WYWIADY 

Bryan Adams: kariera to ciężka robota [wywiad]

W tym roku mija ćwierć wieku od premiery „Robin Hooda: Księcia złodziei” – filmu, który podbił serca Polaków i wypromował wielki hit „(Everything I Do) I Do it For You”. O współpracy z Michaelem Kamenem, pisaniu piosenek do filmów i byciu gwiazdą opowiada nam Bryan Adams.

Dzika Banda: Jest rok 1988 w Polsce powoli kończy się komunizm. Mam dziesięć lat, mój ojciec pracuje w Kanadzie i co jakiś czas przysyła mi kasety, które podrzucają dla mnie jego kanadyjscy znajomi. Na jednej z nich napisane jest „Reckless – Bryan Adams – taki kanadyjski Bruce Springsteen”.

Bryan Adams: A to ci historia! Nie było moich płyt wtedy w Polsce?

Nie. Przynajmniej jeszcze nie oficjalnie. Mnie zawsze intrygowało jedno – czy naprawdę w Kanadzie nazywano cię, tamtejszym Brucem Springsteenem?

Nie. Przynajmniej nie oficjalnie. Ale myślę, że wiem skąd się wziął taki opis na twojej kasecie. Po prostu wtedy w latach osiemdziesiątych ja, Bruce, Tom Petty i kilku innych byliśmy takimi chłopakami z gitrami. Wtedy to było modne – faceci grający rocka, bez zespołu (a przynajmniej na okładkach nie był on wyeksponowany). No i graliśmy rocka, takiego czystego gitarowego rocka.

Mocno podszytego nostalgią za dawnymi brzmieniami. Swoją drogą to ciekawe, że twój wielki hit „Summer of 69” nie był, jak wielu uważało, piosenką o roku ‘69, a okazał się…

Piosenką o tęsknocie za seksem, a tytuł odnosił się do pozycji 69. (śmiech). A kiedy moje piosenki trafiły do Polski oficjalnie?

Oficjalnie Bryan Adams ulubieńcem wszystkich Polek został mniej więcej w tym samym momencie, w którym zakochały się one w Kevinie Costnerze. Ćwierć wieku temu, w roku 1991 piosenka „(Everything I Do) I Do it For You” z „Robin Hood: Książę złodziei” podbija nasze listy przebojów.

Tyle, że wtedy nie mogłem do was przyjechać.

Miałeś jakiś oficjalny zakaz koncertowania w Polsce?

Nie! (śmiech) Po prostu wasza demokracja się rodziła, nie było agencji zajmujących się bookowaniem koncertów. Nikt z Polski się nie zgłaszał itp. Pierwszy raz ktoś od was odezwał się w roku bodaj 1996. Potem już było inaczej. Rynek w Polsce się unormował.

Znasz zatem dwie Polski: tę z okresu transformacji, i tę z teraz.

I widzę jak niesamowicie wasz kraj się rozwinął, rozkwitł. To zupełnie inne miejsce. Zniknęły ponure budynki, smutne ulice dziś są rozświetlone. To w ogóle był niesamowity okres w moim życiu. Co piosenka to wielki hit. Grałem z największymi i to było niezwykłe, a wydarzyło się zupełnie przez przypadek.

Jak to?

Album „Waking Up the Neighbours” z którego pochodzi piosenka z „Robin Hooda” powstał w chwili gdy rozstałem się z moim wieloletnim kompozytorem Jimem Vallancem. Czułem gdzieś w głębi siebie, że w muzyce rockowej, w wydawaniu płyt osiągnąłem już wszystko co mogłem i potrzebowałem zmiany. Jim wtedy potrzebował zwolnić, bo założył rodzinę itp. więc w sposób naturalny nasze drogi się rozeszły. A ja stałem na rozdrożu. I wtedy pojawiali się oni: Robert „Mutt” Lange i Michael Kamen. Z Robertem zacząłem komponować piosenki na płytę, a Michael zaproponował nagranie czegoś dla Hollywood, konkretnie do filmu Kevina Reynoldsa z Costnerem. „I Do It For You” napisaliśmy chyba w godzinę. Była między nami niezwykła chemia i nić porozumienia. Piosenka poleciała do producentów, spodobała się i stało się. Tak narodził się gigantyczny hit.

I twoja współpraca z Kamenem – bo staliście się etatowymi dostarczycielami hitowych piosenek do filmów.

Dokładnie. Zaraz po „Robin Hoodzie” była „All for One” do „Trzech muszkieterów”, „Have You Ever Loved a Woman” do „Don Juana de Marco”. To były wielkie przeboje.

Większe od filmów, do których były pisane.

Nie myślałem nigdy w kategorii – czy film będzie przebojem. Nikt z nasz chyba tak nie myślał. Uwielbiałem ten moment kiedy po prostu rano przychodziłem do studia, Robert stał pod ścianą, Michael siedział przy pianinie, a ja z kubkiem herbaty pytałem – to co dziś chłopaki piszemy. Robiliśmy to dla frajdy.

Potem nagle przestaliście.

Bo życie napisało najgorszy z możliwych scenariuszy. U Michaela zdiagnozowano stwardnienie rozsiane. Obserwowanie jak przyjaciel na moich oczach powoli umiera w agonii, było jednym z najbardziej traumatycznych przeżyć w życiu. Zmarł – tak zakończyła się wspaniała współpraca. Ostatnią rzeczą jaką zrobił, była aranżacja smyczków w jednej z piosenek na mojej płycie „Room Service”.

Zmieńmy zatem temat na coś bardziej optymistycznego. Śmierć Kamena była najgorszą rzeczą jaka ci się przydarzyła w muzyce, a najlepsza?

Ooo! I tu możemy zacząć wymieniać (śmiech). Wiesz, że ja nie potrafię ot tak powiedzieć co było najlepsze. Za dużo tego było. Dla przykładu – nigdy w życiu nie sądziłem, że stanę na jednej scenie z Luciano Pavarottim. I co – pewnego dnia budzę się i śnię ten sen –  śpiewamy wspólnie.  Muzyka, w ogóle sztuka, daje tę niezwykłą możliwość bycia zaskakiwanym przez to co robisz co chwila.

Zawsze wiedziałeś, że chcesz zostać muzykiem?

Znaczy pewnie kiedyś jako chłopiec chciałem być strażakiem, ale mniej więcej od chwili gdy kupiłem swoją pierwszą gitarę, a miałem wtedy lat czternaście wiedziałem, że muzyka to jest to czym chcę się zajmować. I zajmowałem, biorąc pod uwagę fakt, że z pierwszym zespołem nagrałem album jak miałem lat piętnaście.

Pytam, bo dziś kariera muzyka jest traktowana zupełnie inaczej. Talent shows zmieniły wyobrażenie o byciu gwiazdą.

Tak – dały ułudę wielkości. Poczucie, że jak tylko wystąpisz w telewizji, zaśpiewasz cudzą piosenkę, to czyni cię to muzykiem. Nie – tak nie jest. Wygrana w talent shows na dłuższą metę nie przyniosła jeszcze gigantycznej, nieprzerwanej sławy chyba nikomu. Ona zamienia ludzi w gwiazdy, owszem, ale gwiazdy telewizji, talk shows, okładek tabloidów, ale nie muzyków.

To co czyni z ciebie muzyka?

Nie no, muzyka czyni z ciebie umiejętność gry na instrumencie. Natomiast gwiazdę jako taką mogą (ale nie muszą) uczynić z ciebie trzy rzeczy: ciężka praca, cierpliwość i szczere intencje. Nie oszukujmy się – wielu osobom wydaje się, że muzyka to krótka droga do pieniędzy i sławy. Owszem bywa, ale jeśli okazuje się, że za piosenkami granymi przez daną osobę nie stoją emocje a czyste wyrachowanie, nie będzie ona nikim innym jak jedno, może dwusezonowym objawieniem. Ludzie czują kiedy się ich oszukuje. Kiedy to co robisz jest nieszczere a w tej branży nie można zapominać o jednym – to ludzie wynoszą cię na szczyt i to ludzie z niego zrzucają.

Czułeś, że ci się uda? Że jest ci pisana kariera?

Skłamałbym jakbym powiedział – nie. Kiedy zacząłem grać na poważnie czułem, że coś się dzieje, że będzie dobrze, że działa jakaś magia, której nikt z ludzi zajmujących się sztuką ci nie wyjaśni. Ona po prostu jest. Teraz tylko trzeba mocno pracować, żeby się udało. Bo kariera to nie jest dar – to robota. Ciężka robota. Pewnie, że to nie praca w kopalni, ale bycie muzykiem może cię umęczyć równie mocno.

A był taki moment kiedy poczułeś się pewnie. 

Dokładnie pamiętam ten moment – to był dzień kiedy przyszedłem do mojego brata z czekiem w ręce i powiedziałem mu – słuchaj zarobiłem na cały czynsz z grania i jeszcze zostanie nam na życie. Kiedy muzyka zaczęła mnie utrzymywać, uwierzyłem.

Czyli musi być poczucie bezpieczeństwa?

Każdy musi je mieć, kto twierdzi inaczej kłamie – ale poczucie bezpieczeństwa musisz wypracować ciężką pracą.

I tu znów wracamy do współczesności, kiedy wszyscy wszystko chcą mieć już.

Część to dostaje, część nie. Ale w większości przypadków to nie działa. Po prostu pewne rzeczy przychodzą z czasem.

Jak bardzo zmienił się rynek muzyczny od czasu twojego debiutu?

Dramatycznie. Dziś płyta dla przykładu nic nie znaczy. W zasadzie nie istnieje coś takiego jak sprzedaż. Branża stała się jedną wielką korporacją, w której każdy musi znać swoje miejsce w szeregu i postępować wedle określonych korporacyjnych zasad.

To znaczy?

Że jesteś trybikiem w naoliwionej maszynerii, która dziś działa globalnie i w tym samym momencie na całym świecie. Internet zmienił tę branżę, postęp technologiczny też. Ponieważ wszystko musi dla wytwórni działać idealnie, gdzieś w głębi rozumiem korporyzację tego świata. Pełną kontrolę nad muzykiem, dziełem itp. Co nie zmienia faktu, że ja stoję obok. Już mogę, bo działam na innych zasadach. Wydaję płyty od trzydziestu pięciu lat, mam swoje nazwisko, markę. Moja płyta może się nie sprzedać, bo już nie musi i tak wyprzedaję koncerty.

Mimo to nagrywasz albumy. „Get Up” to powrót do lat młodości – pierwsza od blisko trzydziestu lat płyta nagrana z Jimem Vallencem.

W dodatku wyprodukowana przez legendę czyli Jeffa Lynna! Tak – to szczególny album.

Podróż sentymentalna?

Raczej powrót po latach do starego przyjaciela, by przekonać się że nic się nie zmieniło i dalej jesteście kumplami. Ta współpraca przyszła do nas tak naturalnie i w niewymuszony sposób, że sam nie mogłem w to uwierzyć. Zadzwoniłem do Jima – pytam: napisałbyś ze mną piosenkę? A on – nie, nie chce mi się. A może byś popatrzył na to co mam? – Dobra ślij. Posłałem. Odpisał – popraw to i to. A na drugą popatrzysz? Daj. I nagle się zorientowaliśmy, że komponujemy płytę. W zasadzie mamy już całą.

Czyli to nie wynik tęsknoty za młodością?

Nie wiem. Może trochę. Ale jeśli tak, to podświadomy. Z Jimem robiliśmy podchody pod siebie od kilku lat, a potem bez planowania po prostu nagraliśmy album.

A ja myślałem, że trochę grasz na modzie na sentyment do lat 80.

Wiesz, że z tą modą na lata 80. jest też tak, że jednak wtedy powstawały naprawdę dobre piosenki. I ludzie po prostu zatęsknili za dobrym, melodyjnym popem i rockiem. To naturalne. W kulturze wszystko idzie falami, mody i trendy wracają.

Wszystko już było?

W pewnym stopniu tak – bo ile dźwięków z kilku akordów jesteś w stanie stworzyć? Określoną ilość. Zadaniem muzyka, kompozytora jest to, aby przetwarzane w nieskończoność te same akordy brzmiały za każdym razem świeżo. To się nazywa sztuka.

Trailer Mix
Poprzedni

A gdyby "Gwiezdne wojny"...

Taurus Media
Następny

Klik. Wydanie zbiorcze - kobieta pod presją technologii [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz