WYWIADY 

John Woo – mistrz akcji z Hong Kongu [wywiad]

Sześć hongkońskich filmów Johna Woo pokazanych zostanie podczas 9 edycji Festiwalu Pięć Smaków. W retrospektywie hongkońskiego reżysera zobaczymy m.in. „The Killer” i obie części „Lepszego jutra”.

John Woo to miłość. Przynajmniej dla mnie. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem „Lepsze jutro” oniemiałem. Miałem może piętnaście lat. Jakieś dwa lata wcześniej ojciec pokazał mi dwa filmy. „Ucieczkę gangstera” Sama Peckinpaha i „W kręgu zła” francuskiego reżysera Jean-Pierre Melvilla.  Urzekły mnie absolutnie. Pierwszy swoją dzikością i agresją, drugi spokojem i ciszą. Dwa kompletnie różne światy wyrastające z tych samych korzeni. Wszak było to kino kryminalne. Najczystsza czerń, ale pokazana na dwa kompletnie różne sposoby.  To przez te dwa filmy zacząłem grzebać w kryminałach, wyszukiwać coraz to dziwniejsze tytuły, a potem nagle w ręce wpadło mi „Lepsze jutro”. Jakaś piracka kaseta wideo. Jeśli Peckipah i Melville sprawili, że pokochałem kryminał, Woo doprowadził miłość do chorej obsesji. Oto bowiem pojawił się człowiek, który w jednym filmie zrobił coś co wydawało mi się niemożliwe. Połączył te dwie kompletnie wydawałoby się różne estetyki (peckinpahowską i melvillowską) tworząc swój własny unikalny język filmowy. Brud i okrucieństwo pomieszane z poezją i ciszą. Szaleństwo ze spokojem.

Od tamtej pory filmy Woo stały się moją obsesją. Kiedy obejrzałem wszystkie, zacząłem szukać produkcji jego przyjaciół i współpracowników (Tsui Harka, Ringo Lama, Corey’a Yuena). Nawet te najbardziej niedoskonałe miały w sobie coś niezwykłego – nerw, szaleństwo ale też emanującą z każdego kadru miłość do opowiadania historii. W latach 90. hongkońskie kino akcji podupadło, a większość twórców, którzy w latach 80. realizowali najlepsze filmy akcji i kryminały wyjechali. Albo do Hollywood, albo do EuropaCorp pracować u Luca Bessona. Oczywiście na ich miejsce pojawili się nowi (choćby Johnnie To), ale to było już inne kino. Bardziej świadome, sprawniejsze warsztatowo, a przez to pozbawione pewnej dawki szaleństwa, które sprawiało, że od takiego „Killera” trudno się oderwać.

Kilka lat temu zadzwoniła do mnie znajoma dystrybuująca film „Trzy królestwa” Johna Woo. Zapytała czy chciałbym z nim porozmawiać. Najpierw zemdlałem, a gdy już doszedłem do siebie, powiedziałem – TAK!

Rozmawialiśmy około godziny. Woo był przejęty, ja przerażony. Na koniec niemal płacząc powiedział, że naprawdę „przez tego Wajdę kocha Polskę”. Wywiad został opublikowany w „Newsweeku”. Kiedy wydawało mi się, że to już koniec mojej historii z Woo, pewnego dnia zadzwonił domofon. Kurier. – Mam przesyłkę z Chin do pana Roberta Ziębińskiego…

Zemdlałem po raz drugi. W kopercie były płyty od Johna z pięciogodzinną wersją „Trzech królestw”.

Poniżej nieocenzurowana wersja wywiadu z Johnem.

Robert Ziębiński: Niemal w każdym wywiadzie podkreślasz, że twoim ukochanym filmem jest „Lawrence z Arabii”. Teraz sam zrealizowałeś epicki fresk historyczny. Czy kręcąc „Trzy królestwa” próbowałeś zmierzyć się z arcydziełem Davida Leana?

John Woo: Nie śmiałbym mierzyć się z „Lawrencem z Arabii” dlatego też realizując „Trzy królestwa” nie myślałem o tym filmie, ale jeśli dostrzegłeś jakieś podobieństwa do dzieła Leana to bardzo mi to schlebia. Pomysł by zrealizować film opowiadający o bitwie pod Czerwonym Klifem (oryginalny tytuł „Trzech królestw” brzmi „Red Cliff”) chodził za mną od 1987 roku. Wtedy po zakończeniu zdjęć do pierwszej części „A Better Tommorow”, planowaliśmy realizację wielkiego historycznego fresku o najważniejszej bitwie w historii dawnych Chin. Tyle, że zabrakło nam budżetu, nie mieliśmy pomysłu na lokalizacje a co najgorsze ówczesna technologia nie pozwalała na taki rozmach, jaki planowaliśmy. Pomysł, zatem wylądował na półce na dwadzieścia lat. Powróciłem do niego dopiero po tym jak na świecie sukcesy zaczęły odnosić produkcje takie jak „Przyczajony tygrys, ukryty smok”.

Postanowiłeś udowodnić Angowi Lee, że potrafisz zrobić lepsze od niego widowisko?

Absolutnie nie. Chodziło mi raczej o to, że skoro na świecie wielką popularnością cieszą się chińskie filmy kostiumowe, których akcja toczy się w dawnych Chinach to być może nadszedł czas aby świat zobaczył opowieść o bitwie pod Czerwonym Klifem. Pamiętaj, że Czerwony Klif to część chińskiej spuścizny nie tylko narodowej, ale kulturalnej. Napisany przez Luo Guanzhonga w XIV wieku  „Romance of the Three Kingdoms” to jeden z czterech największych zabytków chińskiej literatury. Nie będzie, więc przesadą, jeśli powiem, że my Chińczycy zostaliśmy wychowani na tej opowieści.

W Chinach twój film przyjęto entuzjastycznie i był wielkim hitem kasowym, do Europy i Stanów nie film skrócony do dwóch godzin. Skąd taka decyzja? Czyżbyś jednak bał się, że „Trzy królestwa” nie zachwycą Zachodnich widzów?

Lata, które spędziłem w Stanach Zjednoczonych  nauczyły mnie jednego – nikt nie wysiedzi w kinie na długim, zagranicznym  filmie z napisami.  Dlatego realizując „Trzy królestwa” od początku wiedziałem, że będą to dwa filmy. Jeden długi na rynek Chiński, drugi skrócony na rynek Zachodni. Ale bez obaw, krótsza wersja wcale nie jest gorsza. Musiałem po prostu wyciąć kilka wątków pobocznych, skoncentrować się na jednej historii i tyle. Widzowie na tym nie ucierpieli. Jeśli ktoś to aktorzy, których partie całkowicie zniknęły z wersji europejskiej.

„Trzy królestwa” był twoim powrotem do Chin po szesnastu latach spędzonych w Hollywood.

Jeśli chcesz spytać czy łatwo było mi zrezygnować z Ameryki to odpowiem tak – nie chcę już pracować w Ameryce. Mam tam dwa rozpoczęte projekty, do których zapewne będę musiał wrócić, ale będzie mnie to kosztowało sporo psychicznego wysiłku. Zniechęciłem się do Hollywood, bo przypięto mi tam łatkę „speca do kina akcji” i nikt nie oferował mi innych scenariuszy. A ja potrzebuję czegoś innego, czegoś konstruktywnego, realizowanie tylko filmów akcji coraz bardziej mnie frustrowało. Dam ci taki przykład – zawsze chciałem nakręcić klasyczny romans, prostą wzruszającą historię miłosną. W Hollywood wszyscy wyśmiali mój pomysł mówiąc – „John weź się za jakiś film akcji”, a w Chinach bez żartów i kpin z mojej osoby rozpoczęliśmy pracę nad „1949”.

Za to przypisanie cię do kina akcji jesteś odrobinę sam sobie winien, w końcu twoje hongkońskie filmy z lat 80. jak „A Better Tommorow” czy „The Killer” zmieniły oblicze kina akcji, a dla Roberta Rodrigueza, który cytował cię garściami w „Desperado” czy Quentina Tarantino jesteś filmowym bogiem.

Kiedy zobaczyłem „Desperado” oniemiałem. Nie miałem pojęcia, że moje filmy wywarły tak wielki wpływ na kino sensacyjne. Jestem zaszczycony tym, że ludzie tacy jak Rodriguez czy Tarantino uwielbiają moje filmy. Nigdy nie będę się odcinał od tego, co zrobiłem, ale jednak nie zmienia faktu, że chciałbym czasami nakręcić coś innego. W Hollywood nikt nie dałby mi na to pieniędzy. To, co najbardziej podoba mi się w Chinach to, to, że nikt tutaj nie tworzy sztucznych problemów. Podczas kiedy w Stanach, żeby rozpocząć produkcję filmu, należy przez pół roku spotykać się z wysoko postawionymi producentami, przekonywać ich do swojej wizji itp. tu wszedłem do producenta, opowiedziałem mu o „Trzech królestwach” i wyszedłem z czekiem. Takie ekspresowe tempo załatwiania spraw jest nie do pomyślenia w USA. W dodatku w Chinach, jako reżyser zachowuje pełną kontrolę nad filmem, podczas kiedy w Stanach wszystkim rządzi producent.

Nie bałeś się jak komunistyczne władze przyjmą reżysera, który przez lata pracował dla kapitalistów?

Nie, tym bardziej, że to, co robię nie ma nic wspólnego z komunistycznymi władzami. W Chinach otaczam się młodymi ludźmi, którzy pragną się uczyć jak robi się filmy, a moje amerykańskie doświadczenia są tu bardzo pomocne. Wobec czego komunistyczny rząd nie ingeruje zupełnie w to, co i jak robię. Poza tym od mojego wyjazdu w Chinach dużo się zmieniło – mówię oczywiście o rynku filmowym. W latach 70. i 80. większość filmów, kręcona była w Hong Kongu, teraz po przejęciu w 1999 roku Hong Kongu, przez Chiny rynek przeniósł się w głąb kraju, dzięki czemu obecnie kręcone w Chinach filmy mają dwa razy większy budżet niż te z lat 80. Oczywiście byłoby nieprawdą, gdybym powiedział ci, że w Chinach nie powstają filmy propagandowe, czy prorządowe. Powstają, tyle, że z nimi nie mam nic wspólnego i nie chcę mieć.

Chiński rząd zakazał dystrybucji na terenie Chin filmu Andrzeja Wajdy „Katyń”.

Dla mnie osobiście to wielka strata, ponieważ wychowywałem się na filmach Wajdy. Gdy byłem młody w chińskich kinach grano jego filmy, m.in.  „Kanał”, „Popiół i diament”. Wajda i inny wasz reżyser Has wspólnie z filmami Felliniego kształtowali mój filmowy gust. Do tego muzyka Chopina, która do tej pory pomaga mi się relaksować. Decyzja rządu jest oczywiście dyktowana pobudkami politycznymi – to w końcu film o tym jak radzieccy żołnierze zabijali polskich oficerów, ale uważam, że w przypadku sztuki a zwłaszcza filmów Wajdy nie powinna mieć miejsca. Tyle, że takie decyzje zapadają w miejscach do których my, zwykli ludzie nie mamy dostępu. Mogę tylko za nie przeprosić. Zresztą mówiąc szczerze – bardzo chciałbym przyjechać w końcu do Polski. Przez cały czas wydaje mi się, że jest to kraj w  którym mógłbym nakręcić film.

To serdecznie zapraszam. A wracając do twoich filmów kiedyś  na DVD ukazał się u nas jeden z twoich wczesnych filmów kung fu „Ręka śmerci”.

Naprawdę ktoś to u was wydał? (śmiech). Na swoją obronę mogę tylko powiedzieć – byłem młody, bardzo młody, a to był mój bodaj, drugi film. Kilka scen walk wyszło w nim całkiem nieźle, ale scenariusz był po prostu straszny. Uwaga – sam go napisałem! Realizując „Rękę śmierci” uczyłem się kina – więc musisz mi ten film wybaczyć. (śmiech). Natomiast to, z czego akurat jestem w przypadku tego filmu dumny to fakt, że pracowałem w nim z Jackie Chanem. Był młodziutki, ale już wtedy miał to coś w sobie, to coś, co później uczyniło z niego światową gwiazdę. Zresztą to ja przekonałem wtedy szefów studia filmowego, żeby podpisali z Jackiem kontrakt, bo na naszych oczach rodzi się gwiazda. Nigdy nie żałowali tej decyzji.

Jedną z największych Wschodnich gwiazd jest Chow Yun Fat, aktor, którego ty odkryłeś i obsadzałeś niemal w każdym swoim hongkongijskim filmie.

Chow Yun Fat to nie tylko moje największe aktorskie odkrycie, ale jeden z najbliższych mi ludzi. Gdy zobaczyłem Chow w jakimś telewizyjnym filmie na początku lat 80. to było jak uderzenie obuchem w łeb – powaliła mnie jego charyzma, styl. Pamiętam pomyślałem wtedy – „ten gość ma w sobie to coś, co miał młody Alan Delon”.  Od razu zatrudniłem go do pierwszej części „A Better Tommorow”.

Jednak w Ameryce nie zrobiliście ze sobą żadnego filmu. Dlaczego? Krążyły plotki, że się pokłóciliście.

Prawda jest bardziej banalna – po prostu w Hollywood nie powstaje zbyt wiele dobrych scenariuszy dla chińskich aktorów. Za każdym razem, gdy dostawałem dobry skrypt nie było w nim miejsca dla Chow, zaś, gdy on dostawał scenariusz, był to film, do którego nie chciano mnie zatrudnić. I tak bezustannie się mijaliśmy. Co zabawne, gdy kręciłem w Stanach swój pierwszy film „Nieuchwytny cel” grający w nim główną rolę Jean Claude Van Damme cały czas na planie zachowywał się tak jak Chow. Niestety jest on jednym z tych aktorów, których nie da się podrobić.

Podobno w „Trzech królestwach” główną rolę miał zagrać właśnie Chow Yun Fat.

Miał, ale coś poszło nie tak w rozmowach z jego agentem.  Pierwszego dnia zdjęć Chow nagle się wycofał. Wciąż nie mam pojęcia dlaczego tak się stało. Ale teraz piszę scenariusz specjalnie dla niego i dołożę wszelkich starań by agent Chow nie przeszkodził nam w pracy.

Twoim najlepszym filmem zrealizowanym w Ameryce jest moim zdaniem  „Bez twarzy” z Nicolasem Cagem i Johnem Travoltą. Podobno mało brakowało a ten film nigdy by nie powstał.

Michael Douglas, który był producentem „Bez twarzy” dał mi scenariusz do filmu fantastycznego. W pierwszym skrypcie pełno było latających samochodów, ludzie chodzili po sufitach a akcja działa się dwieście lat w przyszłości. Powtarzałem mu „Michael ja nie potrafię robić filmów fantastycznych, pozwól mi przepisać ten scenariusz”. Trwało to trochę, ale wreszcie się zgodził. Zmieniliśmy całą historię, w efekcie został tylko jeden element fantastyczny – zmiana twarzy. Także bardzo lubię „Bez twarzy”, od początku podobał mi się motyw zamiany tożsamości zły staje się dobrym i vice versa. Ale zanim ten film nabrał obecnego kształtu, musieliśmy się sporo nad nim nagimnastykować.

Zrobiłeś jednak film fantastyczny „Wypłatę” z Benem Affleckiem.

I wtedy na własnej skórze przekonałem się, że nie potrafię robić filmów fantastycznych (śmiech). Film był gigantyczna klapą kasową.

Za to 2000 roku twój film był największym hitem kasowym na świecie – mowa oczywiście o „Mission Imposible 2”. Jak pracowało ci się z Tomem Cruisem? Czy to prawda, że jest na planie tyranem i ciągle ingeruje w pracę reżysera? Brian De Palma, który kręcił pierwszą cześć niemal zwolnił się z planu po kłótniach z Cruisem.

Słyszałem o historiach z Brianem De Palmą, ale moja współpraca z Cruisem była przyjazna i spokojna. Być może wynika to z tego iż Tom przyszedł do mnie niemal na kolanach mówiąc, że uwielbia moje filmy i pragnie bym to ja a nie, kto inny wyreżyserował „Mission…”.  Dał mi zupełnie wolną rękę i nie ingerował w pracę. Tak, że nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Dla mnie praca z Tomem była czystą przyjemnością. Zrobiliśmy razem prosty, rozrywkowy film i tyle.

Po klapie wspomnianej „Zapłaty” wycofałeś się z kina.

Nie wycofałem się, po prostu przestałem dostawać scenariusze.

To przez to zdecydowałeś się, jako jeden z pierwszych reżyserów na zrealizowanie gry komputerowej „Stranglehold”, która kontynuuje wątki z twojego filmu „Dzieci triady”?

Pomysł na kontynuację „Dzieci triady” nosiłem w sobie od dawna, ale nie byłem pewien czy w kinie się on sprawdzi. Wobec czego gdy zaproponowano mi pracę nad jakąś grą postanowiłem użyć tego pomysłu. Z samym tworzeniem gry nie miałem zbyt wiele wspólnego. Napisałem scenariusz – w zasadzie pomagałem go napisać – oraz wymyśliłem choreografię walk i strzelanin, co podpisałem swoim imieniem i nazwiskiem.  Nie byłbym wstanie zaangażować się mocniej w tworzenie gry, bo to nie jest mój świat. Choćny z tego powodu, żę z pomocą komputera panujesz nad wszystkim – tworzysz coś w czym nie ma miejsca na tzw. czynnik ludzki. Żeby nie było przesadzam – pewnie, że w grze trzeba przewidzieć zachowania gracza, dać mu swobodę, możliwość wyboru planszy czy misji. Tworzenie filmu to praca z ludźmi robisz coś, co żyje, oddycha. Nie da się w to zagrać ale film ma coś czego nie posiada gra – serce.

Arsenal Poznań
Poprzedni

Mój kraj taki piękny. Polski komiks o polskiej rzeczywistości [galeria]

adele-anitta
Następny

Adele, czyli powrót królowej pop

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz