WYWIADY 

Jean-Michele Jarre – Show, lasery i muzyka [wywiad]

Jean-Michele Jarre, legenda muzyki elektronicznej właśnie wydał nowy album „Electronica 1: The Time Machine, nam zaś opowiada o swoich początkach, nagrywaniu płyt „Oxygene” i tym dlaczego nie czuje się didżejem.

Przed laty powiedział pan, że nagrywa pan muzykę dla wszystkich. Dalej pan tak sądzi?

Młody byłem wtedy i bezczelny, wydawało mi się, że rozkocham w sobie wszystkich, ale to niemożliwe . Każdy człowiek to osobny gust. Ale do tej wiedzy trzeba dorosnąć.

Pytam, bo pańska osoba budzi wiele kontrowersji. Dla jednych jest pan twórcą muzyki elektronicznej dla innych człowiekiem, który stał się znany bo wydał tylko jeden album „Oxygene” i zagrał trasę w Chinach. Reszta pańskich dokonań jest często bagatelizowana.

Wiem jakie kontrowersje budzę ale mówiąc szczerze nie przejmuje się negatywnymi opiniami. W przeciwieństwie do osób, które je wygłaszają ja już zostałem zapamiętany – choćby za ten jeden album, który nota bene sprzedał się w kilkunastu milionach egzemplarzy i uznany został za początek rewolucji syntezatorowej w muzyce. Poza tym trafić do księgi rekordów Guinnessa jako człowiek na którego koncert przyszło 3 i pół miliona osób, jak było w Moskwie, to też przyjemne osiągnięcie.

Rewolucji, która dokonała się w kuchni. „Oxygene” nagrał pan u siebie w domu to prawda?

Oczywiście w 1976 roku byłem przymierającym głodem, biednym artystą, którego muzyki nikt nie chciał kupować. Próbowałem pisać reklamowe jingle, nagrałem nawet dwie płyty, które przeszły zupełnie bez echa, przez co wiele osób myśli, że „Oxygene” było moim debiutem. Nie było. Za to należy do płyt, które wprowadziły muzykę wykonywaną na syntezatorach na szczyty list przebojów.

Jak pan myśli – dlaczego „Oxygene”? Dlaczego wcześniejsze płyty nie chwyciły, a akurat ta?

Kiedyś się nad tym zastanawiałem. Myślę, że to kwestia determinacji i włożenia w płytę wszystkich emocji jakie miałem. To po prostu byłem ja – z całą swoją frustracją, bólem, lękami. Trochę jakbym stawiał wszystko na jedną kartę. Uda się, albo nie. No i udało.

Kultowi twórcy muzyki klubowej jak Daft Punk choćby uznają pana za swojego ojca duchowego. Czy pan czuje pokrewieństwo między pańską muzyką elektroniczną a muzyką klubową?

To, że twórcy współczesnej muzyki tanecznej uznają mnie za swojego mentora bardzo mi schlebia – komu zresztą by nie schlebiało. Ta muzyka od lat jest niezwykle popularna nie tylko we Francji ale na całym świecie. A dzięki temu iż o mojej twórczości opowiadają muzycy dajmy na to z Daft Punk trafiam do odbiorców, którzy nigdy moich płyt nie słuchali. A czy czuję więź? To skomplikowane, bo w zasadzie muzyka taneczna czy też klubowa wywodzi się z naszej dawnej muzyki syntezatorowej. Tyle, że mamy zupełnie innych odbiorców i zupełnie inaczej prezentujemy swoją muzykę. Miejsce didżeja jego naturalne środowisko to sala taneczna, gdzie skotłowane setki ciał tańczą do rytmicznej muzyki. Ze mną jest na odwrót – nie gram do tańca, a zapełniam sale koncertowe. Didżejowi wystarcza bit, którym uwodzi publiczność, moja zaś przychodzi na koncerty, bo pragnie nie tylko muzyki która powiedzmy górnolotnie porwie ich dusze, ale i gigantycznego show.

Czyli nie wystąpiłby pan na Ibizie?

Nie odnalazłbym się w sali tanecznej, to nie mój żywioł. Podobnie jak didżeje nie odnajdują się w konwencji w której gram ja. Wciąż wydaje im się że są na Ibizie i mają zabawiać ludzi dźwiękiem a on nie wystarcza. Na koncercie muzyki elektronicznej trzeba stworzyć osobną rzeczywistość, która porwie słuchaczy.  Ale zaznaczam, bo często bywam źle zrozumiany – show nie może przyćmić muzyki. Ma ja uzupełniać. Ekrany HD, technologia cyfrowa to wszystko jest fajne, ale to gadżety – nie są one ważniejsze od muzyki. Bez niej w końcu nie byłoby show.

Frictional Games
Poprzedni

Soma - prawdziwa perełka grozy [recenzja]

Powergraph
Następny

Wróżenie z wnętrzności [patronat]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz