WYWIADY 

Jeffrey Archer: nie lubię klikać [wywiad]

Sprzedał ponad dwieście pięćdziesiąt milionów powieści. Jego „Kain i Abel” to pozycja kultowa, a on sam jest jednym z największych oryginałów pośród brytyjskich pisarzy. Jeffrey Archer, arystokrata, polityk, były więzień i bestsellerowy pisarz. Nam opowiada o Polakach w Wielkiej Brytanii, swoim debiucie i tym jak trudno odnieść literacki sukces.

Dzika Banda: Nie lubi pan wspominać o więzieniu.

Jeffrey Archer: Bo to nie jest powód do dumy. Poza tym to już za mną. No i wydałem trzy tomy wspomnień więziennych. Tam zawarłem wszystko co chciałem o więzieniu powiedzieć.

To inaczej. Na ile więzienne doświadczenie odbiło się na pana powieściach, sposobie widzenia świata?

Trafiłem do więzienia za rzecz absurdalną, czyli grzechy młodości (śmiech). Spędziłem tam dwa lata i na tyle zmieniło to moje postrzeganie świata, że kiedyś pisałem o przestępcach słuchając opowieści o nich, a teraz wiem kim są z autopsji. Każde doświadczenie wzbogaca – to także.

Oszuści, malwersanci, spekulanci – pełno takich postaci w pana powieściach.

Jak i pełno w nich ludzi dobrych. Chyba. Staram się zachować równowagę między postaciami, ale prawda jest taka, że czytelnicy wolą bohaterów ze skazą, od postaci nienagannie czystych. Stąd zapewne wrażenie, że sporo u mnie tych życiowo umoczonych i nie zawsze postępujących zgodnie z prawem.

Pisze pan bloga, którego zawiesza na czas pisania powieści. Mnie intryguje jedno – zawsze twierdzi pan, że pisze wszystko ręcznie…  to jak pisze się blog piórem?

I tu mnie masz! Faktycznie, jestem człowiekiem starej daty, piszę ręcznie, a potem daję to do przepisania. Każda moja powieść tak powstała. I uwierz mi – z blogiem jest podobnie. Cierpię na chroniczną niechęć do klikania po klawiaturze.

Ale po sieci serfuje pan?

Tak, pewnie. Nie mam problemu z techniką – zresztą umówmy się, bez techniki pisarz, zresztą nie tylko pisarz, ale każdy, kto tworzy coś co kupują ludzie, nie dałby rady istnieć. Dziś świat to internet i portale społecznościowe.

Niezwykle wszystko się zmieniło od pana debiutu…

I to jak! Ale jest jedna rzecz, która się nie zmieniła.

Jaka?

Ilość wydawanych książek! Ten rynek wciąż się rozwija, wciąż są wydawani debiutanci, wciąż bycie pisarzem, jest w cenie. A przecież słowo drukowane miało umrzeć. Miała nadejść era cyfrowa i wszystko co drukowane miało zniknąć.

Druk wciąż jest nobilitacją.

I zawsze będzie. Wbrew prognozom, ten stan rzeczy się nie zmieni. Dziś mamy popularnych blogerów, którzy finalnie i tak zanoszą swoje rzeczy do wydawcy, bo sieć im nie wystarcza. Chcą ostatecznej nobilitacji, czyli wkroczenia do elity – autorów drukowanych.

Pan wkroczył do niej ponoć przez przypadek.

Zbankrutowałem, byłem na dnie i bez perspektyw. Wpadłem na pomysł – napiszę powieść. Wydawało się to dość łatwe, tyle że wtedy, ponieważ byłem wówczas przede wszystkim politykiem, nie miałem pojęcia o tym jak trudno jest debiutować. Że pełno powieści jest wydawanych, a mało która się przebija. Nie miałem tej świadomości, więc z energią neofity, próbowałem przebić się na rynku, na którym mało komu się udaje.

Udało się?

Na początku nie. Pierwszą powieść odrzuciło mi szesnastu wydawców. Szesnastu! Siedemnasty dał mi zaliczkę – pięć tysięcy dolarów. Co nawet na rok 1975 nie było czymś niebywałym na rynku w Stanach. Udało mi się przeżyć – fakt. Ale debiutu, ani warunków na jakich podpisałem umowę, trudno uznać za imponujące. Zresztą wtedy ta powieść nie ukazała się nawet na początku po angielsku! Najpierw wydano ją w Szwecji, potem w USA a na końcu w Wielkiej Brytanii. Co ciekawe do dziś, mój debiut czyli „Co do grosza” sprzedało się w dwudziestu siedmiu milionach egzemplarzy. „Kain i Abel” dobija pięćdziesięciu milionów i setnego wydania.

Nie miał pan ochoty wtedy powiedzieć dość? Nie udało się, a zatem spróbuję czegoś innego?

Nie. Odwrotnie. Uznałem, że musze postarać się mocniej. I zacząłem pisać kolejną powieść. Dwa lata później ukazał się „Kain i Abel”, a resztę historii już znamy.

Czyli jak – pisarska kariera, to ciężka praca, czy łut szczęścia?

I to i to. Ale przede wszystkim upór. Zwyczajnie nie można się poddawać. Trzeba pisać. Cały czas pisać. Oddawać wydawcy kolejne powieści i modlić się, żeby się udało, żeby rynek zaskoczył.

Można to przewidzieć?  

Wydaje mi się, że nie. Zawsze może skończyć się tak, że będziesz próbował, a nic z tego nie wyjdzie. Ale tak jest ze wszystkim. Możesz otworzyć piekarnię z najlepszym pieczywem w okolicy ale nikt go nie kupi. Nie przez to, że robisz coś źle, ale przez to, że zwyczajnie – nie jest ci to pisane.

Czyli wierzy pan w przeznaczenie?

Nie. To nie tak. Jakby wszystko sprowadzało się do przeznaczenia, wszyscy leżelibyśmy w łóżkach, czekając na ten dzień, kiedy nadejdzie – sława i pieniądze. Trzeba bezustannie pracować na swoje nazwisko. Dawać ludziom to czego oczekują, czyli książki, i walczyć o swoje miejsce. To może się udać – ale wcale nie musi.

archer ksiazki

Podobno, każdy z nas nosi w sobie powieść?

Może nie powieść, ale historię. Owszem – powiedziałem tak kiedyś. Ale zazwyczaj dodaję – że nie każdą od razu trzeba przepisać.

Bo?

Bo wiele historii jest ciekawych, ale kompletnie do niczego się nie nadają. Jakby każdy miał talent i nosił w sobie genialną powieść, to mielibyśmy samych genialnych pisarzy. Zalałaby nas fala objawień, a zalew takiej fali skończyłby się największym kryzysem w branży (śmiech).

Teraz pisze Pan ponoć dzieło swojego życia – „Kroniki  Clifftonów”

Nie podobno – tylko autentycznie. Te powieści to moje najważniejsze dzieło. Historia XX wieku opowiedziana z perspektywy jednego człowieka i jego rodziny.

„Saga Forsythów”?

Trochę tak – na pewno to wzór. Ale piszę po swojemu i nie oglądam się na innych.

Ponoć na postawie kronik ma powstać film.

Okrągły milion funtów zarobiłem na sprzedaży opcji do filmów. Opcji – czyli nawet nie praw do ekranizacji! Ponoć to dobre określenie. Mój syn zawsze odpowiada – jak usiądziesz w fotelu, będziesz jadł popcorn i  oglądał, wtedy możesz mówić o ekranizacji. Ale nie marudzę – milion funtów za w sumie nic. Idealny układ.

Pisze pan historię XX wieku, to niestety zalew Wielkiej Brytanii przez Polaków się nie załapie. Ale nie zmienia to faktu, że Wielką Brytanię Polacy obrali sobie za drugi dom.

Racja. W ogóle kiedyś zastanawiałem się nad problemem Polaków w Wielkiej Brytanii i myślę, że polega na tym, ze są lepszymi, bardziej oddanymi pracownikami niż miejscowi. I są w dodatku tańsi. To nie nastraja optymistycznie. U mnie mam dwa bary w których cała obsługa jest polska. Na początku klientela była dość zaskoczona, ale potem przywykli. Teraz traktujemy ich jak swoich.

Wszystkich?

A widział pan kiedyś kraj w którym wszyscy kochają emigrantów? Pewnie, że nie wszyscy mieszkańcy Wysp kochają Polaków. Ale bez przesady. To tak nie działa. Moim zdaniem jeśli coś złego trafia do brytyjskiej prasy dookoła Polaków, to działanie niereprezentatywnej grupy ludzi. Polacy są niebywale uczynni, sympatyczni i przyjaźni.

Czyli tzw. „smoleńscy wyznawcy” nie są równie aktywni w Wielkiej Brytanii, co w Polsce.

To ja powiem tak – jedna na sto teorii spiskowych, okazuje się prawdą. Wasz cały kraj oszalał odrobinę na punkcie tajemniczego zabójstwa Lecha Kaczyńskiego i to jest niedobre. Ale to już wasz problem.

fistaszki
Poprzedni

Fistaszki, czyli Charlie Brown kontra świat

Sexy Star Wars DB
Następny

Gwiezdne Wojny dla dorosłych [galeria NSFW]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz