WYMĄDRZANIE 

Witchergate: Żarty na bok

Ostatnie miesiące obfitują w różnego rodzaju popkulturowe aferki i, wybaczcie określenie, bóle dupy. Mieliśmy wielką drakę o żart Tony’ego Starka w nowych Avengersach. Podnosiły się głosy sprzeciwu wobec matriarchalnego Mad Maxa. Oburzenie wywołała scena z Sansą i Ramseyem Boltonem. Teraz zaś obserwujemy ukoronowanie sezonu, wisienkę na torcie. Przed państwem afera wiedźmińska!

Już spieszę z wyjaśnieniami. Źródłem zamieszania stał się artykuł na Polygonie, w którym czujny publicysta zauważył, że przecież w „Wiedźminie 3”, skądinąd świetnej grze, nie ma postaci o zróżnicowanym kolorze skóry! Nikogo, kto przywodziłby na myśl czarnoskórych czy Azjatów. A przecież każdy wie, że w fantasy powinni się znaleźć, ponieważ to fantasy i wszystko może – a nawet powinno! – się tam pojawić. Jak wszyscy, to wszyscy, babcia też.

No i się zaczęło.

Do tekściarza z Polygonu dołączyły kolejne głosy poparcia. Że mniejszości przecież nie mają z kim się tu utożsamiać, że problem dyskryminacji rasowej za słabo zaznaczony (ten ostatni kwiatek to akurat z polskich mediów). Dodawano też, że przecież gry o Geralcie z chwilą wejścia na światowy rynek stają się multi-kulti i należy to uszanować.

Nie trzeba było długo czekać na odpowiedź.

Ludzie, którzy przeczekali pierwszą gównoburzę i zebrali szczęki z podłogi, zasiedli do klawiatur. Imperium internatuów kontratakuje. Obrońcy trzeciego „Wiedźmina” wytoczyli ciężkie działa. Powoływali się przede wszystkim na to, że RPGowa super-produkcja CDP Red powstała w innym kręgu kulturowym i reprezentuje pewną egzotykę dla Zachodniego kracza. Były jeszcze jakieś odwołania do słowiańskości i faktu, że gra rzeczywiście w jakimś stopniu odwołuje się do kultury środkowo-europejskiej, do naszych uwarunkowań, a nie np. do azjatyckiej. Stanowi to przecież dodatkową atrakcję, bo zachodni gracz może obcować z innym niż w Dragon Age’u podejściem. Z całego zamieszania wynikła dosyć merytoryczna dyskusja i padły logiczne argumenty, jak się dobrze zastanowić. Dorzuciłbym jeszcze od siebie, że ktoś tu najwyraźniej nie zrozumiał metafory, jaką stanowią elfy, krasnoludy i kilka ginących gatunków (choć idę o zakład, że takie stwierdzenie gdzieś już mogło paść) w świecie Sapkowskiego.

Tyle tylko, że w medialnym szumie utonął podstawowy dla całego sporu problem.

Przecież to jest Bareja w stanie czystym. Jaja jak berety. Gdyby reżyser „Misia” wciąż żył, zajmowałby się właśnie takimi absurdami.

Wszyscy, jak tu stoimy, podjęliśmy dyskusję z leniwym tekściarzem, który nie miał do czego się przyczepić w samej grze (i nie chodzi mi tu o punktowanie kwestii technicznych czy coś w tym guście), więc znalazł problem, który nie istnieje. W przypadku zadym wymienionych we wstępie samozwańczy obrońcy czegokolwiek mieli przynajmniej jakieś pretekstowe zaczepienie w materiale źródłowym. Tutaj takiego zaczepienia brak.

Publicysta Polygonu, zapewne dobry recenzent poszedł po najmniejszej linii oporu. Pamiętam taki felieton Jacka Dukaja, w który autor „Lodu” podjął się sklasyfikowania recenzentów. Pośród nich wymienił właśnie taki gatunek, który zamiast recenzować zawartość dzieła, zajmuje się tym, czego nie znalazł. Rozumiecie, coś w stylu: „Gra o tron to bardzo dobra książka, ale brakuje mi elfów, ludzi-grzybów i w sumie UFO też, bo w fantasy można wszystko”.

Wyłapywanie braków i niedociągnięć jest w porządku, zwłaszcza jeśli w zapowiedziach stało coś innego – i nikt nie robi z tego problemów. Nie przypominam sobie jednak, by gdzieś z materiałów sprzed premiery „Wiedźmina 3” wynikało, jakoby w grze mieli się znaleźć bohaterowie o różnych kolorach skóry. Owszem, świat wykreowany przez Sapkowskiego posiada rejony, w których tacy ludzie się pojawiają, ale to nie są jakieś szczególnie istotne wątki w Sadze czy grach. A podstawowym prawem twórców  jest korzystanie z tych elementów świata, z których chcą korzystać. Nie zaś z tych, z których według kogoś powinni. Recenzent nie przywalił za obrazoburstwo zawarte w grze (wymierzone zresztą przeciw nietolerancji i ksenofobii), nie za coś, co się tam znalazło i ewentualnie obraziło czyjeś uczucia. Nie. Przyczepił się za brak czegoś, co powinno się tam znaleźć według niego.

Mam nadzieję, że doceniacie absurd narastający wokół całej sytuacji.

Niektórzy zapominają, że istnieje coś takiego jak Licentia Poetica. Że recenzje są po to, by ocenić grę taką, jaką jest, a nie, by mówić, co recenzent mógłby zrobić lepiej od twórców. Nie to jest jednak najgorsze.

Gracze, podejmując dyskusję w obronie „Wiedźmina”, uprawomocnili lenistwo umysłowe publicysty Polygonu i niechęć do patrzenia z cudzej perspektywy. Niechcący wynieśli szczeniacką, roszczeniową postawę do rangi argumentu, który ich sprowokował. Poważnie i merytorycznie podeszli do człowieka, który olał ten kontekst kulturowy. Przecież to są żarty. Autentycznie, gdyby nie wirusowe rozprzestrzenianie się myśli powstałej w tekście dla Polygonu – uznałbym to za opowiedziany z kamienną twarzą dowcip. Bo przecież ciężko brać na poważnie propozycje, by w nabliższym patchu pojawił się jakiś podróżnik z odległych stron, albo Zerrikańska najemniczka. No można, jeśli Redom się zechce. Na razie przypomina mi to jednak tę reklamę M’n’Msów, w której Czerwony pyta: „Żółty, dlaczego Ty jesteś Żółty? – Bo śnieg. – Ale śnieg jest biały. – Ale może być żółty”. I tak powstaje urocza pętelka.

Pozytywny aspekt sprawy jest taki, że CDP Red nie mógł sobie wymarzyć lepszej kampanii marketingowej, niż odrobina kontrowersji. Nawet, jeśli to sztucznie pompowany balonik, to myślę, że do 4 milionów sprzedanych egzemplarzy trzeba będzie doliczyć jeszcze paru klientów, którzy wzięli „Wiedźmina 3” z czystej przekory. No i bardzo dobrze.

Liczę, że w podzięce za rozpętaną zadymę w następnej grze Redów pojawi się stosowny Easter Egg.

Niemniej, wynaleziony problem nakarmiliśmy do tego stopnia, że urósł do rozmiarów tłustego absurdu. Dobrze byłoby w końcu przekłuć ten balonik.

Żarty na bok, jak mawiał król Desmond. Bo już za wielu się na nie złapało – w tej liczbie i ja.

Novae Res
Poprzedni

2049

Wydawnictwo Komiksowe
Następny

Anioł przeznaczenia [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

1 Comment

  1. JoSa
    2015-06-11 at 07:34 — Odpowiedz

    Chciałabym móc napisać, że dziennikarz się nie znał i próbował udawać, ale mówimy o medium branżowym… Za to podoba mi się jedno zjawisko: merytoryczna dyskusja ze strony graczy. Od jakiegoś czasu gry wychodzą z niszy rozrywkowej i dyskutują na płaszczyźnie kultury. I dobrze. W tym kontekście gra komputerowa jest takim samym medium jak np. telewizja. I jak widać po aferze opisanej wyżej – zaczyna się proces regulowania tego med ium poprawnością polityczną. I widać, że będzie ciężko, bo gracze potrafią bronić autonomii tytułów.

    Linii najmniejszego oporu… Tak przy okazji.

Dodaj komentarz