WYMĄDRZANIE 

„Władca pierścieni” czyli koło życia

Pokochałem ten film od pierwszego wejrzenia. Uważam, że Tolkiena nie dało się zekranizować lepiej.

Tę opowieść poznałem jako dziecko. Jeszcze nie umiałem czytać. Moja mama, zamiast historii o głupim Jasiu i Czerwonym Kapturku opowiadała mi dzieje Pierścienia. Nim otworzyłem trylogię, doskonale wiedziałem kim byli Frodo z Aragornem i jaki los spotkał nikczemnego Sarumana. „Władca pierścieni” był nie tylko jedną z moich pierwszych lektur, ale i wprowadzeniem w świat literatury fantasy. Później, po 1989 roku, gdy zalała nas fala amerykańskiej tandety wyruszyłem na poszukiwanie podobnych książek. Próbowałem czytać nawet Andre Norton. Żaden chyba pisarz nie doczekał się tylu epigonów. Żaden nie zdołał przeskoczyć Tolkiena. Facet wymyślił określoną formułę i doszczętnie ją wyczerpał. Mogę też powiedzieć, że na ekranizację czekałem całe swoje życie.

W Kuźni Raciborskiej, gdzie spędzałem wakacje było stare kino a w nim wisiał plakat filmu „Władca pierścieni”. Z tego co pamiętam, była na nim goła baba (co wypada uznać za odważne zerwanie z duchem oryginału), a poniżej malutkie portrety głównych bohaterów. Wpatrywałem się w niego godzinami i zamęczałem panią bileterkę jednym i tym samym pytaniem: kiedy wyświetlą to arcydzieło. Było dla mnie jasne, że skoro w kinie mają plakat, to muszą mieć i film. Nie puszczają go bo są złośliwi albo czekają na jakąś specjalną okazję. Do głowy mi nie przyszło, że plakat po prostu ktoś powiesił (bo był ładny, bo lubił gołe baby, bo w ścianie była dziura), a pani w kasie uważa, że Tolkien to rodzaj tokaju. Dziś wiem, że chodziło mi o animowanego „Władcę pierścieni” z 1978 roku. Zekranizowano wówczas tylko dwa z trzech tomów. Ktoś wycofał pieniądze, projekt został niedokończony. Z dzisiejszej perspektywy nawet nie wiem co bym wtedy wolał: zobaczyć niedokończony film, czy nie widzieć go wcale?

Dziś to pytanie jest pozbawione znaczenia, bo tamtego chłopca już dawno nie ma. Zresztą, nigdy nie zobaczyłem animowanego „Władcy…”. W kinach nigdy go nie wyświetlali, a gdy urosłem na tyle, by samemu chodzić do wypożyczalni video interesowały mnie wyłącznie pornole i krwawe horrory. Mniej więcej w tym czasie przestałem interesować się Tolkienem, a klasyczne fantasy uznałem za gatunek nudny, głupi i dziecinny w najgorszym sensie tego słowa. W gruncie rzeczy, tak sądzę do dziś.

Na ekranizację „Władcy…” czekałem od dnia kiedy poznałem nazwisko reżysera (i zobaczyłem zdjęcie orka, przedrukowane przez czasopismo „Science fiction”). Uwielbiałem poprzednie rzeczy Petera Jacksona: „Zły smak”, „Martwicę mózgu”, a zwłaszcza „Meet the Feebles”, brutalny i szalony film kukiełkowy, będący bezlitosną szyderą z „Moulin Rouge”. Wydawałoby się, że Tolkiena powinien kręcić ktoś w stylu Spielberga albo Rona Howarda, tymczasem los książki spoczął w rękach istoty, jakby to rzec, najmniej tu oczekiwanej. Mowa o zręcznym reżyserze niskobudżetowych horrorów z dalekiej Australii. Pomyślałem wówczas, że Hollywood nie jest tak do końca przegniłe i zblazowane. W końcu, dano szansę komuś nowemu i niepewnemu.

Jackson doskonale wywiązał się z powierzonego zadania. Chętnie powtórzę: tej książki nie dałoby się nakręcić lepiej. Może gdyby wziął się za to jakiś twardy ekscentryk w rodzaju Refna otrzymalibyśmy interesującą wariację na temat i to wszystko. Owszem, Peter Jackson odjął Tolkienowi nieco mitologicznej głębi. Przecież zawsze można wrócić do książki! Pamiętam też rozpacz pierścieniowych ultrasów na wieść o skreśleniu Toma Bombadila. Bombadil, święty dureń nie pasował mi już w książce i cieszę się szczerze, że nam go oszczędzono. Generalnie, Jackson okazał się zaskakująco wierny powieści (zmiana miejsca śmierci Sarumana wiosny nie czyni), choć przecież nie musiał. Kto powiedział, że ekranizacja musi być zgodna z oryginałem? Dlaczego reżyser nie może zdradzić książki, więcej nawet – niech zgwałci ją i poturbuje! Pamiętam, jak rozmawiałem kiedyś z pewnym filmowcem zainteresowanym nakręceniem mojej debiutanckiej powieści. Nic z tego nie wyszło, więc chyba mogę zdradzić jeden szczegół naszej pogawędki. Powiedziałem mu: „nakręć, ale po swojemu. Zmień zakończenie, jeśli ci się nie podoba. Zabij głównego bohatera w pierwszym kwadransie. Weź postać z trzeciego planu na pierwszy. Zrób co chcesz. Wyruchaj moją książkę. Zabij. Poćwiartuj zwłoki i posklejaj je tak, jak ci się podoba. Możesz to zrobić, bo to już jest twoja opowieść”.

Analogicznie, „Władca Pierścieni” przestał należeć do Tolkiena w momencie, gdy ruszyła przedprodukcja. Stał się, w sensie intelektualnym, własnością Petera Jacksona, a ten mógł zrobić z książki brutalny horror, kino autorskie, a nawet komedię slapstickową. To jego sprawa, jego reżyserska rzecz.

To zabawne, ale ja, nieprzyjaciel fantasy, zakochałem się w tym filmie. Więcej nawet, nie ma chyba drugiego dzieła, któremu zawdzięczałbym tyle emocji, tak wiele wzruszeń. Być może wciąż mieszka we mnie chłopiec, który chce walczyć o wolność, choć czarna bryła mego serca ciążyła ku orkom, ku posępnej estetyce Barad-Dur i Orthanaku. Zapewne marksistowscy krytycy literaccy mieli trochę racji lansując tezę, że powieść to propagandowa agitka uzasadniająca lęk przed postępem przemysłowym, ucieleśnianym przez potworne figury Sauroan i Sarumana. A jednak, w innym życiu, gdy piłem dużo wina z ówczesną dziewczyną i gdzieś, między drugą a trzecią w nocy zawsze musieliśmy puścić sobie szarżę Rohanu na polach Pelennoru. Aż oczy zaczynały szklić. Wcale nie dlatego, że gęstniał papierosowy dym.

Niedawno pokazałem „Władcę pierścieni” mojemu synowi. Julek w tym roku skończył osiem lat i obawiałem się, że jest trochę za mały. Przecież są tam te potworne Uruk-hai i upiory pierścienia! Chodziło o coś jeszcze. Sam mam problemy z utrzymaniem uwagi przez cztery godziny, a co dopiero taki mały chłopiec? Julek jednak sam poprosił. Upewniłem się czy na pewno tego chce i wyraziłem potworną groźbę: jeśli oglądamy, to do końca, całą pierwszą część. Mały jakoś dał radę z „Drużyną pierścienia” i zaraz poprosil o „Dwie wieże”. Całą trylogię przerobiliśmy w trzy wieczory, pod rząd. Dwanaście godzin z potworami.

Wieczorem, przed zaśnięciem Julek pytał o mnóstwo rzeczy: skąd właściwie Bilbo miał pierścień? Jak długo trwało panowanie Aragorna? Czemu Sauron się nie pokazał? Co stało się z tym i tamtym? I tak dalej. Ponieważ żaden ze mnie tolkienista, posiłkowałem się telefonem (zastanawiałem się również czy nie zadzwonić do Wita Szostaka). I nagle uświadomiłem sobie, że trzydzieści lat temu ja tak samo leżałem w łóżku i zadawałem podobne pytania mojej mamie. Poczułem zaskakującą, trudną do wyrażenia wspólnotę z moim synem. Jakbyśmy dzielili ze sobą cząstkę duszy. Było to bardzo szczególne doświadczenie. Nie potrafię go nazwać, ani opisać. Życie zatoczyło krąg.

Ciekawe, czy Julek opowie komuś „Władcę…” za 30 lat.

Juan Solo
Poprzedni

Juan Solo 1: Spluwysyn/Psy władzy - morderca, wyrzutek... święty? [recenzja]

pop-culture-characters-additions-thrift-store-paintings-dave-pollot-03
Następny

Popkultura w tanim malarstwie [galeria]

Łukasz Orbitowski

Łukasz Orbitowski

Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek. Docenione i pozytywnie przyjęte przez krytykę zostały m.in. Tracę ciepło, Święty Wrocław, zbiór opowiadań Nadchodzi oraz głośne Widma. Za swoją ostatnią powieść, Szczęśliwą ziemię, był nominowany do prestiżowych nagród – Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” 2012. Od kilku lat jest stałym felietonistą „Gazety Wyborczej” i "Nowej Fantastyki". Aktualnie mieszka w Warszawie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz