym sobą inne, bardziej pieprzne segmenty branży rozrywkowej. Wszystko, tylko nie to. Kandydat na aktora musi najpierw wycierać sobą progi różnych szkółek, słono płacąc za swoje czeladnictwo. Na domiar złego, skazuje siebie na przebywanie w otoczeniu innych wannabe-aktorów (grupę tę w swej potworności przebijają tylko studenci sztuk plastycznych). Jakimś cudem przyjęty, uczy się chodzenia i podskakiwania. Po sześciu latach zostaje z niczym, próżno wyglądając roboty. Do filmu ciężko się wcisnąć, choćby na plan czwarty, teatry są pozapychane, a kolega właśnie złożył w ofierze własne dziecko za wejście na płatny casting do reklamy. Taki nieszczęśnik jeździ po Polsce z przedstawieniami edukacyjnymi, śpiąc w najtańszych hotelach i topiąc smutki w dietetycznej koli. Liczy, że wreszcie się uda. Zamiast wielkiej szansy przychodzi siwizna z marskością wątroby.

Niektórym oczywiście się udaje. W końcu ktoś musi występować w tych filmach. Gdybym był człowiekiem innego charakteru, poradziłbym dziewczynie z Avarii by zobaczyła „Ukryty wymiar” Paula Andersona, które to dzieło stanowi, między innymi, smutną opowieść o zawodzie, który w młodzieńczym porywie braku rozsądku uznała za swoje powołanie.

Bardzo lubię ten film. To jeden z niewielu „kosmicznych horrorów”, który naprawdę robi wrażenie. Na liście znajduje się jeszcze pierwszy „Obcy” oraz „Sunshine” Danny’ego Boyle’a. Niewiele, prawda? Anderson zasłużył się zresztą nie tylko u Ridleya Scotta. Rzeczony wymiar, którego przebłyski obserwują bohaterowie, zaczerpnięto przecież od Clive’a Barkera. Widowiskowa scena, w której ocalała astronautka spływa w wodospadzie krwi jawnie nawiązuje do „Lśnienia”. Kubrick, chcąc wstrząsnąć widzem wymyślił rzekę posoki. Dwadzieścia lat później, epigoni zachęcili do kąpieli.

Niemniej, „Ukryty wymiar” działa. Sam pomysł statku kosmicznego, który, robiąc sobie skrót przez czas i przestrzeń wylądował w piekle jest prosty i efektowny. Pierwsze pojawienie się rzeczonego okrętu, gdy wynurzył się z kosmicznej mgły nad Neptunem wciąż wbija w fotel, nawet oglądane na ekranie komputera. Wnętrze okrętu, przypominające średniowieczny loch wiedzie do piwnic, gdzie tkwi bezlitosny, tępy bóg. Wreszcie, rolę główną – jeśli można tutaj użyć takich słów – wziął na Sam Neill, podówczas etatowy nieszczęśnik w wielu udanych horrorach. Fizys australijskiego aktora nie pozwala sądzić, by nadawał się do tego zadania. Zacny Sam wygląda przecież jak zahukany sprzedawca odkurzaczy, a jednak na ekranie przeszedł drogę od zagubionego i niepewnego siebie jajogłowca, do samego emisariusza piekieł, elegancko pociachanego niby kiełbaska przed rzuceniem na grilla. Kochałem go wtedy i uwielbiam teraz. Do miłości dochodzi jednak współczucie.

Oto i aktor, ecce homo. Zapewne chciał inaczej, lecz zdarzył mu się występ w średniobudżetowym horrorze science-fiction, kręconym przez faceta, który wcześniej nakręcił jeden tylko film, ale za to arcydzielny. Mam oczywiście na myśli „Mortal Kombat”. Następnie, władował w jakimś potwornym studiu telewizyjnym, gdzie ze sklejki i gutaperki sprokurowano wnętrze statku kosmicznego. W pierwsze scenie musiał się smucić – już wiemy, czemu wypadł przekonująco. Następnie wsadzili go do bani z wodą, z której wyleciał na podłogę. Jazda zaczęła się później. Australijski Sam, mając dobrze powyżej czterdziestki taplał się w innego rodzaju płynach, ganiał nagi lecz cały w bliznach, do których, w scenie finałowej, doszły jeszcze płomienie. Z niepojętych przyczyn, ostatni kwadrans przechodził z wydłubanymi oczyma, których nieobecność nie przeszkadzała mu jednak w niczym – strzelał z kołkownicy i sprawnie klikał w ekran dotykowy, opowiadając jednocześnie kocopały o radościach związanej z męczeniem innych. Podsumowując: podtopili go, poharatali i podpalili na sam koniec. Dopiero po tym wszystkim mógł pójść podpisać czek.

Niewiele wiem o pracy na planie, ale tylko odjęcie australijskiemu Samowi jego melancholijnego spojrzenia to, lekko licząc, pół dnia w charakteryzatorni. Dorzućmy do tego rozliczne duble, komputerowe płomienie i niekumatego kaskadera, a otrzymamy zaledwie przedsmak aktorskiego trudu, do którego paliła się moja świeżo poznana koleżanka. Cały ten wysiłek ekipy filmowej miał jeden tylko cel: nakręcenie takiego filmu, jak „Ukryty wymiar”. Wygląda na to, że, aby trafić do piekła niekoniecznie trzeba frunąć przez czas i przestrzeń.

Mniej więcej coś takiego chciałem powiedzieć nowo poznanej koleżance, czego oczywiście nie uczyniłem. Próbowałem zyskać jej życzliwość, zresztą rola grabarza marzeń niezbyt mi się podobała. Życzyłem jej powodzenia i poprosiłem o kolejne spotkanie, w konsekwencji czego następnego dnia pojechałem, dureń skończony, do jakiegoś podkrakowskiego miasteczka. Tam wylądowałem między jej kolegami i koleżankami. Poczułem się bardzo źle. W pewnej chwili, dziewczyna po prostu zniknęła, a ja ocknąłem się na cichym dworcu, oczekując świtu i pociągu.

Nie wiem co teraz robi ta dziewczyna. Nie pamiętam nawet jej imienia, ani nazwy miasteczka, do którego pojechałem. Wiem, że nie została żadną aktorką. Mam nadzieję, że nie przejęła się tym rozczarowaniem i żyje sobie spokojnie, w zgodzie ze światem i sobą, gdzie nie ma już knajpy Avaria, płatanych szkół teatralnych i oślepionego Sama Niella, strzelającego z kołkownicy.

Julia Issabel Syczewa Cosplay DB
Poprzedni

Polski cosplay #1 - Julia „Issabel” Syczewa [galeria]

Egmont
Następny

Wonder Woman tom 3: Żelazo - mity greckie i supermoce [recenzja] [komiks]

Łukasz Orbitowski

Łukasz Orbitowski

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i "Nowej Fantastyki". Aktualnie mieszka w Warszawie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz