WYWIADY 

David Hewson – Może kiedyś nastanie moda na polski kryminał?

Rzucił szkołę, został dziennikarzem. Rzucił media, został pisarzem. Brytyjczyk David Hewson ma na koncie ćwierć setki powieści, z których zaledwie kilka zostało wydanych na polskim rynku. Ale nadrabiamy. 17 czerwca ukaże się „Pora na śmierć”, pierwszy tom cyklu rzymskiego z detektywem Nikiem Costą.

 

Bartek Czartoryski: Jak tam pańska winnica?

David Hewson: Znakomicie! Ale już się nią nie zajmuję osobiście, dogląda jej mój syn. Jest muzykiem jazzowym, zna się na jedzeniu i dobrych trunkach, powierzyłem mu cały proces decyzyjny. O ile mi wiadomo, tego lata będziemy mieli siedemdziesiąt butelek.

Pytam, bo zastanawiam się, co robi pisarz kryminałów, kiedy nie pisze kryminałów.

Mieszkam na południu Anglii, z dala od miasta. Swojego czasu kupiliśmy pastwisko, ktoś kiedyś hodował tam owce. Nie mieliśmy zielonego pojęcia, co z tym zrobić, i zasadziliśmy winorośle; nie jest to łatwa rzecz, cała ta uprawa, ale co roku możemy raczyć się musującym, różowym winem.

Ma pan czas na cokolwiek innego poza pisaniem? Publikuje pan książkę rocznie, czasem nawet i dwie.

Nie ma innego wyjścia. Rzuciłem etat dziesięć czy dwanaście lat temu i od tamtej pory zajmuję się tylko pisaniem, a jeśli chcesz traktować to poważnie, musisz przyzwyczaić się do pewnego rytmu. Od rana do późnego popołudnia, od poniedziałku do piątku, czasem dłużej, jeśli trzeba. A ja piszę też scenariusze i inne rzeczy, nie tylko powieści. Lecz nigdy nie jest to robota monotonna, zawsze coś się zmienia, dzieje. Raz napiszę adaptację, raz wezmę się za przepisywanie Szekspira, bo i to mi się zdarzyło robić. Inny tryb mają oczywiście pisarze tacy jak Michael Connelly czy Lee Child, którzy potrafią przez parę miesięcy promować książkę.

Zanim wydał pan swój debiut, również przez lata zajmował się pisaniem; dziennikarstwo się panu znudziło?

Od zawsze pociągała mnie literacka fikcja, ale kiedy ma się te siedemnaście lat, o czym można pisać? Jednym sposobem, żeby żyć ze składania zdań, było dla mnie dziennikarstwo. Dzięki pracy wiele podróżowałem, sporo się nauczyłem. Ale któregoś razu, kiedy spędzaliśmy urlop w Hiszpanii, cały czas padało i zacząłem czytać książki z biblioteczki domu, który wtedy wynajęliśmy. Trafiłem na powieść Eda McBaina osadzoną na fikcyjnym nowojorskim posterunku i spodobała mi się jej, że tak powiem, filmowość. I wtedy zrozumiałem – chcę pisać powieści, a nie pracować dla gazet. A potem napisałem debiutancką powieść i podpisałem umowę na trzy kolejne.

Czy podobne kontrakty nie wiążą autorowi rąk? Chciałby pan napisać coś innego, dla kogoś innego, ale nie można…

Nie zgadzam się już na takie umowy. Dwie książki, okej. Trzy to już za dużo. Przed laty nie miałem pojęcia, co robię. Bo pierwszą powieść jest napisać łatwo, problem pojawia się przy kolejnych, dopiero wtedy zaczynasz rozumieć, o co chodzi w pisaniu, jakim pisarzem się stajesz. Mało komu udaje się odpowiedzieć na te pytania od razu, przy debiucie. Pisanie to zajęcie osobliwe, nigdy nie przestajesz się go uczyć. I choć napisałem już dwadzieścia parę pozycji, każda kolejna jest dla mnie jakimś wyzwaniem. Ale tak powinno być. Przecież malarz też zaczyna każdy obraz, stojąc przed czystym płótnem. Pisarz, zasiadając przed pustą kartką.

Mówi pan o mozolnej pracy, a gdzie się podział ten romantyczny obraz pisarza pochylonego nad biurkiem?

Pisanie nie ma nic wspólnego z romantyzmem. To ciężka harówka opierająca się na zrozumieniu tego, co chcesz osiągnąć. Jeśli mówimy o współczesnej literaturze narracyjnej, czyli czymś, co robię ja – nie uprawiam, na przykład, literatury surrealistycznej – to należy starać się opowiedzieć stosunkowo prostą historię w interesujący i nie uwłaczający inteligencji czytelnika sposób. Już Arystoteles w „Poetyce” tłumaczył, jak działa efekt dramatyczny, szczególnie w tragedii, a kryminał jest według mnie niczym innym jak tragedią właśnie, i staram się tych zasad trzymać. Nie rozumiem chociażby, czym jest blokada pisarska. Podejrzewam, że autorzy mówią o niej wtedy, kiedy nie potrafią osiągnąć tego, co sobie założyli, a nie, że nie potrafią napisać ani słowa. Dlatego zawsze przed pisaniem czynię ekstensywne przygotowania, planuje to, co chcę uzyskać. Zawsze staram się ciekawie opisać ludzi, o których mówię. Bohaterem moich książek amsterdamskich jest facet kompletnie pogubiony, myśli, że jego życie jest bezcelowe. I dopiero później przekonuje się, że jest inaczej. A na przykład w trylogii „The Killing” piszę o kobiecie, która jest dysfunkcyjna, ale o tym nie wie. Próbuje rozwiązać swoje problemy w całkowicie zobojętniałym społeczeństwie; każdy, policja, kościół, politycy, są zainteresowani jedynie sobą. Moja konkluzja brzmi jednak następująco: nie zawsze liczy się to kto i co zrobił, ale jak to opisać.

hewson książki

Trudno było panu uczynić „The Killing/Dochodzenie” prawdziwie swoim cyklem?

Nie, bo postawiłem pewien warunek: zgodziłem się napisać te książki, ale z zastrzeżeniem, że nikt nie będzie się do nich wtrącał. Że będę mógł pozmieniać, co chcę. Że ludzie z telewizji nie będą mieli nic do powiedzenia. Że chcę mojego redaktora. Że będę mógł traktować serial tylko jako zestaw pewnych wytycznych. I zgodzili się. Dlatego wszystkie trzy książki są znacząco różne od tego, co można oglądać w telewizji. Łącznie z zakończeniem. Telewizja to zupełnie inne medium; kiedy historia się kończy, to faktycznie się kończy. Możesz wyłączyć telewizor, otworzyć piwo. Książka zostaje z tobą na dłużej, zastanawiasz się „czemu?”. Serial nie zawsze potrafi odpowiedzieć na to pytanie i „The Killing” nie było wyjątkiem. A ja postawiłem sobie za cel, że znajdę odpowiedź, że to wyjaśnię, ale jednocześnie trzymając się tego, co pojawiło się na ekranie, inaczej aranżując niektóre elementy fabuły. Nie wiedziałem, gdzie mnie to zabierze. Miałem rok na napisanie książek, pracowałem siedem dni w tygodniu; pierwszy szkic skończyłem po trzech miesiącach i była to najdłuższa rzecz, jaką napisałem, choć, oczywiście, przyciąłem co nieco i oddałem pół roku przed terminem. Poleciałem do Kopenhagi, żeby poznać miejsce. Spędziłem tam miesiąc. Potem obejrzałem serial na DVD, scena po scenie, i decydowałem, co zostawić, co usunąć.

Kopenhaga, Amsterdam, Rzym… nie prościej byłoby panu pisać o ojczyźnie?

O tak, i pewnie bym na tym lepiej zarobił! Ale dzisiaj jest tak, że gdyby przylecieli na naszą planetę obcy i poszli do księgarni, chcąc oprzeć na czymś swoje wyobrażenie o Ziemi, doszliby do wniosku, że należy ona do Stanów Zjednoczonych. Powiedziałbym, że 80% tego, co czytamy, osadzone jest w Ameryce. A reszta pewnie w Wielkiej Brytanii. Jakby reszta świata nie istniała, a przecież Europa to niesamowity kontynent pod kątem kulturowym. Fascynujący. Pewnie, mógłbym sobie wymyślić jakiegoś detektywa, który rozwiązuje zagadki morderstw w Londynie, ale nie chcę dołączać do setek pisarzy, którzy dokładnie to robią.

A co do detektywa – Nic Costa z „Pory na śmierć” znacznie odstaje od schematu.

Prędzej bym nie pisał wcale, niż stworzył kolejnego alkoholika w średnim wieku, do którego lgną kobiety, bo to jakiś żart. Nigdy tego nie rozumiałem. Przecież detektyw to facet, w którym klient pokłada zaufanie. Może i postacie Raymonda Chandlera są bardzo atrakcyjne dla czytelnika, ale, kiedy się o tym pomyśli, to śmieszne. Powierzyłby pan życie komuś, kto trzyma w szufladzie, przy pistolecie, butelkę whiskey? Raczej odwróciłby się pan i wyszedł z biura. Dlatego piszę o facecie, który jest młody, lekko naiwny, niewyrażający zgody na to, co dzieję się wokół. Ale proszę pamiętać, że napisałem o Coście dziewięć książek. On dojrzewa. Dziś to inny człowiek niż dekadę temu, zaczyna rozumieć, że bycie dobrym gościem świata nie zmieni.

Sprzeciwia się pan konwencjom?

O tak. Trzeba być ostrożnym, aby nie spacerować ścieżkami wydeptanymi już przez kogoś innego, ja chciałem iść pod prąd, choć z punktu widzenia finansowego pewnie mógłbym podjąć lepsze decyzje, napisać coś mainstreamowego. Ale mnie to nie interesuje. Nie ma nic złego w tych masowo wydawanych powieściach kryminalnych, często są sprawnie napisane, ciekawe, ale, cóż, nie niosą ze sobą absolutnie niczego nowego.

Może pora kolejną powieść osadzić w Polsce?

Po dwudziestu czterech godzinach spędzonych w Polsce napisałem do swojego kolegi, że musi tutaj przyjechać i napisać jakiś artykuł podróżniczy. Ale powieść? Nie sądzę. Podejrzewam, że macie tutaj, tak jak i wszędzie indziej w Europie, pisarzy, którzy są świetni i zasługują, żeby być wydawani za granicą, ale tak się nie dzieje. Trudno europejskim autorom się przebić, a chętnie bym ich poczytał. Skandynawom się jednak udało. Taka jest jednak specyfika rynku przeładowanego prozą z anglojęzycznego kręgu kulturowego. Niestety. Nie wykluczam, że to się nagle zmieni, jak z kryminałem skandynawskim, czy z „Greyem”. Nagle każdy chciał mieć porno dla mamusiek. Może któregoś dnia nastanie moda na polski kryminał?

 

rys. John Howe
Poprzedni

100 najlepszych książek dla dzieci i młodzieży #20-11

Wyd. Literackie
Następny

Dlaczego oczy kota świecą w nocy?

Bartek Czartoryski

Bartek Czartoryski

Bartosz Czartoryski. Samozwańczy spec od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury; prowadzi fanpage Kill All Movies.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz