WYWIADY 

Lawrence Bender: Tarantino się nie odmawia [wywiad]

Lawrence Bender to producent legenda. To on odkrył Quentina Tarantino, Matta Damona, Bena Afflecka. Zrealizował między innymi „Wściekłe psy”, „Pulp Fiction”, „Jackie Brown”, Kill Billa” czy „Buntownika z wyboru”. Nam opowiada o życiu z Tarantino, tym, czy producent wie jak odnieść sukces i „Kill Bill 3”.

Historia tego wywiadu jest pokręcona. Kilka lat temu zadzwoniła do mnie kobieta pracująca w filmowej dystrybucji. – Chciałbyś zrobić wywiad z Lawrencem Benderem? Oczywiście – jako że byłem i jestem wielkim fanem Tarantino, najpierw mnie zamurowało, a potem oczywiście odparłem – tak oczywiście! Ustaliśmy jakieś daty, godziny, podałem swój numer. Mija kilka dni. Jadę autobusem linii 189. Jest wczesne popołudnie. Numer zagraniczny. Odbieram. Mówiąca po angielsku kobieta, pyta czy ja to ja. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, że i owszem. To świetnie się składa, bo Lawrence będzie zaraz na linii. – What? Ale pani już nie słucha. Wyskakuję zatem z autobusu, na przystanku pełno ludzi, a w słuchawce słyszę miły, męski głos. Nagrywanie tej rozmowy wyglądało mniej więcej tak: zadawałem pytanie, przystawiałem dyktafon do telefonu i nagrywałem odpowiedź. Wszystko na przystanku, w tłumie ludzi czekających na odjazd. Kwadrans później Lawrence odparł, że musi pędzić. Ale to nie koniec opowieści. Kiedy przyszło do spisywania… okazało się, że chyba przypadkiem skasowałem plik… Znaczy do tej pory byłem przekonany, że tak było. Aż do dziś. Kiedy przeczytałem wywiad z Tarantino, który mówi o „Kill Billu 3” przypomniałem sobie tę rozmowę. I zacząłem szukać. Mam taki spory niebieski dysk zewnętrzny, którego prawie nigdy nie używam… Okazało się, że zapisałem go właśnie tam, żeby… nigdy nie zgubić i nie skasować. Tak więc po raz pierwszy spisałem całość tej rozmowy, a nie to co z niej pamiętałem.

Dzika Banda: Po pierwsze to jako fan kina grozy chciałem podziękować ci, za scenariusz do filmu „Intruz” pysznej parodii slasherów.

Lawrence Bender: Nie sądziłem, że ktoś jeszcze o tym pamięta! Dzięki. To był autentycznie zabawny film. Wyreżyserował go mój przyjaciel Scott Spiegel. Razem go napisaliśmy.

Dla zabawy?

Trochę z nudów, trochę dla zabawy. Chodziło o to, że w latach 80. dzieciaki masowo chodziły do kin na slashery, więc chcieliśmy się zabawić. Zrobić film, który obnażałby banalność tego gatunku, ale z drugiej byłby krwawy i okrutny jak na rasowy slasher przystało.

I chyba stąd wzięły się problemy tego filmu – dystrybutorzy nie wiedzieli jak go sprzedać. Czy jako komedię czy horror?

Ponieważ na planie pomagali nam Sam Raimi czy Bruce Campbell próbowano sprzedawać „Intruza” jako film z nimi – a oni de facto przewijali się przez ekran jako statyści. Kurcze, to naprawdę był niszowy filmik, zrobiony za grosze z kolegami i dystrybutor miał z nim problem. Ale popatrz na to od drugiej strony – może nie odnieśliśmy sukcesu wtedy, ale dziś to dziełko kultowe.

To było w roku 1989. Wtedy jeszcze nikt nie słyszał o tobie i Quentinie Tarantino. Za to poza „Intruzem” wyprodukowałeś swój producencki debiut „Tale of Two Sisters” Adama Rifkina – film oparty na poematach Charliego Sheena.

To nie był film – to był czysty chaos! Nie wiem, dlaczego wpadliśmy na ten pomysł – mówię szczerze, nie mam bladego pojęcia. Jedyne, co wiem to, to, że nie da się tego oglądać. Wyszedł z tego jakiś kompletny gniot.

Quentin ma w sobie energię, która go napędza, a jak się na coś uprze – koniec, musi tak być.

Ale oparty na – podkreślmy to jeszcze raz – wierszach Sheena…

Tak – Charlie publicznie przyznawał się do wielu rzeczy, ale o tym, że pisze wiersze nie mówi zbyt często (śmiech).

A potem nadszedł rok 1992 i premiera „Wściekłych psów”. Pamiętasz jak poznałeś Quentina.

Oczywiście. Scott Spiegel opowiadał mi o jakiś zbzikowanym na punkcie kina kolesiu, który kręcił się w jego otoczeniu. Pamiętam jak dziś – staliśmy w kolejce do kina na pokaz klasycznego horroru „House of Wax” ja, Scott i jeszcze jacyś znajomi, kiedy zjawił się on. Dołączył się do nas, opowiedział wszystkie anegdoty związane z filmem, ciągle gadał i gadał. Aż w końcu się przedstawił – Quentin Tarantino. Wtedy powiedziałem do niego, że czytałem świetny scenariusz, który nazywał się „Prawdziwy romans” kolesia, który nazywał się podobnie. Quentin zamilkł. Spojrzał na mnie poważnym wzrokiem i powiedział – to mój scenariusz. A ja na to, że nie, że tamten facet chyba inaczej się nazywał. I od takiego faux pas zaczęła się nasza znajomość.

Wasza przyjaźń trwa lata…

I chyba się nie skończy.

Trudno pracuje się z Quentinem?

Z Quentinem pracuje się różnie.  Nie mówię, że jest to najłatwiejszy w obsłudze reżyser, ale też i nie najtrudniejszy. Quentin jest artystą i autorem wobec czego do wszystkiego dochodzi sam. Nie da się mu powiedzieć: nie, wiesz, co tego nie da się zrobić, bo i tak cię nie posłucha. Po prostu sam, jako reżyser musi ułożyć sobie w głowie to, co jest realne a co nie. Zresztą bardzo często jego absurdalne pomysły okazują się w efekcie bardzo prawdopodobne i do wykonania.

Pamiętasz, co myślałeś jadąc na festiwal w Sundance ze „Wściekłymi psami”?

Na pewno nie myślałem, że odniesiemy sukces. Byłem pewien, że nasz film jest świetny, że Quentin zrobił opowieść o skoku, jakiej do tej pory nie było w kinie. Ale brakowało mi absolutnej pewności siebie. Zresztą myślę, że w branży filmowej nigdy nie ma się absolutnej pewności. Nie raz i nie dwa hitem i przebojem okazywał się film, za którego nikt nie dałby załamanego centa. Poza tym – pamiętaj myśmy to wszystko robili na wariata.

Plotki o montowaniu „Wściekłych…” w toalecie w Sundance to prawda?

Nie aż tak, ale niemal. W zasadzie to był cud, że załapaliśmy się do konkursu. Chyba nawet złamaliśmy jakieś zasady, teraz nie pamiętam dobrze, bo finalna wersja filmu nie była ukończona na czas.

W twojej filmografii jest jeden tytuł który zaskakuje, bo zupełnie odstaje od tego co robiłeś – „Dirty Dancing 2”…

A to w ogóle jest rzecz zabawna. Mało kto wie, że w zasadzie to ja jestem tancerzem. Kiedy z Quentinem zaczynaliśmy nasz mały podbój Hollywood, tańczyłem zawodowo. W zasadzie kiedy on pisał scenariusz do „Pulp Fiction” to ja byłem w trasie z grupą taneczną wykonując tango. Po powrocie ruszyliśmy z robotą, ale taniec cały czas gdzieś we mnie siedział, zwłaszcza salsa, która zaczęła mnie fascynować. Miałem jakiś scenariusz filmu, którego akcja toczyła się na Kubie. Jakiś dramat polityczny. W przebłysku geniuszu, lub obłędu zadzwoniłem do Harvey’a i powiedziałem mu – wiesz co mam pomysł na film i tańcu na Kubie. I tak się narodziło „Dirty Dancing 2”.

Które nie miało nic wspólnego z częścią pierwszą.

Poza marketingiem (śmiech). Ale film był klapą (śmiech).

Wspominałeś o braku pewności producenta – nigdy nie miałeś zatem przekonania, że ten oto film będzie hitem? Nawet w przypadku „Buntownika z wyboru”?

Zwłaszcza w przypadku „Buntownika…” (śmiech). Pamiętaj – to był film oparty na scenariuszu napisanym przez anonimowych kolesi, którzy jeszcze na dodatek uparli się, że w nim zagrają. Siłą napędową „Buntownika…” miał być Robin Williams. Nikt, ale to nikt z nas nie przypuszczał wtedy, że Matt Damon i Ben Affleck staną się ikonami kina. To było dwóch młodych chłopaków, którzy właśnie zaczynali przygodę z filmem, a historia którą napisali, była świeża i kumpelska, świetnie oddawała relacje panujące między nimi.

O „Bękartach wojny” krążyły plotki, że po pokazach w Cannes bracia Weinstein nakazali wam przemontować film, skrócić. Mówiło się, że Quentin Tarantino stracił swój status hollywoodzkiej, niegrzecznej  gwiazdy.

Ta sytuacja była bardziej skomplikowana. Otóż muszę zacząć od początku, czyli dnia, w którym Quentin przyszedł do mnie ze scenariuszem filmu. Historię „Bękartów…” znałem doskonale i czekałem na skończony skrypt. I przyznaję czekałem dość długo, bo Quentin więcej o tym filmie opowiadał niż pisał. Pamiętam, jak z niedowierzaniem słuchałem jego opowieści na imprezie urodzinowej, gdy  już po kilku ostrych drinkach wspomniał, że ponownie pisze „Bękarty…”. Kiedy mi go nareszcie dostarczył, najpierw mnie zamurowało, a potem zaczęliśmy gadać o produkcji, a on wypalił – hej! zróbmy go na festiwal w Cannes.  To był bodaj lipiec 2008 roku. Złapałem się za głowę i starałem się mu wytłumaczyć, że w dziesięć miesięcy nie mamy szans ukończyć filmu na festiwal w Cannes. Gdyby przyszedł dwa, trzy miesiące wcześniej dalibyśmy radę, ale nie teraz. Ale Quentin już i tak postanowił. I zaczął się autentyczny wyścig z czasem. Szukanie na gwałt, planu zdjęciowego, kompletowanie obsady, znajdywanie asystentów itp. Generalnie byłem absolutnie sceptyczny względem pomysłu, że ten film uda nam się skończyć do maja. Opowiadam o tym wszystkim, żeby pokazać ci, w jakim szalonym tempie powstawały „Bękarty…” i skąd narodziły się plotki o ich skracaniu. Otóż, gdy mieliśmy skończony film, nie było już czasu na pokazywanie go Weinsteinom. Zrobiliśmy z Quentinem coś, co jest absolutnie niespotykane w branży – obejrzeliśmy film sami i mając świadomość konsekwencji bez pokazywania go komukolwiek wysłaliśmy do Cannes. Cała późniejsza afera dookoła filmu, plotki o braku zaufania, skracaniu itp. wzięły się właśnie z tej decyzji. Ile w tym było prawdy mogłeś się przekonać po premierze „Bękartów…” film do kin trafił w wersji dłuższej o chyba dwie minuty niż ta z Cannes.

Czyli z Quentinem jest tak? Jak postanowi tak ma być?

Troszkę. (śmiech). Quentin ma w sobie energię, która go napędza, a jak się na coś uprze – koniec, musi tak być.

Kiedyś powiedziałeś, że „Bękarty…” przypominają ci „Wściekłe psy”.

Chodziło mi właśnie o sposób ich realizacji. O ten wyścig z czasem. Podobnie mieliśmy w przypadku „Wściekłych psów”, które kończyliśmy niemal w Sundance.

Początkowo w „Bękartach…” główną rolę miał zagrać Michael Madsen, co się stało, że zastąpił go Brad Pitt?

Życie. Quentin tak naprawdę pracował nad „Bękartami…”. Owszem na początku miał w nich grać Michael.  Potem zmieniła się koncepcja. Po drodze był pomysł, że to nie był film, a mini serial telewizyjny. Zmienili się bohaterowie. Wyleciała postać Michaela. Proces powstawania tego filmu był naprawdę burzliwy.

A co ze słynnym „Kill Billem 3”?

W pracy z Quentinem jednego możesz być pewny – że nie możesz być pewnym niczego. Jeśli prace nad „Kill Bill 3” ruszą to nie wcześniej niż w okolicach 2014 roku na dziesięciolecie całości, bo takie było założenie Tarantino. Od zawsze to miała być opowieść o Beatrix, która żyła przez lata w spokoju, wychowuje dziecko, jest szczęśliwa, a potem przeszłość wraca. Ale żeby wróciła z impetem, musi minąć sporo czasu, a życie Panny Młodej musi być zupełnie inne… A jak z tym będzie – się okaże. Jedno mogę powiedzieć – jeśli Quentin zadzwoni i powie: mam scenariusz, robimy to. Będzie to znaczyć, że robimy.

Krążyły plotki, że przymierzasz się do ekranizacji „Księżycowego parku” Breta Eastona Ellisa.

Ależ to fenomenalna powieść.

Moim zadaniem jedna z najlepszych amerykańskich powieści tego wieku.

Absolutnie się z tobą zgadzam. Tyle, że jak wiesz jest to książka, która dzieje się na tak wielu płaszczyznach, iż trudno ją przełożyć na język kina. I tu mamy problem…

Parlophone
Poprzedni

A Head Full of Dreams – muzyka do windy [recenzja]

Career-of-Evil
Następny

Career of Evil - trup kontra ożenek [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz