WYWIADY 

Brendan Perry: Religia to zło tego świata [wywiad]

Jest liderem jednego z najpopularniejszych i najdziwniejszych zespołów lat 80. – Dead Can Dance. Zespół ten łączy muzykę klasyczną, etniczną z rockiem tworząc nową, jakość na rynku. Nam Brendan Perry opowiada o wierze, tym jak chciał zostać punk rockowcem i trudnej współpracy z Peterem Murphym.

Dzika Banda: Nie lubi pan współczesnego świata?

Brendan Perry: A skąd! Dlaczego pan tak uważa?

Bo ostatnie teksty jakie pan pisał na swojej płycie „Ark” były atakiem na współczesność.

Przez ostatnią dekadę wydarzyło się tyle ponurych i przerażających rzeczy w polityce, że tak naprawdę trudno o niej nie śpiewać. Zamach na World Trade Center, wojny w Iraku, Afganistanie, oszustwa władz brytyjskich, amerykańskich. Nie ważne gdzie się  pan urodził w Mozambiku, w Wielkiej Brytanii lub Polsce a w każdym z tych krajów usłyszy pan o tym Bush i jego administracja oszukali świat w kwestii broni chemicznej w Iraku, usłyszy pan o okrucieństwach w Darfurze. Żyjemy w czasach, w których dzięki wysoce rozwiniętej technologii informacje atakują nas z każdej strony i nie da się od nich uciec. Tylko niech pan sobie nie pomyśli, że jestem jakimś starym chłopem, co to jest już po pięćdziesiątce lat i nagle odkrył, że świat jest zły. Mówię rzeczy oczywiste, ale zdaję sobie z tego sprawę, przy tym są one jednak tak powszechne, że trudno w pewnym momencie na nie, nie zareagować. Chyba każdy artysta na naszym globie w jakiś sposób odreagowywał to, co nas otacza.

Panu odreagowanie zajęło ponad dekadę. Ostatni album „Eye of the Hunter” wydał pan po tym jak  pańskiej legendarna formacja Dead Can Dance zawiesiła działalność w 1999 roku Skąd taka przerwa?

Przecież nie zniknąłem ze świata muzyki. Grałem trasę z Lisa Gerrard jako Dead Can Dance w 2005 roku, opracowałem też naszą specjalną kolekcjonerską składankę. Ale prawda jest taka, że po zakończeniu trasy promocyjnej „Eye of the Hunter” potrzebowałem odpoczynku i wyciszenia. Może byłem też już zmęczony muzyką, bo w końcu tworzyłem ją nieprzerwanie od 1977 roku, więc wycofałem się z życia publicznego. Mam posiadłość na wsi, na której regenerowałem siły plewiąc grządki i sadząc krzaki. Poza tym moja córeczka miała wówczas trzy lata i a ja nagle uświadomiłem sobie, że grając, podróżując i nagrywając pozbawiam się radości obserwowania tego jak rośnie. Wiec postanowiłem zająć się nią i rodziną. Ale to nie tak, że nagle zupełnie zrezygnowałem z muzyki. Przez ten czas nauczyłem się obsługiwać współczesny sprzęt do miksowania, tworzenia bitów i elektronicznych podkładów  itp. Poza tym powiększałem własną bibliotekę muzyczną, prowadziłem z bratem zajęcia z gry na ręcznie wykonywanych bębnach afrykańskich. Działo się dużo, choć może nie rzucało się to w oczy.

Powiedział pan, że uczył się obsługi współczesnego sprzętu od miksów, bitów i itp. To słychać na „Ark”. Fani wypełnionymi muzyka smyczkową Dead Can Dance mogli się poczuć zawiedzeni tym albumem gdzie dominują bity i elektronika.

To celowy zabieg, bowiem ten album ze względu na tematykę, czyli jak pan zauważył jednak utwory próbujące dotykać teraźniejszości i tego jak w moich oczach wygląda nasz świat, nie mógł być wypełniony dźwiękami  pełnymi orkiestrowych brzmień i nawiązań do muzyki  klasycznej.

Czyli orkiestra i smyczki nie oddają w pełni współczesnych lęków?

Nie. Na „Ark” zależało mi na chłodnym elektronicznym brzmieniu. Sercem tej płyty są generowane komputerowo bity i basy. To album bardzo mechaniczny niemal industrialny, bo tylko taka muzyka pasowała do mojego samopoczucia i nastroju.

Miał pan grać wspólną trasę w Peterem Murphym. Reklamowano ją jako gigantyczne wydarzenie muzyczne – w końcu nie codziennie można na scenie zobaczyć dwie ikony niezależnej muzyki lat 80. Coś jednak poszło nie tak i trasę gra pan bez niego. Co się stało?

Mieliśmy wspólnie grać i faktycznie bardzo się na te koncerty cieszyłem. To Peter zadzwonił do mnie z propozycją wspólnego grania. On skończył nagrywać solowy album i jakimś cudem dowiedział się, że ja też. Mimo iż w szczytowych latach naszych karier muzyka, którą grał Bauhaus i Dead Can Dance nie miała poza wytwórnią (debiut Bauhaus i płyty Dead Can Dance wydawała legendarna brytyjska oficyna 4AD – przyp. red) zbyt wiele ze sobą wspólnego to jednak nasze nowe krążki owszem tak. Więc namówił mnie na trasę, wszystko było zaplanowane, bilety w sprzedaży, kiedy nagle Peter odwołał swoje występy. Powód? Problemy ze zdrowiem, o których nie wspominał wcześniej. Co więcej przestał ze mną rozmawiać i kazał mi cytuję „pilnować swojego nosa”. Co mnie wkur… maksymalnie i nie wróży dobrze na przyszłość.

Nie wiem czy pan wie ale Dead Can Dance w Polsce było i nadal jest zespołem kultowym, a wasze płyty cieszyły się u nas wielką popularnością. Zresztą nie tylko u nas w latach 80. Dead Can Dance zmieniło współczesną muzykę rozrywkową. Nikt przed wami tak silnie nie odwoływał się do muzyki klasycznej, nie opierał całych płyt na brzmieniu kwartetów smyczkowych, orkiestr.

O tym że uwielbieniem w Polsce cieszy się Dead Can Dance słyszałem już wielokrotnie i mogę tylko za nie szczerze podziękować fanom. Nigdy nie spodziewaliśmy się z Lisa (Gerrard – współliderka zespołu i była życiowa partnerka Perry’ego – przyp. red.) że nasza muzyka, która w założeniu była absolutnie niszowa, silnie zakorzeniona w muzyce poważnej i etnicznej odniesie sukces i stanie się popularna nie tylko w Wielkiej Brytanii ale na całym świecie. Widać jednak zaproponowaliśmy ludziom w latach 80. Coś czego nie dawała popularna wówczas muzyka pop. I chociaż z całej siły próbowaliśmy być niszowi za wszelką cenę (śmiech), nasza grupa została otoczona kultem i stała się znana i ceniona. Polemizował bym z panem, co do tego czy nikt przed nami nie połączył tak sprawnie muzyki poważnej z muzyką rozrywkową. Taki próby podejmowane były już od lat 60. choćby w środowisku muzyków progresywnych.

Tak, ale u nich jednak dominowały gitary, u was zastąpiły je skrzypce, wiolonczele co i tak nie zniechęciło fanów rocka, a zawłaszcza ciężkiego metalu, którzy kupowali i słuchali waszych płyt.

Bo pociągała ich duszna, mroczna atmosfera naszych albumów.  W Dead Can Dance udało się stworzyć klimat, który uwodził zarówno melomanów słuchających Góreckiego, jak fanów metalu. To było dość niezwykłe osiągnięcie, o którym de facto nigdy nie marzyliśmy.

Muzyka Dead Can Dance pojawia się w zarówno w horrorach jak choćby słynne „Demony 2” Lamberto Bavy, w filmach fantastycznych z „Terminatorem 3” na czele i dziełach niezwykle poetyckich jak „Baraka” Rona Flicke. Jak pan sądzi skąd bierze się tan uniwersalność?

Nie wiem dlaczego twórcy horrorów sięgają po nasze kompozycje, mam nadzieje, że nie są tak straszne. (śmiech) A poważnie –widać nagraliśmy kilka utworów, które swoim brzmieniem i klimatem wpasowują się zarówno w sceny romantyczne, straszne jak poetyckie i wizyjne. Nigdy nie myśleliśmy jak będą one wykorzystywane, po prostu je nagrywaliśmy.

Wiele osób muzykę Dead Can Dance nazywa muzyką religijną. Pan tymczasem jest osoba absolutnie niewierzącą i negująca religię.

Religia moim, ale to tylko moim zdaniem jest źródłem zła na tym świecie. Gdyby mieszkał pan w Irlandii tuż przy granicy z Irlandią Północną wiedziałby pan, do czego prowadzą religijne kłótnie. Nigdy nie nagrywałem religijnej muzyki, ale to jak kto ja odbiera, jest już jego prywatną sprawą.

Pan, o czym mało kto wie, przygodę z muzyką zaczynał nie od muzyki poważnej, a czystego siarczystego punk rocka.

W bodaj w 1977 roku oblałem egzaminy do wyższej szkoły, planowałem zostać nauczycielem i wtedy nagle pojawił się punk rock. To było moje zbawienie. Byłem Angolem, który wyprowadził się z rodzicami do Nowej Zelandii, nie miałem tu korzeni ani perspektyw. I wtedy pojawił się punk rock. Dziś mało kto sobie zdaje sprawę z tego jak silna była punkrockowa rewolucja, ta muzyka nagle odbiła się echem na całym świecie. Dotarła nawet do maleńkiej Nowej Zelandii. Z kolegami założyliśmy grupę The Scavangers. Na początku byłem tam basistą, potem także wokalistą. Moimi ukochanymi wykonawcami wówczas byli Iggy Pop and the Stooges. Tyle że Nowa Zelandia była zbyt mała, aby odnieść prawdziwy sukces jaki nam się marzył, wyjechaliśmy więc do Melbourne i tam pod szyldem The Marching Girls konturowaliśmy granie siarczystego punka.

Wasza piosenka „Mysterex” uznawana była za jeden z najlepszych punkowych singli w Nowej Zelandii i Australii. Kiedy jednak wydawało się, że stanie się pan prawdziwą gwiazdą punka coś się zmieniło. Porzucił pan gitary, rocka i zespół tworząc już w Wielkiej Brytanii Dead Can Dance. Jak do tego doszło?

Im bardziej zależało nam na dopracowaniu stylu, na popełnianiu coraz mniej błędów na scenie tym bardziej przestawał mnie punk interesować. Nie chodzi mi o to, że coraz większe zdolności instrumentalne zabijały spontaniczność tej muzyki a fakt, że podczas koncertów coraz częściej zdarzało mi się zamiast gitary słyszeć kwartet smyczkowy. Bez obaw nie wariowałem, po prostu zmieniała mi się percepcja muzyki. Przestałem słuchać Popa i New York Dolls a zacząłem zagłębiać się w muzykę dawną, etniczną czy dzieła współczesnych kompozytorów. Chociaż wówczas jeszcze nie potrafiłem przelewać dźwięków, które słyszałem z głowie na nuty, ani ogarnąć ich instrumentalnie  ta muzyka coraz bardziej mnie pociągała. Z The Scavengers marzyliśmy o tym, aby zagrać w kolebce punk rocka, czyli Londynie a gdy tam dotarłem, jakoś pod koniec 1980 roku, nie byłem już tym chłopaczkiem, który miał ochotę wyjść na scenę i krzyczeć do wszystkich „no future!”. Moim marzeniem było aranżowanie smyczków i orientalne wokale.

Wtedy na swojej drodze spotkał pan dwie ważne osoby Lisę Gerrard z którą stworzyliście  Dead Can Dance i Ivo Watts-Russella założyciela legendarnej wytwórni 4AD.

Lisa pomogła mi ogarnąć dźwięki, które słyszałem i nadać im kształt, zaś Ivo w nas uwierzył i zdecydował się Dead Can Dance wydawać.

Religia moim, ale to tylko moim zdaniem jest źródłem zła na tym świecie. Gdyby mieszkał pan w Irlandii tuż przy granicy z Irlandią Północną wiedziałby pan, do czego prowadzą religijne kłótnie. Nigdy nie nagrywałem religijnej muzyki, ale to jak kto ja odbiera, jest już jego prywatną sprawą.

Czyżby nie uwierzył w „Ark”? To twój pierwszy album w całej karierze wydany poza 4AD.

To nie tak. Po prostu Ivo już nie ma w 4AD. Pod koniec lat 90. 4AD połączyło się z wytwórnią Beggars Banquet i zmieniło swoją politykę wydawniczą. W latach 80. legenda tej wytwórni polegała przede wszystkim na tym iż było to jedno z nielicznych miejsc w których muzycy traktowani byli jak rodzina. My tak naprawdę stanowiliśmy rodzinę. Za czasów Ivo nie było zamordystycznych kontraktów, a dżentelmeńskie umowy. Zresztą zdarzało się, że nie podpisywaliśmy żadnych papierków, bo nikt nie myślał o tym żeby kogoś oszukać. I chociaż dla 4AD nagrywały tak różne formacje jak Pixies, my czy Coctau Twins panowała tam najbardziej przyjazna atmosfera na świecie. Zresztą najlepiej o tym świadczy grupa którą Ivo założył wraz z muzykami z 4AD czyli This Mortal Coil. Niestety prawa wielkiego rynku zapukały i do drzwi wytwórni Russella. Gdy w 1999 roku nastąpiła wspomniana już fuzja 4AD z rodzinnej inicjatywy zamieniło się w kolejną wytwórnię płytową. Mniejszą od Universalu czy Sony, ale z takimi samymi kontraktami.

A nie myślał pan nigdy, żeby podpisać kontrakt z Universalem?

Ja mogłem sobie myśleć oni po usłyszeniu pierwszego dźwięku Dead Can Dance pomyśleliby jak najszybciej pozbyć się tego wariata, który gra tą straszną muzykę. Ale wracając na moment do Ivo. Dziś nie ma on nic wspólnego z nowymi płytami 4AD i od dawna nie zajmuje się muzyką. Cała ta sytuacja z nową umową musiała go dość przytłoczyć. Od dłuższego czasu jednak namawiamy go, aby zebrał siły i muzyków i nagrał nie dla wytwórni a siebie nowy krążek This Mortal Coil. I może coś z tego wyjdzie.

Koniec 4AD zbiegł się w czasie z końcem Dead Can Dance. Wyczerpały się wam pomysły na muzykę?

To nie tak, że wyczerpały. Po prostu byliśmy już zmęczeni sobą i konwencją obraną przez zespół. Lisa coraz bardziej zbliżała się do czystej muzyki poważnej, mnie wtedy zaczęła ona coraz mniej interesować. Ostatni studyjny album Dead Can Dance z 1996 „Spiritchaser” był próbą odświeżenia muzyki zespołu – podróżą w stronę muzyki etnicznej, afrykańskiej i chociaż płyta wyszła zupełnie dobrze to czuliśmy że po niej nie ma sensu już kontynuować kariery pod szyldem Dead Can Dance.

A jednak w powróciliście…

Bo czasami trzeba od siebie odpocząć aby zebrać siły i znów znaleźć w sobie radość grania.

Johnny Cash
Poprzedni

12 piosenek idealnych na Sylwestra

Childhood_s_End
Następny

Koniec dzieciństwa - depresyjna ekranizacja depresyjnej powieści [recenzja] [mini-serial] [sci-fi]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz