WYWIADY 

Jens Lapidus – Szwecja, szariat i mafia [wywiad]

Jens Lapidus, autor bestsellerowej trylogii Sztokholm Noir (w której skład wchodzą „Szybki cash”, „Zimna stal”, „Życie Delux”) z okazji premiery swojej najnowszej powieści „VIP Room” opowiedział nam o szariacie w Szwecji, byciu królem kryminału i tym co różni go od Henninga Mankella.

Dzika Banda: Podczas ostatnich obrad polskiego sejmu, Jarosław Kaczyński, szef największej opozycyjnej partii w Polsce powiedział, że są w Szwecji rejony w których obowiązuje prawo szariatu. To prawda?

Jens Lapidus: Słucham?!

Że w Szwecji nie macie już swojego prawa, ale prawo szariatu.

Rany Boskie, co to za pieprzone bzdury? Kim jest ten człowiek? Politykiem czy szarlatanem? W Szwecji obowiązuje szwedzkie prawo. Tak było, jest i będzie.

PiS czyli partia, która najprawdopodobniej wygra najbliższe wybory parlamentarne w Polsce, ogrywa lęki przed uchodźcami w taki właśnie sposób.

Domyślam się, że to polityczne gierki, ale bardzo tanie i bazujące na nieprawdziwych informacjach. Problem uchodźców to nie zabawa w straszenie ludzi, a poważny kryzys, który powinno się traktować priorytetowo, a nie doraźnie jako zagrywkę wyborczą. Polska z tego co się orientuję ma przyjąć maksymalnie dziesięć tysięcy uchodźców, Szwecja pięć razy tyle. Czy w Szwecji ktoś mówi coś na temat Polski?

Pewnie nie.

No właśnie, więc wrzucanie w publiczną debatę takich informacji jest krzywdzące i szkodliwe. Choć oczywiście wiem co leży u podstaw tego typu wystąpień.

Co?

Niezrozumienie problemu, mała styczność z obcokrajowcami itp. Pewnie, że w Szwecji w wielkich miastach są dzielnice w których nie mieszkają Szwedzi, ale mimo to wciąż obowiązuje tam szwedzkie prawo i każdy musi się mu podporządkować. Nie ma szariatu, nie ma rządzących muzułmanów. Powstanie tego typu dzielnic to naturalny krok w rozwoju każdego wielkiego europejskiego miasta.

My w Polsce lubimy wybierać sobie fakty wygodne pod tezę. Nikt nie mówi np. głośno o tym, że polskie dzielnice w Chicago były obrzydliwe i niebezpieczne. Że skolonizowaliśmy Ealing Broadway w Londynie itp.

Obecność obcych nacji w wielkich miastach to konsekwencja rozwoju naszego świata. Możemy to albo zaakceptować, albo z tym walczyć. Mogę tylko powtórzyć jeszcze raz – w Szwecji obowiązuje szwedzkie prawo.

I chyba wiesz co mówisz – jesteś z wykształcenia prawnikiem. Powiedz czy po sukcesie swojej powieści „Szybki cash” nie chciałeś rzucić praktyki?

Nie. Absolutnie nie. Pewnie i bym mógł, bo cała trylogia sztokholmska była hitem, każdy tom zekranizowano. Ale nie rzuciłem pracy w prostego powodu. Będąc prawnikiem mam stałą pracę nadającą rytm mojemu dniu. Pisanie to rzecz, która wymaga niezwykłej samodyscypliny. W sumie pisać możesz wszędzie, kiedy tylko chcesz i jak….

Bałeś się chaosu?

Ja zwyczajnie potrzebuję pewnego porządku w życiu. Praktyka adwokacka mi go daje. Idę do biura, spotykam się z klientami, idę do sądu, na rozprawę. A potem wracam do domu i piszę.

Poza tym praktyka daje ci inspirację…

Tak, wiele moich postaci, zwrotów fabularnych czy intryg to rzeczy, o których dowiedziałem się w pracy. Ale ważne – to nie tak, że przychodzi do mnie klient a ja widzę w nim potencjalnego bohatera i w domu spisuję jego życiorys i występki. Gdybym tak robił, pewnie po sukcesie „Szybkiego cashu” nikt do kancelarii by nie przyszedł. Nie kradnę klientom życiorysów. Po prostu czasami wyciągam ze spraw, którymi się zajmuję drobne elementy, na których buduję swoje fabuły.

Jak na piszącego prawnika zdecydowałeś się na dziwny gatunek literacki – powieść noir. Prawnicy – patrz John Grisham, kiedy zabierają się za pisanie, zazwyczaj tworzą thrillery, których akcja toczy się na sali sądowej.

Z tym moim pisaniem to w ogóle zabawna sprawa. Zanim zacząłem wydawać powieści, oczywiście namiętnie je pochłaniałem. Najpierw skandynawskie kryminały, potem klasyczne rzeczy z Wielkiej Brytanii jak choćby P.D. James. W pewnym momencie poczułem znużenie tą konwencją i tak trafiłem na powieści Jamesa Ellroya. Zaraz po nim był Dennis Lehane, Elmore Leonard i klasycy – Raymond Chandler, Ross MacDonald. I nagle mnie olśniło, że to jest to czego brakowało mi w kryminale. Skandynawska literatura kryminalna jest tak naprawdę niebywale konserwatywna. Tu zawsze bohaterem jest dziennikarz, policjant, prokurator, zawsze jest trup, zagadka z przeszłości, a cała konstrukcja opiera się na śledztwie, które prowadzi od punktu A do punktu Z. Chaos zostaje uporządkowany, świat wraca na swoje miejsce. W amerykańskiej prozie kryminalnej jest inaczej. Zamiast polityki, pokazywania tła społecznego i zabawy w zagadki mamy mroczne miasta, dialogi które napędzają akcję, postaci z krwi i kości. I język. Nie wymyślony, a bliski ulicy. Autentyczny. I tak chciałem pisać. Uciec od wyeksploatowanej u nas konwencji w coś innego.

Dlatego Mariusz Czubaj nazwał się antyMankellem?

Wiem, pamiętam jak to powiedział. I wciąż myślę, że miał rację. Chodzi o to, że Mankell, który jest absolutnie wielkim pisarzem, swoje opowieści o Wallanderze konstruował zawsze w ten sam sposób. On zmęczony życiem, mający problemy z piciem policjant dostaje sprawę do rozwiązania i przez czterysta stron szuka mordercy. Znajduje, koniec, kropka. Mnie pisanie o morderstwach nie interesowało. Podobnie jak tworzenie postaci kolejnych detektywów. Ich w skandynawskiej literaturze jest masa. Wybrałem więc środowiska emigrantów, zamiast morderstw pisałem o zbrodniach równie powszechnych czyli wyłudzeniach, porwaniach. Ale najważniejszą różnicą było podejście do opisywania miasta. Akcja moich powieści toczy się w prawdziwych nocnych klubach, bohaterowie mówią prawdziwym slangiem. Ja stawiam na maksymalny realizm, Mankell na, jednak, fikcję. Jego miasteczko to fantazja na tematy szwedzkie, jego opisy pracy policji nie mają nic wspólnego z prawdziwą policyjną robotą. I dlatego ten anty-Mankell to celne określenie. U mnie wszystko jest odwrotne, inne, bliższe prawdy niż fikcji.

W skandynawskiej literaturze kryminalnej tylko ty i Jo Nesbo hołdujecie stricte amerykańskiej tradycji pisania noir.

I chyba nie ma nikogo innego. Nasza kolejna gwiazda Camila Lackberg, to przecież mieszanka Agaty Christie z prozą kobiecą. Nie ma u niej noir, nie ma mroku miasta. Jest wioska, zwyczajne problemy rodzinne i zbrodnia w tle. Bardzo dobrze się to sprzedaje, ale z tą tradycją, na którą ja się powołuję nie ma nic wspólnego.

Wyróżniasz się także tym od skandynawskich pisarzy, że twoi bohaterowie nie pochodzą z, nazwijmy to umownie, normalnego szwedzkiego środowiska, a są ludźmi z zewnątrz, przejezdnymi, drobnymi przestępcami, ludźmi z marginesu.

Problem skandynawskich kryminałów polega na tym, że bezustannie próbują one obalać mit jakoby Szwecja była rajem na ziemi. Drążą zbrodnie w szwedzkim społeczeństwie wrzucając je w jakieś polityczne tło… Ja zaś uznałem, że tak nie chcę. Wszyscy wiemy, że Szwecja nie jest rajem na ziemi, że powtarzać tego już nie trzeba. I nie chcę budować kolejnej konstrukcji fabularnej, która wejdzie w dyskurs z polityką w oczywisty sposób. Więc podszedłem do sprawy od strony, od której nikt się za nią nie zabierał – środowiska przestępczego, ludzi wykluczonych poza nawias normalnego społeczeństwa.

Nie bałeś się, że przesadzisz w drugą stronę? Że pokażesz Sztokholm jako wylęgarnię zła, którego de facto tak wiele nie ma?

Spokojnie – mam świadomość, że przy Moskwie czy Mexico City Sztokholm to mała myszka, a nasze podziemie przestępcze może się schować. Swoją drogą kiedyś na spotkaniu autorskim w Moskwie właśnie czytelniczka powiedziała mi, że jak czyta moje książki i dowiaduje się z nich jak poczyna sobie szwedzka mafia, to ma takie rozkoszne wrażenie, że czyta o zabawach w mafijne przedszkole. Że nasi żołnierze mafii są rozkosznie niewinni w porównaniu z tym co wyczynia się w Moskwie. I pewnie ma rację. Ale nie zmienia to faktu, że tak – mamy w Sztokholmie podziemie przestępcze, mamy miejsca w których lepiej nie pojawiać się po zmroku, prostytucję, handel narkotykami itp. A ja postanowiłem opisać ten świat od środka. Ta normalna część szwedzkiego społeczeństwa interesuje mnie tylko wtedy, kiedy następuje moment przecięcia się tych dwóch światów, czyli gdy zbrodnia wkracza w życie, albo gdy politycy wkraczają w świat zbrodni.

No i opłaciło się – zostałeś autorem bestsellerów.

A nic na to nie wskazywało. „Szybki cash” wyszedł w trzech tysiącach egzemplarzy i nikt tej powieści nie kupował.

To co się stało? Kiedy twoja kariera wskoczyła na właściwe tory?

Kiedy ludzie zaczęli o tej książce mówić. Tak naprawdę sukces „Szybkiego cashu” był zupełnie nieplanowany i spontaniczny. Co ciekawe zaczął się gdzieś w środowisku policjantów. To oni jako pierwsi zaczęli pisać do mnie listy, w których dziękowali za to, że w końcu ktoś w Szwecji zaczął opisywać ich pracę dokładnie tak jak ona wygląda. Moi klienci (śmiech) – także. Podczas spotkania autorskiego na jednym z komisariatów w Sztokholmie policjant powiedział mi, że za każdym razem kiedy robią nalot na dziuplę, czy mieszkanie jakiegoś gangstera od pewnego czasu znajdują tam nie jedną, a dwie bardzo charakterystyczne rzeczy. Do tej pory zawsze był to plakat Ala Pacino z „Człowieka z blizną”, teraz dołączyły do tego zestawu moje powieści.

Gloryfikujesz przemoc?

Spotkałem się z tym zarzutem. Nie. Po prostu pisze jak jest. A to co robią z tą wizją świata jest poza mną. Nie mam wpływu na to kto i jak mnie czyta. Ale inna anegdota. Kilka lat temu, szefowa policji w Sztokholmie powiedziała w wywiadzie telewizyjnym, że jej ulubioną powieścią jest właśnie „Szybki cash”, który tak naprawdę zmienił podejście policji do walki ze zorganizowaną przestępczością.

Stałeś się autorem przewodnika po przestępczym światku?

Coś tak jakby. Ale wiesz, że to nie było celowe, po prostu piszę powieści w oparciu o to co dowiaduję się ze swojej pracy, z obserwacji środowiska itp. Po prostu dobrze mi to wyszło.

Potem były trzy filmy…

Reżysera pierwszego, Daniela Espinosę zgarnęło Hollywood, filmy były wielkimi hitami w Szwecji… A ja zamiast jechać do USA piszę i mieszkam wciąż w Sztokholmie.

Nie zapraszali?

Zapraszali. Odmówiłem.

Bo?

Bo tu mam dom, rodzinę. Poza tym pchanie się tam gdzie jest takich jak ja jest milion nie ma sensu.

„VIP Room” twoja najnowsza powieść to…

Właśnie paradoksalnie jest powieścią ciut bardziej konwencyjną. O ile w trylogii  sztokholmskiej nie eksplorowałem motywu „kto to zrobił”, nie stawiałem na zagadkę, tak w „VIP Room” zagadka już jest. Teddy, główny bohater wyszedł z więzienia po ośmiu latach, ale już jego partnerka jest prawniczką. To oczywiście wciąż mroczna powieść, której akcja toczy się na brudnych ulicach, ale tym razem spróbowałem połączyć dwa elementy: tradycyjny kryminał, z noir.

Dobra to na koniec proszę – wymień powieść twojego życia. Masz piętnaście sekund. Maksymalnie pięć pozycji, minimalnie trzy.

Nienawidzę cię! Największy wpływ na mnie: James Ellroy „Amerykański spisek”. Genialny język, jak wystrzał z karabinu maszynowego. Dennis Lehane „Wypijmy zanim zacznie się wojna”. Rewelacyjnie opisał miasto – bezustannie tego od niego się uczę. Fiodor Dostojewski „Zbrodnia i kara”. Od niego pożyczyłem sobie pomysł na to, aby umieścić czytelnika w głowie przestępcy. Czy jesteśmy w stanie zrozumieć zbrodnię? Czy jesteśmy w stanie ją wytłumaczyć? Raymond Chandler „Wieki sen” – ojciec nas wszystkich. A scena kiedy Marlowe wchodzi do pokoju, widzi trupa i niespeszony zapala papierosa, to kwintesencja bycia cool. I te cztery muszą ci wystarczyć, bo mam jakąś straszną dziurę co do piątej.

Galeria Książki
Poprzedni

Trollhunters. Łowcy Trolli [fragment]

NOV FASH Affair.indd
Następny

Adam Hughes - komiksowy spadkobierca Alphonse'a Muchy [galeria NSFW]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz