WYWIADY 

Jymn Magon: Jak skończyły się Gumisie? [wywiad]

Jymn Magon to człowiek legenda kina animowanego. Współtwórca takich hitów jak „Gumisie” czy „Chip i Dale Brygada RR”, scenarzysta „Kaczych opowieści” i „Goofy na wakacjach”. Nam opowiadał o tym który serial pisało się mu najtrudniej, o tym jak wymagającym widzem są dzieci i dlaczego powstały tylko jedne kinowe „Kacze opowieści”.

Dzika Banda: Pisanie scenariuszy dla dzieci to katorga czy przyjemność?

Jymn Magon: Wiesz na czym polega paradoks? Że tak naprawdę nigdy nie pisaliśmy dla dzieci. Każdy scenariusz czy to „Kaczych opowieści” czy „Gumisi” zaczynałem od pytań zadanych samemu sobie: – co by mnie najbardziej rozbawiało? Co chciałbym obejrzeć? Troska o dzieci przychodziła później, jeśli w ogóle.

Ale zazwyczaj scenarzyści narzekają, że pisanie dla dzieci ich ogranicza. W Polsce wielu autorów twierdzi, że są pewne granice, których w pisaniu dla dzieci przekroczyć się nie da.

Oczywiście, że są granice i oczywiście, że wszystkiego w animowanej bajce nie pokażesz. Trupy, krew i takie tam – zapomnij, nie ta kategoria. Ale jeśli decydujesz się na pisanie dla dzieci, wiesz kim jest twój odbiorca. Wiesz co wkurza mnie najbardziej?

Nie.

Te wszystkie programy dla dzieci w których bohaterowie odnoszą się do telewidzów w niebywale grzeczny, słodki sposób. „Witajcie dziateczki… jesteście takie rozkoszne…” Aaaa… no szlag mnie trafia, kiedy ktoś próbuje traktować dziecko jak, za przeproszeniem, niedorozwiniętego, do którego trzeba mówić powoli i wyraźnie, bo inaczej nie zrozumie. Producenci i scenarzyści często zapominają, że dziecko to mały człowiek o umyśle, który jest w stanie kojarzyć szybciej niż umysł dorosłego. Nie można tratować dzieci jak debilków, a mówić do nich tak jak rozmawiamy ze sobą. Zawsze wychodziłem z założenia, że jeśli żart okazuje się niezrozumiały dla dziecka, to tylko do czasu. W końcu dowie się co dana rzecz znaczy, a ciekawość pchnie go do zdobywania wiedzy. Wiesz co różni dziecko od dorosłego?

Doświadczenie, zdolność do panowania nad emocjami.

Tak, dokładnie. Jeden z psychologów dziecięcych, tłumaczył różnicę między dziećmi a dorosłymi na takim przykładzie. Kiedy dziecku zabronisz kupienia lodów, targają nim dokładnie takie same emocje, które towarzyszą dorosłemu, któremu zabronisz seksu. Sytuacja zupełnie inna, ale te same emocje i często podobna forma ekspresji. Ale my dorośli lubimy zapominać o tym, że w zasadzie niewiele różnimy się od dzieci.

Nie wiem czy wiesz, ale twoje „Gumisie” były jednym z pierwszych amerykańskich seriali animowanych emitowanych dla dzieci w Polsce po upadku komunizmu.

O rety!

„Gumisie” były u nas gwiazdami! No i tu dochodzimy do pytania kluczowego dla mojego pokolenia – jak w zasadzie skończyły się „Gumisie”?

(śmiech) No i na to pytanie nie ma odpowiedzi, bo one się nie skończyły! Art Vitello i ja wymyśliliśmy ten serial i pisaliśmy pierwsze bodaj 30 odcinków. Potem Art odszedł z firmy, ja przeniosłem się do pisania „Kaczych opowieści” a „Gumisie”… Z „Gumisiami” zaczęło się piekło (śmiech). Zupełnie poważnie – najpierw zmienił się producent, a potem pewnego dnia szefostwo wymyśliło nową ramówkę a w niej „Disney Afternoons”. Ponieważ do wypełnienia czasu antenowego „Gumisiom” brakowało bodaj połowy czyli jakiś trzydziestu odcinków, zupełnie nowa ekipa scenarzystów przejęła pisanie. A potem nagle produkcję tej bajki zawieszono. A więc – raz nie wiem jak się skończyły, bo gdzieś od połowy serii nie miałem z nimi nic wspólnego, dwa realnego końca de facto nigdy nie było.

Wspomniałeś o „Kaczych opowieściach”. W 1990 roku Disney przeprowadził eksperyment i wpuścił do kin pełnometrażowy film o przygodach bohaterów, ale mimo sukcesu, nie zdecydowano się na więcej filmów kinowych. Dlaczego?

„Kacze opowieści” w Stanach były fenomenem. Serialem, który bił rekordy popularności. Napisaliśmy 100 odcinków! Kinowa wersja wydawała się czymś zupełnie oczywistym. Powstała i… producenci spodziewali się gigantycznych wpływów. Liczono, że taki fenomen powinien zarobić kilkadziesiąt milionów, a on zwrócił koszty i zarobił trochę. I pomysł na pozostałe filmy upadł. Ale to też był moment kiedy kino animowane zaczynało się zmieniać. Reasumując – nie było więcej kinowych „Kaczych opowieści”, bo producenci nie wierzyli w ich powodzenie. Mnie wtedy dali zgodę na zrobienie „Wakacji Goofyego” – i to był wielki hit. Wielki. Ostatnio mieliśmy dwudziestolecie filmu. Na imprezę przyszło prawie tysiąc osób. Było czyste szaleństwo – z darciem marynarek i okrzykami. Niemal jak beatlemania.

Zanim przejdziemy do Goofyego – wróćmy do tego o czym wspomniałeś. Przemianie kina animowanego. Powszechnie mówi się, że rewolucja zaczęła się od premiery „Toy Story”, a potem „Shreka” – ale wydaje mi się, że to właśnie wasze seriale, zwiastowały zmiany jakie mają nadejść w animacji dla dzieci. Że to wy zaczynaliście popkulturową żonglerkę cytatami i odniesieniami.

Bo tak było, tyle że my nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Lub inaczej – nie robiliśmy tego celowo i z premedytacją. W przypadku zarówno „Chip i Dale: Brygada Ryzykownego Ratunku” i „Kaczych opowieści” mieliśmy wolną rękę, a co za tym idzie możliwość zabawy nawiązaniami. Dale, który nosi kwiecistą koszulę to nie przypadek – to celowe nawiązanie do serialu „Magnum”. Z kolei Chip – to wiewiórcza wersja Indiany Jonesa. W kolejnych odcinkach czy to „Kaczych…” czy to „Chipa…” wtykaliśmy w fabuły każde odniesienie jakie nam przyszło do głowy. Więc był i Kuba Rozpruwacz, i Sam Spade, i James Bond. Dziś patrząc na to z perspektywy czasu – faktycznie byliśmy przedwiośniem rewolucji postmodernistycznej. To my zaczęliśmy bawić się w filmach dla dzieci odniesieniami do filmów dla dorosłych. Ale to brało się właśnie z tego o czym wspominałem ci na początku. Po prostu pisałem dla siebie. Najpierw miało to bawić mnie – potem cały świat. I to się sprawdzało. Zresztą film kinowy, który powstał do „Kaczych…” też był taka zabawą z „Poszukiwaczami zaginionej arki”.

Nigdy się nie zdarzyło tak, że pewnego dnia przychodzi producent i mówi: Jymn przegiąłeś, trzeba to wyciąć?

Oj miał z tym Disney zagwozdkę, oj miał. (śmiech). Otóż wyobraź sobie – pisanie i produkowanie odcinków bajek, które nadawane są codziennie, to katorga. W zasadzie praca przez całą dobę, bez czasu na poprawki, jeśli nowy odcinek ma być wyemitowany. W takim układzie producent niestety musiał uznać fakt iż scenarzysta jest tu królem. I powiem tak – oj nie podobało się im to, oj nie. Ale nie było innej drogi. Po prostu byłem szefem i to ja decydowałem co idzie na antenę a co nie.

Nigdy po emisji nie mieli pretensji?

Po emisji za późno na pretensje (śmiech). A poważnie – nie. I odpowiadając na twoje pytanie. Może kilka razy zdarzyło mi się powstrzymać samego siebie. Ale zazwyczaj, każdy pomysł się sprawdzał i trafiał do realizacji.

A dziś jak to wygląda? Wstępny projekt trafia do grupy focusowej? Dzieci czy też dorośli oceniają potencjał bajki?

Wiesz jak wygląda badanie focusowe z dziećmi?

Nie.

To ci powiem. Zapraszasz dzieci na pokaz, siedzą, oglądają a po wszystkim dostają lody i mówią: taaa fajne było. To wszystko. Jestem przeciwnikiem tego typu badań. Niczego nie wnoszą, dzieci się krępują, stają się małomówne, a dorośli jak to dorośli zazwyczaj koncentrują się na tym, żeby komuś przywalić a nie wygłaszać konstruktywne uwagi. Badania focusowe to marnowanie czasu i pieniędzy.

Spotykasz ludzi, którzy dziękują ci za twoje bajki?

Oczywiście! Nigdy nie zapomnę takiej sytuacji: w jakiejś podejrzanie knajpie jemy obiad. Hawajskie żarcie itp. Nagle w naszą stronę idzie typ – wielki dryblas, napakowany, wydziarany. Taki facet, któremu sam oddajesz portfel, bo nie chcesz żeby odezwał się słowem. Idzie w naszą stronę a ja widzę, że na koszulce ma wujka Scrooge’a. Mówię do niego – super koszulka. On – uwielbiam ten serial. Ja na to – wiesz, napisałem go. I w jednej sekundzie wielki drab zamienił się w słodkiego chłopca, który zaczął gestykulować i krzyczeć: o jej, o jej musisz poznać moją siostrę, oboje kochamy twój serial… Były przypadki kiedy ktoś mówił mi, że film o Goofym pomógł mu nawiązać kontakt z ojcem. To bardzo wzruszające momenty, bo czujesz wtedy, że twoja praca przynosi niesamowite efekty – mimo, że mało kto wie o tym, kto de facto te historie tworzył. Oczywiście zdarzały się też takie sytuacje, w których podchodzi do mnie pan i mówi: nie chcę, żeby moje dzieci oglądały ”Gumisi” albowiem w tej bajce używana jest magia, a magia to narzędzie szatana. Odpowiadam wtedy grzecznie – ale wiesz… magia nie istnieje… Tyle, że to raczej monolog a nie dialog.

W Polsce też mamy takich delikwentów, którzy twierdzą, że Harry Potter to dzieło diabła.

A podobno to dzieci są niedojrzałe i nie panują nad emocjami…

To teraz wróćmy do Goofyego. Dlaczego Goofy został bohaterem twojego kinowego filmu?

To teraz konkretnie. Myszka Mickey? Błagam to najnudniejsza postać świata. Nic nie robi, nie ma charyzmy i w ogóle jest nijaka. Donald? Byłby fajny, ale nikt o zdrowych zmysłach nie zdecyduje się na realizowanie filmu z bohaterem, który nie mówi po angielsku. Znaczy mówi – ale tak, że żaden Amerykanin go nie rozumie. Bajka dla dzieci z napisami? Nic z tych rzeczy. A Goofy był fajny. Ma przewagę na Myszką Mickey, bo jest jakiś, to charyzmatyczny safanduła. No i mówi po angielsku na poziomie bardziej niż komunikatywnym. A ponieważ był zaniedbany i lekko zapomniany – stwierdziłem albo Goofy, albo nikt.  I zrobiliśmy razem naprawdę dobry film.

A twój najgorszy film? Wciąż włoski „Titanic”?

Aaaaa… Aaaaa… To nie był mój film. To jakiś włoski koszmarek. Zadzwonili kiedyś do mnie, żebym się przyjrzał i skonsultował pewną włoską produkcję. Rzecz o zwierzętach z Titanica. Popatrzyłem na to i moja konsultacja była prosta. Nie róbcie tego. Nie idźcie tą drogą, bo to zła droga. Ten film się nie uda. Na tym moja konsultacja się w zasadzie skończyła, bo i tak nie posłuchali. A ponieważ zostałem dopisany do listy płac, moje nazwisko widnieje przy najgorszej animacji w historii.

Nie będzie nic gorszego?

Tego nie wiemy nigdy. Ostatnio np. konsultowałem w Chinach tamtejszą animację „Noe”. Nikt nie potrafił odpowiedzieć mi na pytanie – dlaczego Chińczycy uparli się realizować animowaną historię biblijną.

To może na koniec powiedz – który z trzech seriali, które są w Polsce dostępne na DVD, który  był najtrudniejszy: „Gumisie”, „Kacze…”, czy „Brygada RR”?

Dobre pytanie! „Kacze…” były proste – dostaliśmy postaci, historie rozpisane w komiksach i robiliśmy swoje. „Gumisie” zaczęliśmy od początku i faktycznie, ponieważ pisaliśmy i tworzyliśmy zupełnie nowe postaci, było chyba najtrudniej. Ale z „Brygadą…” też nie było lekko. Wiesz, że na początku to były myszy a nie wiewiórki? Musieliśmy przekonać producentów, że to nie działa, że dwie myszy, nie niosą opowieści i dopiero kiedy dostaliśmy zgodę na Chipa i Dale’a – poszło z górki. Ale najbardziej pracochłonne były „Gumisie”.

hanabiposter
Poprzedni

100 NAJLEPSZYCH FILMÓW KRYMINALNYCH I SENSACYJNYCH (VII): 40-31

Dzika Banda
Następny

Audiobooki na podstawie kultowych filmów z lat 80.

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

3 Comments

  1. 2015-09-07 at 15:50 — Odpowiedz

    „Aaaa… no szlag mnie trafia, kiedy ktoś próbuje traktować dziecko jak, za przeproszeniem, niedorozwiniętego,”

    To ja dodam jeszcze kilka aaa do Aaaaa. To rzeczywiście jest wkurwiające. Jednak to nie tylko kwestia z bajek. Niektórzy ludzie naprawdę tak mówią do dzieci. Mam dwójkę i zawsze mówiłem normalnie i wiedziałem, że doskonale mnie rozumieją.

    Odnosząc się do wywiadu. Dzięki za niego. I gdybym kiedykolwiek spotkał pana Magona, również bym podziękował za te tytuły.

  2. Postata
    2015-09-07 at 18:24 — Odpowiedz

    Magia istnieje.

  3. OraKi
    2015-09-15 at 23:19 — Odpowiedz

    Szkoda, że ześ się nie zapytał niczego na temat Super Baloo. Dziś też przeżywa renesans i jestem jej straszną fanką XD

Dodaj komentarz