WYMĄDRZANIE 

„Wielkie Piękno” i „Manhattan”, czyli porównanie kina emocji i rozumu

Panorama rozciągająca się od mostu na Manhattanie aż po koloseum w Wiecznym Mieście. Krajobraz utrwalony pomiędzy czasem i pomiędzy miejscami, gdzie dwójka zbłąkanych humanistów toczy wewnętrzny dialog. Ale że co? Ale że jak? Otwórzmy atlas z kinematografią i pobawmy się w nieoczywiste porównania. Zwłaszcza, jeśli lubicie eksperymenty z interpretacją.

Filmowe światy Woody’ego Allena i Paolo Sorrentino, wyodrębnione w „Manhattanie” i „Wielkim Pięknie” zawierają w sobie zaskakująco wiele podobnych elementów. Oczywiście, tematyczna bliskość czy pewne powracające motywy nie tworzą kompozycji idealnie harmonijnej. To raczej kolaż. Mozaika. Wydaje się jednak, że jeśli skupimy się choćby (ale nie tylko) na wrażliwości i osobistym spojrzeniu bohaterów, ich pragnieniach, emocjach, które wygrywają na społeczno-kulturowym tle wielkich metropolii, to zyskamy nową perspektywę. X Muza to diabelnie interesująca dama, która lubi żeby o niej rozmawiano. Na nowe sposoby.

Zatem „Manhattan”. W tytułowym mieście Isaac Davis, nieco neurotyczny i zagubiony mężczyzna w średnim wieku, jak to bywa u Allena, bawi się w pisarstwo. Przygotowuje telewizyjne skecze, zajmuje się także tworzeniem powieści o swoim ukochanym mieście, częściej jednak filozofuje na tematy mniej i bardziej istotne. Trudny charakter i niewyparzona gęba rzeczonego prowokują jednak pewne… trudności. Zarówno na gruncie towarzyskim (dwukrotnie rozwiedziony), jak i zawodowym (stosunkowo szybko i często poznaje smak bezrobocia). A żeby zaleczyć rany spotyka się z kobietami. Specyficznymi, kontrastującymi, do których dopasowanie się jest prawdziwą sztuką.

Sztuka towarzyszy też bohaterowi „Wielkiego Piękna”, jako że Jep Gambardella, włoski dziennikarz bywający to tu, to tam, zdaje się być przede wszystkim koneserem – przejawów artystycznej swobody, filozoficznych gawęd, a i czarujących kobiet. On również ma doświadczenia z prozą, do której nie chce jednak wrócić. Nasycony sukcesami? Bynajmniej. Jego życie, podobnie jak w przypadku Davisa, jest niepełne. Bo pozbawione miłości (wytłumaczenie sentymentalne?), a może raczej zrozumienia (usprawiedliwienie rozumowe?). W obydwu przypadkach widoczne są zatem filozoficzne obrazy poszukiwania i mierzenia się z własną, małą-wielką historią.

Właśnie – obrazy. Przecież zarówno Nowy Jork jak i Rzym są w kontekście tych rozważań miastami zmitologizowanymi. Takimi, które zapisały się w globalnej świadomości. Wypełnione twórczą energią, hedonistycznymi pragnieniami, ale również duchowością współczesnego człowieka z jednej strony rozdartego pomiędzy przywiązaniem do tego co znane, z drugiej zaś otwartym na nowe, nie do końca definiowalne doświadczenia. Tradycyjne wychowanie i religijne dziedzictwo miesza się z eksperymentami na gruncie sztuki,  odwoływaniem się do racjonalności świata. Co by nie mówić – sprzeczności bywają intrygujące.

Wizerunek tych metropolii naznaczony jest jednak pewną skazą. Przede wszystkim moralną. Hipokryzja ludzi aspirujących do intelektualnych elit uwidacznia się w pozoranctwie, próżności, kurtuazji… nic dziwnego, że Jep Gambardella uważa, iż najlepszymi mieszkańcami Rzymu są turyści. Cóż z tej diagnozy, skoro podobnie jak i Isaac Davis w Nowym Jorku, on także nie mógłby prawdopodobnie żyć nigdzie indziej? Mimo że wielkie piękno jest coraz bardziej rozmyte, a sacrum miesza się z profanum.

Sportretowanie dwójki bohaterów wiąże się przede wszystkim z określoną wrażliwością. Pragnieniem emocjonalnej bliskości z kobietami. To ciekawe, zwłaszcza, że Isaac, będąc związanym uczuciowo z trójką kobiet, prawdziwego szczęścia – spokoju, doświadcza z najmłodszą, najbardziej niewinną z nich. Podobnie jak Jep, dla którego pierwsza miłość jest już jednak tylko wspomnieniem. Żywym. A i pewnie wiecznym. Przecież to Rzym.

Allen i Sorrentino dysponują odmiennymi temperamentami i stylem w tworzeniu opowieści. Stonowana, auto-ironiczna wizja Amerykanina oraz barokowe, mistyczne, równie komediowe, co wzniosłe widowisko Włocha koncentrują się jednak przecież na tym samym: zagubionych myślicielach, artystycznej przestrzeni, pseudo-intelektualnych gettach, świątyniach prawdziwych rozmyślań… a także na romantycznym uczuciu, które budzi melancholię. Poza czasem, pomiędzy miejscami. Zresztą, zobaczcie sami. „Manhattan” i „Wielkie Piękno” pozwalają na takie interpretacje.

Uroboros
Poprzedni

Nacisk - Eve Silver [patronat]

Stranger-Things-Fan-Art-Maximillian-V
Następny

Najlepsze fan arty ze "Stranger Things" [galeria]

Marcin Waincetel

Marcin Waincetel

Absolwent kulturoznawstwa i filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Redaktor portali Paradoks, Booklips i Poltergeist, publikował na łamach magazynu „Coś na progu” oraz Geezmo. Osobowościowo zbliżony ponoć do Johnny’ego Deppa, a także Edgara Allana Poe, zakochany w X Muzie oraz wszystkich możliwych przejawach popkultury.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz