WYMĄDRZANIE 

Wspaniałe życie – odrzuty z powieści

Niedawno pisałem o piosenkach z książki, wychodząc z założenia, że powieści, mają swoje ścieżki dźwiękowe – podobnie jak filmy. Idąc tym tropem wpadłem na prosty pomysł. Powieści, podobnie jak filmy trafiają w końcu do montażowni, gdzie specjaliści siedzą i układają je w całość. Poniżej zatem dla fragmenty „Wspaniałego życia”, które wypadły w montażu. Nie są reprezentatywne dla całości, ale były częścią książki. Póki pani od montażu nie przyszła z nożyczkami.

Odrzut #1

Mój pomysł, być może niezbyt mądry, polegał na tym, żeby we „Wspaniałym życiu” pojawił się niemal każdy gatunek literacki. Dlaczego? To akurat proste – główny bohater pisze powieść. Mierzy się z materią pisarką i próbuje znaleźć swój język. Poniższy fragment to zabawa z celowym kiczem. Chciałem, żeby brzmiało to tak źle, jak to tylko możliwe, żeby pojawiały się tu wszystkie możliwe klisze i kalki. Dobry chłopak był i mało pił. I tak dalej. Bawiłem się świetnie, a potem redaktorka przytomnie zapytała – ale w zasadzie po co Ci ten fragment? Po krótkiej dyskusji doszedłem do wniosku, że po pierwsze faktycznie niczego nie wnosi, po drugie – co bardziej istotne – jest naprawdę zły. I ciach.

 

Samotna śmierć Jakuba Szymczaka

Dla Dominiki, która we mnie nie wierzy

Lato 2012

Jakub Szymczak zmarł 25 lipca 2012 roku, ale tę dokładną datę ustalono dopiero podczas sekcji zwłok. Jako że był samotnym, nie posiadającym znajomych ani rodziny człowiekiem, jego zwłoki odkryli sąsiedzi dopiero w trzy dni po śmierci. Gdyby tego roku lato nie było tak upalne, samotne zwłoki Jakuba przeleżałyby w mieszkaniu zapewne kilka dni dłużej. Ciało zaczęło jednak śmierdzieć, a że mężczyzna mieszkał na parterze, na smród dochodzący spod drzwi uwagę zwrócili wszyscy mieszkańcy. To sąsiad z drugiego piętra stwierdził, iż musiało się zdarzyć coś niepokojącego, skoro mimo uporczywego pukania, nikt nie otwiera drzwi, a na dodatek smród staje się coraz bardziej intensywny.

Sąsiad ów miał około sześćdziesięciu lat i lekką nadwagę, wynikająca przede wszystkim z braku ruchu i zbyt dużej ilości piwa jakie wypijał przed snem. Nie miał on pojęcia, kim był Jakub. Zresztą mało kto miał. Szymczak był bowiem człowiekiem skrytym, niechętnie opuszczał swoje mieszkanie i nigdy nie rozmawiał z sąsiadami. Nie widział w tym większego celu. Dlatego dla większości z nich, jak i ludzi którzy często mijali jego blok, był jedynie twarzą. Tym dziwnym, być może nawet szalonym, mężczyzną, który stojąc w oknie, godzinami wpatrywał się w pustą przestrzeń. Czasami poruszał do tego rękoma i wyglądał wówczas zupełnie, jakby machał do niewidzialnej osoby stojącej po drugiej stronie tafli szkła.

A więc sąsiad z nadwagą zdecydował, że powinni zadzwonić po policję. Mimo iż komisariat znajdował się jakieś pięćset metrów od mieszkania, w którym żył i, jak już wiecie zmarł Jakub Szymcza,k radiowóz przyjechał dopiero po dwóch godzinach od wezwania. W tym czasie pod drzwiami prowadzącymi do zwłok Szymczak, zebrał się już spory tłum ludzi, którzy blokowali wejście na schody współmieszkańcom. Zirytowało to sąsiadkę z naprzeciwka, właścicielkę dwóch małych piesków, która nie mogła się z nimi przedrzeć przez tłum gapiów. Mimo jej krzyków zaciekawieni mieszkańcy nie mieli zamiaru opuszczać klatki. Zachowywali się tak, jak gdyby mieli przeczucie, iż jeśli sobie pójdą, ominie ich w życiu coś niezwykle ważnego.

Podczas wyczekiwania na radiowóz i służby mundurowe sąsiedzi zaczęli między sobą dyskutować na temat Jakuba i snuć przypuszczenia, kim mógł być, oraz oczywiście, co zastaną w środku. Dla wychudzonej pięćdziesięcioletniej kobiety z ostatniego piętra był on narkomanem, który zapewne przedawkował. Twierdziła, iż doskonale wie, co mówi, bowiem spędziła długie lata, pomagając takim jak on w ośrodkach odwykowych. Była terapeutką i psycholożką z blisko trzydziestoletnim doświadczeniem zawodowym. Młoda para mieszkająca nad Jakubem była jednak odmiennego zdania. Według nich Jakub był programistą, który pracował w domu i wyglądał jak nawiedzony genialny informatyk z amerykańskich filmów – tyle, że nie był gruby. W amerykańskich filmach spece od komputerów zawsze byli grubi, jedli dużo chipsów i popijali je napojami energetycznymi. Czyste kalorie. A Szymczak był szczupły. Tak przynajmniej wydawało się tym, którzy widzieli go w oknie. Ale nosił grube rogowe okulary takie, jakie noszą amerykańscy informatycy. Jeszcze inny sąsiad uważał, że Szymczak był wariatem, który cierpi na lęk przestrzeni. Kolejny, że zapewne był miernym pisarzyną, którego utrzymują rodzice.

Do dyskusji nie włączył się ten, który wezwał policję. On bowiem był absolutnie przekonany, iż zna jedyną i najprawdziwszą prawdę o Jakubie. Milczał, bowiem wiedział, co zastaną w mieszkaniu. Według niego Szymczak był seryjnym mordercą, a za drzwiami zastaną zapewne poćwiartowane kobiece ciała oraz powieszonego Jakuba. Skrywał tę wiedzę i nie dzielił się nią, czekał bowiem na moment, w którym jego przeczucia okażą się prawdziwe, a on z dumą w głosie będzie mógł wykrzyczeć prosto w przerażone twarze sąsiadów:

– Wiedziałem!

Ale nie wiedział. Wszyscy zebrani na klatce się mylili. Jakub Szymczak nie był ani wariatem, ani informatykiem, ani narkomanem, a już na pewno nie był seryjnym mordercą. Był nikim. Samotnym trzydziestokilkuletnim mężczyzną, który zmarł z wycieczenia w swoim zwyczajnym i nijakim mieszkaniu. Jeszcze kilka lat temu był rzutkim i ambitnym maklerem, który w przeciwieństwie do swoich kolegów, wiedział, co robić z pieniędzmi, dzięki czemu mógł zamknąć się w mieszkaniu i żyć z procentów, jakie zarobiły inwestycje. Nie były to wielkie pieniądze, ale nie miał też wielkich potrzeb. Opłacał rachunki, kupował jedzenie i trwał. Odkąd odszedł z firmy – zerwał wszelkie zawodowe kontakty i wprowadził się do bloku, w którym przyjdzie mu umrzeć – jego jedyną rozrywką i zajęciem było wyglądanie przez okno. Nie dbał o to, iż ktoś mógłby przez to uznać go za wariata. Dawno temu przestał dbać o cokolwiek. Nie miał rodziny, bliskich, ani przyjaciół. Jego jedynym przyjacielem było okno.

Zapewne interesuje was powód dla którego, będący w sile wieku mężczyzna zamyka się w czterech ścianach i rezygnuje z życia. Otóż niestety muszę was rozczarować, ale nigdy nie istniał żaden powód. Odpowiedź na pytanie dlaczego Jakub Szymczak postanowił skazać się na samotność, zabrał on ze sobą do grobu. Możemy tylko domniemywać i snuć hipotezy, ale wtedy nie różnilibyśmy się niczym od ludzi zebranych na klatce schodowej, którzy z naszego bohatera próbowali zrobić potwora w ludzkiej skórze. A przecież nie był potworem. Każdy kto w przeszłości go znał, zawsze powtarzał, iż był to mężczyzna dowcipny, pełen energii i radości. Tyle, że nagle zaczął ową radość wytrącać. Powoli z każdym kolejnym dniem i miesiącem Szymczak stawał się cieniem dawnego Szymczaka. Nie rzucał już od niechcenia żartami, kawę wypijał nie w kuchni, a przy swoim komputerze i przestał po pracy wychodzić ze znajomymi na piwo, wino czy inne napoje. Pytany o przyczyny takiego zachowania zazwyczaj odpowiadał, iż ma bardzo dużo pracy. Kiedy już nie mógł tłumaczyć się pracą, zwalał swoją niedyspozycję na ból głowy, gardła czy katar. Odmawiając, był jednak na tyle uprzejmy i miły, że nikt nie śmiał wątpić w szczerość jego słów. Aż w końcu pewnego dnia Jakub zniknął. Pracownicy, którzy przyszli w poniedziałek do biura, zastali posprzątane stanowisko pracy. Telefon, którego do tej pory używał Szymczak, był głuchy. Jego mieszkanie zostało wynajęte przez obcych ludzi. Po cichu i niezwykle skutecznie wymazał się ze świata, w którym do tej pory żył.

Mimo iż chodziło mu to po głowie, nie wyprowadził się do innego miasta. Znalazł jednak mieszkania na tyle małe, tanie i położone na tyle daleko od jego dawnego życia, iż poczuł się w nim bezpiecznie. Gdy przekraczał jego próg, miał ze sobą dwie walizki ubrań i przedmiotów, jakie zabrał z dawnego miejsca zamieszkania.

Gdy policja w końcu zjawiła się i otworzyła drzwi, nikt nie zobaczył poćwiartowanych nastolatek, ani rozłożonej na środku kuchni maszyny do gotowania heroiny. Mieszkanie Jakuba był puste, skromne i niezwykle zadbane. Na szafce w kuchni leżały ułożone obok siebie dwa talerze, dwie szklanki i dwie pary sztućców. Na piecu stał jeden garnek, obok niego patelnia. Na stole kuchennym nie było nic. Samotne dwa krzesła stały obok. Ciało Jakuba znaleziono w sypialni. Leżało, przykryte cienkim kocem i zwinięte w kłębek. Wysoka temperatura sprawiła, że na kocu odciśnięte były wyraźne ślady śluzu, jaki wytworzyło rozkładające się ciało. W całym mieszkaniu unosił się niezwykle mdły i słodkawy zapach śmierci i rozkładu. Ten sam, który wdychali ludzie na klatce, tylko o wiele bardziej intensywny.

Kiedy policja i pracownicy prosektorium wynosili ciało Jakuba, tłum był już przerzedzony. Gdy okazało się, iż w mieszkaniu mężczyzny nie ma śladów zbrodni ani jakiejkolwiek formy dewiacji, zawiedzeni ciekawscy rozeszli się do domów.

Kilka dni później, gdy już nikt nie mówił o Jakubie a jego mieszkanie było wysprzątane i gotowe do przyjęcia nowych lokatorów (których nikt nie musiał informować o tragedii jaka w nim nastąpiła), lekarze ze stołecznego prosektorium uznali, iż Szymczak zmarł podczas snu, a bezpośrednim powodem zgonu było skrajne wycieńczenie i odwodnienie organizmu. Mężczyzna ten nie jadł i nie pił od wielu dni, co w efekcie doprowadziło do osłabienia organizmu i nagłego zawału serca, który na zawsze wyłączył mechanizm, który do tej pory znany był jako Jakub Szymczak. Cztery dni później jego ciało zostało skremowane. Nikt nie zgłosił się po prochy, a policji nie udało się odnaleźć jakichkolwiek żyjących członków rodziny mężczyzny.

    

Lato 2011

Kim był Jakub Szymczak? Dlaczego zmarł? Na pierwsze pytanie, jak już wiecie, trudno znaleźć odpowiedź. Na drugie… No właśnie. Spróbuję przybliżyć wam okoliczności śmierci Jakuba. Na tyle na ile to możliwe, postaram się w sposób wiarygodny i prawdopodobny rekonstruować jego ostatnie dni, tygodnie, miesiące. Wydaje mi się, iż należy sięgnąć jeszcze głębiej. Może nawet do momentu, w którym Jakub sprowadził się do swojego mieszkania. Bo przecież jego umieranie było procesem długotrwałym i mozolnym.

W chwili, gdy wprowadzał się do swojego mieszkania ważył około osiemdziesięciu kilogramów. W dniu, w którym policja znalazła jego zwłoki, ważyły one niespełna czterdzieści. Taki spadek wagi – a minął niespełna rok, odkąd Jakub przestał był Jakubem, którego znano – nie mógł nie odbić się na jego stanie zdrowia. I nie dziwi nikogo, że w efekcie doprowadził on do jego zgonu.

Do miejsca, w którym zakończył swoją podróż, Jakub wprowadził się 8 lipca rok wcześniej. Lato nie było tak upalne. W zasadzie częściej padał deszcz, temperatura spadała poniżej dwunastu stopni, a Jakub, wnosząc do środka cały swój dobytek, miał na sobie zimowy płaszcz, w którym wcale nie było mu gorąco…

Odrzut #2

Kolejna rozmowa z redaktorką i niemal bliźniacza sytuacja. O ile jednak w przypadku „Samotnej śmierci…” mieliśmy do czynienia z prozą bohatera, tak tu z jego snem. Jeśli we „Wspaniałym życiu” ma pojawiać się niemal każdy gatunek literacki – splatter też miał być. Redaktorka przytomnie zwróciła mi uwagę, że kilka stron później jest podobna scena i ta ją dubluje. Racja. Walczyłem z sobą, walczyłem. To przecież w zamyśle hołd dla mojego ukochanego „American Psycho”. Ale ciach.

 

Godzina trzecia trzydzieści trzy. Godzina diabła, a ja budzę się zlany potem. Miałem najgorszy sen w historii koszmarów. Kurwa, nawet sny Adolfa Hitlera musiały być słabsze.

W tym śnie byłem jakimś bytem unoszącym się w powietrzu. Wisiałem sobie w dziwnym miejscu, ni to hangarze, ni to magazynie i patrzyłem na dziewczynę. Miała może piętnaście lat. Wisi przywiązana do haka zamieszonego pod sufitem. Ręce skrępowane sznurem. Bardzo grubym sznurem, który wpija się jej w nadgarstki. W pokoju jest jasno, bardzo jasno. Oczy bolą ją od światła. I pieką od łez, zmieszanych z potem. Nagle słyszę głos za jej plecami.

– Jesteś gotowa, moja droga?

Ciepły, niski męski głos. Musi należeć do kogoś dużo starszego do niej. Ten ktoś stoi w drzwiach i jeszcze nie widać jego twarzy, ale dziewczyna się nie boi. Ona go zna. To głos kogoś dobrego, kogoś, komu można zaufać. Otwiera usta.

– Tak, jestem – mówi do mężczyzny.

Jest naga. Jej młode, obfite piersi lekko się kołyszą. Wiem, że jest dziewicą. Nie mam pojęcia, skąd to wiem. Jej nigdy nietknięta przez mężczyznę ani kobietę pochwa jest pełna lepkiego soku. Mężczyzna podchodzi do niej. Wygląda przeciętnie. Jak pracownik kasy w Pekao. Składa na jej plecach delikatny pocałunek. Widzę, jak przechodzi ją dreszcz rozkoszy.

– Jeśli jesteś, to zaczynamy – szepcze jej słodko do ucha.

Świst pejcza. Pierwsze uderzenie. Fala rozkoszy lekka, subtelna. Uderzenie drugie, trzecie. Mężczyzna okłada ją pejczem. Coraz silniej. Zapach krwi unosi się w powietrzu. Dziewczyna napina mięśnie, żeby czuć więcej bólu. Kwiczy i wyje z rozkoszy. Mężczyzna przerywa.

– Nie, nie, nie przerywaj – błaga ona.

Mężczyzna jej nie słucha. Staje przed nią. W dłoniach trzyma zakrwawiony pejcz. Jej krew skapuje na podłogę obsypaną trocinami. Mężczyzna jest nagi. Ma czterdzieści lat. Jego penis sterczy wycelowany prosto w jej usta.

– Jeszcze nie teraz, moja droga – mówi. I wychodzi z pokoju.

Rany na plecach zaczynają piec. Słony pot miesza się z krwią. Czeka na niego, drżąc z rozkoszy.

Po kilkunastu minutach facet wraca. Nie jest sam. Na smyczy wprowadza do pokoju dwa psy. Owczarki niemieckie.

– Czy teraz jesteś gotowa, moja droga? – pyta.

Nie ma siły mówić, podniecenie ją wykańcza. Kiwa głową, że tak.

Mężczyzna podnosi pejcz. Psy kładą się u jego stóp. Pierwsze uderzenie, drugie. Bije ją teraz silniej, bardziej zdecydowanie. Krew tryska z nowych ran. Dziewczyną szarpie fala orgazmu. Wije się na sznurze. Po ramionach spływa jej krew.

Nagle mężczyzna przestaje. Poluźnia linę. Dziewczyna upada na podłogę. Zamroczona z rozkoszy widzi, jak psy zlizują z podłogi jej krew zmieszaną z trocinami. Mężczyzna czule ją podnosi. Całuje w czoło, usta, nos. Przenosi ją do innego pomieszczenia. Jest w nim wielkie drewniane łóżko. Kładzie ją na nim na brzuchu. Dłonią przejeżdża po poranionych plecach. Odnajduje głęboką ranę i wkłada w nią palec. Jeden, drugi. Dziewczyna czuje, jak sok cieknie z jej cipki.

– Wejdź we mnie, błagam.

– Cierpliwości moja droga – odpowiada, masując jej poranione plecy.

Ból jest słodki i nie do zniesienia jednocześnie. Dziewczyna pragnie, by wypełnił ją całą, chce, by mężczyzna rozerwał ją w akcie rozkoszy na kawałki.

Kochanek staje za nią. Podnosi do góry jej tyłek. Czuje na pośladkach coś zimnego. Silne ukłucie. Pchnięcie. Mężczyzna wsunął jej coś w tyłek. Po raz kolejny trzęsie się z rozkoszy.

– Głębiej.

Mężczyzna wsuwa w nią przedmiot. Czuje, jak to coś rozrywa ją od środka. Nagle, jednym szarpnięciem wyciąga z niej przedmiot. Pokazuje jej. To metrowy stalowy walec. Jest obklejony kałem i krwią.

– Teraz wejdź, już, wejdź – błaga.

Mężczyzna uśmiecha się do niej. Całuje w policzek.

– Jeśli chcesz – mówi czule.

Dziewczyna zauważa w jego ręce nóż. Nie krzyczy. Jest spokojna. Wie, co zrobi mężczyzna. Nacina skórę na jej plecach. Przecina jej uszy, nacina nos. Lekko unosi do góry i przecina obie piersi. Gdy dziewczyna jest cała pokryta ranami i krwią, wchodzi w nią. Rozrywa błonę dziewiczą. Jej ciałem szarpie kolejna fala orgazmu. Mężczyzna wchodzi z nią głęboko, mocno. Przy trzecim orgazmie, dziewczyna nie słyszy, jak on gwiżdże na psy. Pierwszy owczarek liże jej plecy przez chwilę, a potem zatapia zęby w jej ciele. Drugi liże z boku krew wypływającą z piersi. Chociaż jest spora mieści mu się w pysku. Kły zatapiają się w ciele. Czuje bolesno-rozkoszne szarpnięcie.

Psy rozszarpują jej ciało, a mężczyzna wciąż ją rżnie. Gdy jeden z owczarków zbliża pysk do jej szyi, czuje, jak mężczyzna dochodzi. Krople gorącej spermy kapią na jej plecy. Pies wbija kły w gardło. Szarpnięcie. Dziewczyna kona z rozkoszy.

Techland
Poprzedni

Layers of fear [patronat]

Campo Santo
Następny

Firewatch – wirtualna natura piękniejsza, niż kiedykolwiek [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz