WYWIADY 

Lea Thompson: powrót z przeszłości [wywiad]

Zagrała matkę Marty’ego McFly, była dziewczyną kaczora i zabijała komunistów. Lea Thompson opowiada nam o karierze w Hollywood, byciu mamą i „Szczękach 3-D”.

Dzika Banda: Jesteś chyba jedyną kobietą na świecie, która może pochwalić się romansem z kaczorem.

Lea Thompson: I to z kosmosu.(śmiech)

„Kaczor Howard”, bo o tym filmie mówimy, był jedną z największych wtop finansowych w Hollywood w latach 80. i powszechnie uznawany jest za jeden z najgorszych filmów świata – wstydzisz się go?

Nie. Dlaczego miałaby się go wstydzić. To był niedobry film, powiedziałabym, że nawet straszny, ale co zabawne obrósł swoistym kultem. Cały czas dostaje meile i listy od fanów, które zazwyczaj zaczynają się od zdania – „Jestem jedyną osobą na świecie, która uwielbia „Kaczora Howarda”. I jest to jakieś dwadzieścia pięć procent całej korespondencji, jaką dostaję od fanów.

Zanim wdałaś się w romans z kaczorem zostałaś światową gwiazdą dzięki „Powrotowi do przyszłości” Roberta Zemeckisa.

Jak tylko dostałam scenariusz wiedziałam, że to będzie hit i to nie w stylu głupawych komedii o seksie nastolatków, itp., ale inteligentna i błyskotliwa zabawa w kino. I nie tylko konwencją fantastyki – wiesz podróże w czasie, ale przede wszystkim opowieścią o dojrzewaniu. Bo przecież „Powrót do przyszłości” to nic innego jak odwrócona historia inicjacyjna. Bohater zamiast buntować się przeciwko rodzicom, cofa się w czasie i przekonuje, że oni też kiedyś byli młodzi i też mieli takie same problemy z rówieśnikami, miłością, rodzicami. Ten element w scenariuszu uwiódł mnie najbardziej. Do tego dochodzą jeszcze lata 50. i gra z historią Ameryki, obserwowanie narodzin popkultury, rocka. Dumna jest z tego filmu, bowiem zniósł się ponad sztampowe ramy kina przygodowego.

W Polsce, gdy pierwszy raz pojawił się „Powrót do przyszłości” kończył się komunizm, a ten film, bym czymś w rodzaju powiewu świeżego powietrza w kinie.

A wiesz, że tak myślałam, zresztą już mi to ktoś mówił. To tylko kolejny powód by być zadowoloną z tego filmu.

Pomęczę cię jeszcze o przeszłość. Debiutowałaś w horrorze „Szczęki 3-D”.

No i mój drogi to był dopiero koszmarny film. Masakra, po latach nie da się tego oglądać, zresztą nie dało się w dniu jego premiery (śmiech). Byłam młoda, strasznie chciałam w czymś zagrać no i padło na „Szczęki 3-D”. Wtedy jeszcze sobie myślałam, że skoro to kontynuacja hitu Spielberga, to dla mnie jakaś nobilitacja, wiesz – w końcu „Szczęki” to jeden z najważniejszych filmów lat 70. Myliłam się. Dziś myślę, że to chyba najgorszy film, w którym zagrałam. Jedyny plus jaki wynika z zagrania w trzeciej części to fakt, że nie jest to slasher i nie musiałam biegać półnaga po planie, zanim zabije mnie jakiś maniak z maczetą (śmiech).

Potem był twój pierwszy hit „Czerwony świt” fantastyczna wersja historii USA, które zostały najechane przez Związek Radziecki. Krytycy zmiażdżyli ten film, na świecie nazwano go propagandowym dziełem.

Od początku wiedzieliśmy, że „Czerwony świt” to film mocno naznaczony politycznie, że to taka agitka pro republikańska, ale nikt z nas tam grających nie myślał o tym filmie w kategoriach – dzieło polityczne. Ja, Patrick Swayze, C. Thomas Howell, Jennifer Grey czy Charlie Sheen po prostu bawiliśmy się na planie w wojnę i to było akurat świetne. Wiesz jaki to komfort dla aktorki, gdy przychodząc na plan nie musi się malować, stroić, nakładać maskar itp., bo jej jedyny makijaż to błoto, które ktoś wciska ci w twarz. Czułam się wtedy jak mała dziewczynka, co to może się brudzić do woli i nikt jej tego nie zabroni, co więcej jeszcze za to pochwali.

Wspomniałaś o C. Thomasie Howellu i Jennifer Grey – wszyscy aktorzy, którzy grali w „Czerwonym świcie” uznawani byli za młode, wielkie gwiazdy Hollywood i niemal wszyscy nagle przepadli. Co się z wami stało?

Kiedyś się nad tym zastanawiałam. Gdzie zniknęła Jennifer, przecież po „Dirty Dancing” była wielką gwiazdą. Co stało się z Thomasem. Hollywood to miejsce, które w wielką łatwością wynosi cię na wyżyny, ale z jeszcze większą zrzuca na sam dół.

Sama tego doświadczyłaś – byłaś gwiazdą, która z dnia na dzień zniknęła z wielkich produkcji.

Tak było. Gdzieś wgłębi mnie tli się żal, że nie dano mi możliwości pracy z wielkimi, czy raczej odebrano mi ją, że nagle przestałam być im potrzebna.  Ale z drugiej strony wcale tego nie żałuję. Gdyby Hollywood bardziej mnie doceniło, pochłonęło mój czas na granie w superprodukcjach, zapewne nie poświęciłabym się rodzinie. Nie wychowała dzieci, nie prowadziła normalnego domu itp. Są dwa bieguny kariery. Mogłam spokojnie odprowadzać do szkoły dzieci nie martwiąc się tym, że będzie za nami ciągnął się sznur fotografów.

Czyli zatrzymanie kariery pomogło spełnić ci się, jako kobiecie.

Dokładnie.

To dodam, że twoim tropem poszła Jennifer Grey, która wybrała macierzyństwo. A potem dopiero wróciła do branży, ale jako tancerka i jurorka.

A widzisz, czyli niektóre zagadki mają bardzo proste rozwiązania.

Ty też wróciłaś tyle, że do telewizji. Zgodzisz się ze mną, że dziś w Ameryce telewizja i seriale telewizyjne są na wyższym poziomie niż filmy kinowe?

Oczywiście, że tak jest, bo w telewizji w przeciwieństwie do tego, co dzieje się w Hollywood pierwsze i ostatnie słowo ma scenarzysta. Każdy popularny serial od „Rodziny Soprano” na „Dexterze” kończąc to przemyślna fabuła, która w kinie zostałaby zmasakrowana. Telewizja to dziś działanie kreatywne, kino lekko odtwórcze. Co do mojej kariery – najpierw był sitcom „Karolina w mieście”, który okazał się strzałem w dziesiątkę, potem serial kryminalny „Jane Doe”, którego niektóre odcinki reżyseruję. Tak więc – tak telewizja pomogła mi stanąć na nogi i odbudowała moją karierę. Co nie zmienia faktu, że wciąż mam nadzieję zagrać u jakiegoś wielkiego i wybitnego reżysera (śmiech).

Czarna Owca
Poprzedni

Syn szpiega - Rodzinny interes [recenzja]

Universal
Następny

Powrót do przyszłości - film po filmie

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz