WYWIADY 

Deon Meyer: apartheid, Polska i Mel Gibson [wywiad]

Deon Meyer – pierwszy autor kryminałów w Republice Południowej Afryki nam opowiada o tym jak odnosi się sukces w kraju w którym nikt nie pisał kryminałów, apartheidzie, podobieństwach do komunistycznej Polski, stereotypowym postrzeganiu RPA i przypadkowym cytowaniu „Zabójczej broni”

 

Dzika Banda: Debiutowałeś późno, bo przed czterdziestką, skąd ta nagła decyzja – będę autorem kryminałów?

Deon Meyer: Nie tyle co nagła, a podyktowana doświadczeniem. Próbowałem pisać wcześniej – kiedy miałem dwadzieścia kilka lat. Ale to było koszmarne. Nie potrafiłem stworzyć postaci, nie miałem tak naprawdę, o czym pisać. I rzuciłem wszystko w kąt. Byłem dziennikarzem, pracowałem w reklamie a pisanie sobie dojrzewało. Musiało dojrzeć. Musiałem zrozumieć, co siedzi nam ludziom w głowach, nauczyć się czegoś o psychice, zachowaniu człowieka a przede wszystkim zrozumieć siebie. To co pisałem wcześniej, było takim literackim „chciejstwem”. Wydawało mi się, że mam coś do powiedzenia, a mówiłem nic – banały i tyle.  Dlatego mój prawdziwy literacki debiut nadszedł tak późno.

W RPA nikt nie wydawał kryminałów, nikt ich nie pisał. Wymyślenie figury pozytywnego policjanta było czymś, na co nie chciał zgodzić się żaden szanujący się autor.

To kiedy zrozumiałeś – to już ten moment?

To było akurat zabawne. Gdzieś na początku lat 90. pracowałem w agencji reklamowej i moi szefowie wydelegowali mnie, abym przeprowadził kurs kreatywnego pisania podczas konkursu organizowanego przez telewizję. Polegał on na tym, że uczestnicy odbywali szereg warsztatów, na koniec pisali scenariusz serialu, a zwycięski dostawał zielone światło do produkcji. Wyszło tak, że zamiast uczyć wziąłem udział w konkursie i go wygrałem (śmiech). I wtedy sobie uświadomiłem – ok jestem gotów.

Początek lat 90. To czas przemian w RPA, Nelson Mandela zostaje zwolniony z więzienia, powoli upada apartheid, a ty zaczynasz pisać kryminały…

Powiem więcej – byłem pierwszym południowoafrykańskim pisarzem, który wydał kryminał. Przez pół wieku trwania apartheidu kryminały były u nas zakazane.

Jak to?

A wy w Polsce za czasów komunizmu mieliście kryminały?

Oczywiście – nawet specjalną ustrojową odmianę tzw. „powieści milicyjne”, w których dobrzy milicjanci łapali złych kapitalistów. Kryminał, jako gatunek, był u nas częścią aparatu władzy. Sposobem panowania nad umysłami i wyobraźnią.

U nas było inaczej. U nas nikt nie wydawał kryminałów, nikt ich nie pisał. Wymyślenie figury pozytywnego policjanta było czymś, na co nie chciał zgodzić się żaden szanujący się autor. Zresztą władza podchodziła do kryminałów w sposób pełen pogardy. To nie był gatunek, który powinni uprawiać ważni afrykańscy pisarze. Kryminał to sieczka umysłowa zaniżająca niebywale wysoki poziom intelektualny mieszkańców RPA.

Skoro policja była narzędziem reżimu, to kiedy postanowiłeś napisać swój pierwszy kryminał nie bałeś się, że czytelnicy pomyślą, że próbujesz wybielić zbrodnie władzy?

Moja pierwsza powieść, nigdy nieprzetłumaczona z afrykanerskiego, była thrillerem. Pierwszym kryminałem byli „Martwi za życia”. Czy się bałem – trochę. Ale pamiętaj – byłem w zupełnie innej sytuacji niż dziś. Mojej pierwszej powieści nie kupił nikt. Pierwszy afrykański autor powieści gatunkowych okazał się nie fenomenem a niewypałem. Drugą pisałem do szuflady, bo po fiasku poprzedniej nie sądziłem, że ktoś ją wyda. Wydawca jednak doszedł do wniosku, że trzeba dać ludziom trochę czasu, to w końcu przywykną. „Martwi…” to klasyczne noir, którego akcja toczy się w środowisku policjantów. Pisałem je w połowie lat 90. Społeczeństwo powoli zaczynało traktować policję z mniejszą agresją, a rząd się zmienił. Nie było to zatem wybielanie zbrodni reżimowej agentury, a pierwsza poważna próba pokazania innego oblicza policji. O skandal nie musiałem się martwić – tej powieści też nikt nie przeczytał.

To, kiedy w końcu udało ci się przebić do świadomości ludzi?

Z czwartą książką. I to przez przypadek. Francuskie tłumaczenie dostało prestiżową nagrodę kryminalną i nagle gazety w RPA zaczęły o mnie pisać. I od tego momentu zaczęła się właściwie moja kariera pisarska w RPA. Dodam, że musiało minąć czternaście lat od debiutu, zanim mogłem w spokoju rzucić pracę i zająć się tylko pisaniem.

A jak dziś wygląda rynek książkowy w RPA?

Jest ciut inny niż w Polsce to na pewno. U was, kiedy jakiś hit wychodzi na świecie, wasz wydawca kupuje prawa, zleca tłumaczenie i wydaje powieść. U nas nie ma tłumaczeń. Wszystko, co jest popularne trafia do nas tylko po angielsku, sprowadzone bezpośrednio albo z USA, albo z Wielkiej Brytanii. Poza tym – mamy jedenaście oficjalnych języków więc tłumaczenie byłoby katorgą i to zapewne nieopłacalną. Ponieważ nie ma u nas w księgarniach tylu powieści, co u was, mamy bardzo silnie rozwijający się rynek e-booków. Poza tym w końcu powstał normlany obieg powieści gatunkowych a rynek wciąż się rozwija.

„Martwych za życia” właśnie wznowiono w Polsce. Masz rację to mocny, dobry klasyczny noir, ale otwierająca scena mnie zaskoczyła. Oto policjant, który stracił żonę siedzi na kanapie i przytula pistolet planując samobójstwo. Wiesz, że dokładnie taką sceną wprowadzono postać Martina Riggsa w serii „Zabójcza broń”?

Tak! Dokładnie identyczną! A wiesz co jest najzabawniejsze?

No nie…

Że ja kompletnie o tej scenie zapomniałem. Uwielbiam „Zabójczą broń” pierwsza część to film absolutnie wybitny. Sekwencja wprowadzenia Riggsa musiała mi się wryć w podświadomość i potem ją przepisałem. Nie wiedząc, że to robię. Żeby było jeszcze zabawniej – to nie jedyne filmowe odniesienie w tej powieści. Sporo tu motywów zbieżnych z „Nagim instynktem”! Ale tu zadziałał jeszcze dziwniejszy mechanizm. Kiedy pisałem tę powieść, nie znałem filmu. Obejrzałem go dopiero później. Oglądałem i własnym oczom nie wierzyłem – ej to tak jak u mnie!

Popkultura operuje kliszami, więc nic dziwnego, że dwóch twórców z innych kontynentów wpada na taki sam pomysł.

Pewnie tak. W gatunku, jakim jest kryminał, łatwo o powtórzenia.

Jak zatem uniknąć klisz i powtórzeń tworząc kolejny raz postaci zniszczonych życiem policjantów?

Trudno ich uniknąć. Mogę mówić tylko za siebie – więc powiem tak: siadając do pisania staram się nie myśleć o tym, że teraz muszę napisać postać, która będzie inna niż wszystkie. Myślę o tym, że muszę dać bohaterowi na tyle przekonywujące życie i przeszłość, żeby czytelnik nie myślał – aaaaa to kolejny zapity detektyw. Więc konstruuję życiorys, a potem dookoła niego postać. I ta metoda póki, co się sprawdza.

deon meyer książki

Czyli nie ścigasz się z wszystkimi autorami kryminałów tego świata?

A po co? W tygodniu w samych Stanach wychodzi kilkaset kryminałów. Robię swoje i staram się, aby moi bohaterowie najpierw byli ludźmi, a potem policjantami.

Dystrykt 9” mimo, że był nakręcony przez reżysera wychowanego w RPA, nie wzbił ponad stereotypowe postrzeganie kraju.

Osadzenie akcji w RPA pomaga ich wyróżnić.

Na pewno. Dla popkultury to wciąż nieodkryty teren. Więcej – jak już ci mówiłem – dla nas mieszkańców RPA także. Nikt bowiem nie próbował przekładać naszej rzeczywistości na język popkultury. Kiedy zdecydowałem się, że będę pisał kryminały, jedna rzecz była dla mnie bardzo ważna – unikanie czarno-białego podziału świata. Nie wprowadzać elementu dzielącego świat na przed i po upadku apartheidu. A pokazać świat, w którym żyjemy takim, jakim jest.

A jaki jest?

Szary, pełen różnych odcieni szarości. Polityka wciąż jest tu najważniejsza, polityka wciąż decyduje o karierach, ale, ale ważne – czasami mimo tego, że ktoś jest z politycznego nadania, może robić jakieś sensowne rzeczy. Generalnie – chodzi o to, żeby nie podpadać w skrajności.

W „Zabójczej broni 2” w tle pojawiało się RPA i apartheid, zaś głównymi złymi byli panowie z niemieckim akcentem, którzy wyglądali jakby uciekli z planu filmu o II wojnie światowej.

Tak – dokładnie o tym mówię. Podli biali rasiści rodem z hitlerowskich Niemiec. To są właśnie te uproszczenia, których nie lubię.

Dlatego RPA na mapie popkultury praktycznie nie istnieje?

Popkultura to przede wszystkim USA, zaś USA przy całej mojej miłości do tego kraju to jednak przede wszystkim ignorancja. Pamiętam na jakimś spotkaniu w Stanach spanikowana pani dzwoni do mnie i mówi  – Deon był wypadek lotniczy u ciebie! Sprawdź na Boga czy nie zginął nikt z twoich bliskich! Wpadłem w panikę, bo akurat u nas często i dużo latamy – co więcej latamy rozwalonymi, starymi samolotami. Rzucam się w te pędy do telewizora, szukam wiadomości, a tam słyszę – wypadek lotniczy w Ghanie. Niby kontynent się zgadza, ale jakoś tak wyszło, że jestem z RPA a nie Ghany. Morał z tej historii? W USA, Afryka to Afryka – jeden wielki kontynent i tyle. Gdzieś ktoś kiedyś słyszał o Nelsonie Mandeli i tyle. Nie dziwi mnie zatem fakt, że RPA nie gości na co dzień w popkulturze.

Twórcy tacy jak pochodzący z RPA Neil Blomkamp próbowali pokazać współczesnemu odbiorcy RPA, choćby w „Dystrykcie 9”.

Ale to była taka popkultura kalka – obozy pełne biedaków, zły rząd, podziały rasowe. „Dystrykt 9” mimo, że był nakręcony przez reżysera wychowanego w RPA, nie wzbił ponad stereotypowe postrzeganie kraju.

Była też francuska powieść kryminalna „Zulu” na podstawie, której powstał film.

Jej autor Caryl Ferey to mój serdeczny przyjaciel i dlatego mogłem powiedzieć mu prosto w twarz, że to zła powieść. Zła, bo znów bazuje na banalnym wyobrażeniu RPA jako kraju, w którym źli farmaceuci knują, Afrykańczycy są niszczeni a czarni to motłoch. Stereotyp. I to krzywdzący.

To jak jest?

Tak jak mówiłem – szaro. Złe korporacje wyrządzają krzywdę, ale też i robią sporo dobrego. Rasizm dotyka zarówno czarnych jak białych. Są rejony niebywale bogate, są skrajnie biedne. Teraz możemy tylko przerzucać się stwierdzeniami – żeby zrozumieć RPA trzeba tam pobyć, zobaczyć te ulice, poznać tych ludzi. Zrozumieć jak przez lata wyglądało życie ich rodzin i z jakim brzemieniem żyją. Myślę podobne problemy ma Polska – w sensie jest podobnie postrzegana na świecie. Były komunistyczny kraj, rządzony przez karierowiczy, z którego ludzie uciekają za pracą. Jestem tu trzy dni i widzę zupełnie inny kraj niż mi o nim opowiadano. I to opowiadali mi – podkreślam – Polacy.

Jaka miała być Polska?

Szara, ponura, pełna biedy, ubóstwa i sprzedajnych polityków, którzy tłamszą naród. Póki co nie widziałem tu nikogo, kogo na ulicy pałowałaby policja, nie widziałem biedy a szarość spotkałem tylko na wykładzinie w hotelu. Ale podsumowując – RPA jest odległe, mało o nim się wie, więc w popkulturze funkcjonuje na bazie stereotypów o Afryce.

Dobra na koniec muszę zapytać o jedną rzecz – akcja twoich powieści toczy się często na jednym komisariacie, pojawiają się te same postaci. Mocno to przypomina konstrukcję powieści amerykańskiego klasyka Eda McBaina, który stworzył serię o fikcyjnym komisariacie 87.

I tu mnie masz – Ed McBain był moim mistrzem. Uwielbiałem jego powieści. Czytałem wszystkie, a kiedy wyszła specjalna kolekcja całej serii przeczytałem ją jeszcze raz. Więc zapewne te podobieństwa wynikają z ogromnego zafascynowania McBainem. Dorzuciłbym jeszcze Johna D. McDonalda i mamy pełną listę moich ulubionych pisarzy.

Full_moon
Poprzedni

20 piosenek o księżycu: piosenki na Halloween [ranking]

Demony seksu/Marginesy
Następny

Demony seksu - marzenia erotyczne Polaków [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz