WYWIADY 

Łukasz Orbitowski: nigdy nie lubiłem fantastyki [wywiad]

O nowej powieści „Inna dusza”, kryzysie czterdziestolatków, zmianach kulturalnych w Polsce i tym co zostawiamy po sobie, opowiada nam Łukasz Orbitowski.

Robert Ziębiński: Myślisz, że my niemalże czterdziestolatkowie wchodzimy powoli w pierwszą fazę kryzysu tożsamości, wieku? Pytam, bo obie twoje powieści Inna dusza i Szczęśliwa ziemia to w zasadzie powrót do przeszłości, czyli lat 90. kiedy naszemu pokoleniu żyło się inaczej i podobno lepiej.

Łukasz Orbitowski: Diabli wiedzą! A poważnie – po pierwsze lata 90. w powieściach to wynik przede wszystkim efekt mojego komfortu pisania. Potrafię pisać o tym co było, a słabo wychodzi mi komentowanego tego co jest. Przynajmniej jeszcze tego się nie nauczyłem. Pisząc o współczesności miałbym duże problemy z uchwyceniem jej sensu. Na to jest jeszcze za wcześnie, jeszcze nie do końca zrozumiałem co działo się przez ostatnią dekadę, nie utrwaliła się we mnie symbolika naszych czasów. A lata 90. mam z kolei oswojone i czuję się w nich mocno osadzony. Przez muzykę, przedmioty, filmy… Jaka piosenka kojarzy ci się z latami dwutysięcznymi?

Na szybko żadna.

No właśnie. A lata 90. mamy mocno przerobione, od Heya, przez „Majteczki w kropeczki”, na Rammsteinie kończąc.

I tu dochodzimy do tego, o co pytałem sentymentu, początku kryzysu, życiu we wspomnieniach

A czy my prawie czterdziestolatkowie tak nie mamy?  Większość normalnych osób, które osiągają pewien wiek, zaczynają myśleć, że najlepsze mają już za sobą. Popatrz na nas – mamy dzieci, traumatyczne przeżycia, wiemy co możemy zrobić, na co nas stać życiowo, a na co nie. Mamy też świadomość, że zostało nam ile? Trzydzieści? Może czterdzieści lat? Do tego jeszcze tężyzną fizyczną na tym poziomie co dziś, dane nam będzie  cieszyć się, może lat piętnaście. Nasze życie stało się przygnębiająco policzalne. Z kolei kiedy mieliśmy te lat osiemnaście, myśleliśmy o życiu w kategorii nieskończoności. Wiek który osiągnęliśmy dziś, zdawał się czymś odległym i abstrakcyjnym a przede wszystkim wydawało się nam, że nasze możliwości nie są niczym ograniczone. Kiedy mieliśmy naście lat nie przeżyliśmy jeszcze rozczarowań, kopniaków od losu i nie przypuszczaliśmy, że życie może kurewsko rozminąć się z oczekiwaniami. Im więcej lat na karku, tym większy sentyment i gloryfikacja tego co było.

Czyli początek kryzysu.

A może nie kryzysu, tylko nareszcie mądry czas podsumowania? Mądry, bo opisujemy życie i młodość z perspektywy ludzi, którzy mają już lata 90. za sobą? Ja najprawdopodobniej, że zawsze będę pisał o przeszłości, podobnie jak wydaje mi się, że zawsze będę pisał o chłopakach dużo młodszych od siebie. Czy to źle? Cormac McCarthy zawsze pisze o Południu. Stephen King o pisarzu, który spotyka wielkie „bobo”, więc i mnie wolno chyba mieć takie swoje pisarskie przyzwyczajenie. Poza tym zazwyczaj gdy odchodzę od swoich pisarskich przyzwyczajeń dzieje się coś niedobrego.

To nie ja zostawiłem fantastykę, a fantastyka porzuciła mnie. Mówiąc wprost – pomysły fantastyczne przestały nawiedzać moją głowę.

Przesadzasz Inną duszą” definitywnie odwróciłeś się od fantastyki i dzieją się dookoła ciebie same dobre rzeczy.

Odwróciłbym to stwierdzenie. To nie ja zostawiłem fantastykę, a fantastyka porzuciła mnie. Mówiąc wprost – pomysły fantastyczne przestały nawiedzać moją głowę. Do tego stopnia, że kiedy niedawno „Nowa Fantastyka” zamówiła u mnie na jubileusz pisma opowiadanie, miałem straszny problem z wywiązaniem się ze zlecenia. W końcu wpadłem na pomysł, że jedynym gatunkiem literackim w który będę w stanie wpleść fantastykę będzie humoreska. Pisałem opowiadanie ręcznie, przepisywałem codziennie, ale potem nagle się okazało, że raz fantastyki tam tyle co kot napłakał, a dwa, ta cała humoreska wcale nie jest kurwa śmieszna.

Dojrzałeś?

Chyba tak. Do realizmu chyba jednak trzeba dojrzeć. Gdybym zabrał się za pisanie takiej powieści jak „Inna dusza” pięć lat temu, to moja wiedza o życiu okazałaby się zbyt mała, a możliwości pisarskie zbyt skromne. Za dużo dzieciaka było wtedy. Reasumując: kiedyś był czas pisania opowiadań i powieści fantastycznych, teraz jest czas na coś innego. To nie tak, że odcinam się od swoich dawnych tekstów – nie. Ale nie po to zostaje się artystą, aby być więźniem jednej konwencji.

King np. robi niemal całe życie to samo

I dziwię się mu bezustannie.

Jak myślisz dlaczego? Dlaczego pisarze zostają więźniami konwencji? Nie potrafią inaczej?

Myślę, że potrafią. King parę razy pokazał że potrafi.

Czyli co stają się niewolnikami wymagań czytelników?

Na szczęście nie jestem pisarzem popularnym.

Ale chyba kiedyś chciałeś? Próbowałeś stać się polskim Kingiem, a przynajmniej taką etykietkę ci przyklejano.

Czy chciałem? Takiej etykietki nie chciałem, ale być pisarzem popularnym trochę chciałem. Ale spójrzmy na to od tej strony – to co teraz dzieje się dookoła moich książek pokazuje, że jako fantasta poniosłem klęskę. Orbitowski realistyczny, osadzony w rzeczywistości, jest lepiej przyjęty przez rynek i czytelników niż Orbitowski fantasta. Ale tu wracam do tego co mówiłem wcześniej – ja się tych książek nie wstydzę. Więcej, ja je lubię, chcę żeby były wznawiane, żeby ludzie je czytali. W „Szczęśliwej ziemi” udało mi się osiągnąć to co cały czas jako fantasta próbowałem osiągnąć – połączyć realizm z elementami mistycznymi, czy magicznymi w sposób idealny i to chyba wszystko na co w tej konwencji mnie stać. Dlatego ruszyłem w inną drogę. Żeby się rozwijać, żeby robić coś nowego.

Co się najbardziej w tobie zmieniło?

Choćby sam sposób pisania. Kiedy pisałem swoje trzy powieści – „Horror Show”, „Tracę ciepło” i „Święty Wrocław” szedłem na spontan. Pisałem zrywami, wymyślałem w trakcie to co chcę napisać, ale ta metoda się sprawdzała. Dobrze mi szło, wszystko układało się w całość. Ale w okolicach „Widm” coś zaczęło szwankować. Ale wtedy jeszcze nie rozpoznawałem symptomów. Byłem trochę jak starzejący się muzyk, który nagle orientuje się, że nikt nie słucha jego piosenek. Nagrywa dwudziesty raz „Satisfaction” a ludzie nie chcą tego słuchać. I co ma biedny zrobić? Może iść na łatwiznę, nagrać dwudziestą pierwszą taką samą płytę i zobaczyć czy coś się zmieni, a może też wywalić zespół, zmienić studio, producenta i podejście do muzyki. No i ja w pewnym momencie zdecydowałem się na ten drugi krok. Tyle, że mój zespół to ja sam.

Odciąłeś się od siebie?

To nie tak – stanąłem obok i uznałem, że coś muszę zmienić, bo nie dam rady pisać tak jak pisałem. I zaczęła się inna praca. Oparta na konspektach, przemyślanej konstrukcji. Szaleństwo improwizacji ustąpiło miejsca wytężonej pracy. Konspekt do „Innej duszy” to była jedna trzecia objętości powieści.

Większość recenzji Innej duszy zaczyna się od zdania Orbitowski napisał swoją drugą najlepszą powieść”. Jak się w tym odnajdujesz?

Jestem człowiekiem który cierpi na chroniczną niezdolność przyjmowania komplementów twarzą w twarz. Jak chcesz mi zrobić na złość, chcesz mnie maksymalnie zawstydzić – podejdź do mnie i powiedz, że napisałem świetną powieść. A wracając do pytania. Trudna sprawa. Z jednej strony przyjemnie się w tym odnajduję, bo to co robię jest doceniane i ma wymierne korzyści, bo nie oszukujmy się, ale przelew to też ważna część pisarskiego żywota. Dzięki temu po prostu mogę żyć jak chcę, buduję komfort życia prywatnego itp. Tyle że pozytywne recenzje, uznanie i to wszystko niesie za sobą rzecz z którą nie mam żadnej łączności – czyli promocję, popularność, występowanie w TVN. I z tym Orbitowskim nie mam żadnej łączności. On tam idzie, mówi co ma powiedzieć i wychodzi. To trochę tak jakbym zdradzał żonę…  Niby to przyjemne, niby buduje ego, pychę, ale kurwa wiem, że nie powinienem tego robić.

Irytuje cię  medialny szum?

Moją pracą jest pisanie. Poza pisaniem mam życie prywatne, spotykam się z synem, oglądam filmy. Promocje, telewizje trochę wpierdalają się w tym układ i wchodzą z butami w moje jestestwo, ale jedyne co mogę to sobie pomarudzić. Bo mam świadomość, że w dzisiejszych czasach promocja jest ważna, bo sprzedaje książkę.

Uwielbiam fantastyczne filmy, gry, komiksy, ale powieści – nie. Nie lubię i nie cenię.

Zastanawiałeś się kiedyś nad tym dlaczego szum medialny dookoła ciebie nie zaczął się wcześniej? Dlaczego ci sami krytycy, którzy teraz wychwalają cię pod niebiosa, ignorowali wcześniejsze powieści?

Zaczął się teraz, bo w końcu dostali to, co potrafią oswoić i co nie wydaje im się obce – literaturę obyczajową. Ale bez moich wcześniejszych książek nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem. Bez nawiedzonych domów, nie potrafiłbym teraz pisać o ludziach, gatunek nauczył mnie pisać. Po prostu. I cieszę się, że moja kariera wyglądała dokładnie tak a nie inaczej.

Nie lubisz już fantastyki?

Wiesz co – tej literackiej to ja tak naprawdę nigdy kurwa nie lubiłem.  Uwielbiam fantastyczne filmy, gry, komiksy, ale powieści – nie. Nie lubię i nie cenię. I nie jest to jakiś twardy osąd, a po prostu stwierdzenie faktu. Ktoś lubi pizzę, a inny nie lubi sera. Tyle.

Debiutowałeś?

Opowiadaniem „Diabeł na Jabol Hill” w „Science Fiction u Roberta Szmidta… Piętnaście lat temu… Wiesz na czym polega paradoks tej sytuacji?

Nie.

Otóż to opowiadanie oparte było po części na przeżyciach własnych. W latach młodości na Planatach od strony Św. Gertrudy były takie miejsce, które nazywaliśmy Jabol Hill, bo chodziło się tam pić jabole, czasem seks się uprawiało, bójki były. I teraz wyobraź sobie taką sytuację. Piętnaście lat temu, tuż obok rzeczonego Jabol Hill, Urząd Miasta Krakowa postawił ławeczkę literacką z moim imieniem i nazwiskiem. Nosz kurwa, jakby mi ktoś piętnaście lat temu powiedział, że obok Jabol Hill będzie ławeczka moja, to dałbym w mordę… Życie jest przewrotnie ironiczne.

Jako pisarz pokolenia wychowanego po Stanie Wojennym zastanawiałeś się kiedyś, co my daliśmy, w sensie nasze pokolenie wolnej Polsce? Jaki wkład kulturalny?

O ja pierdolę. Nie. Ale fakty są takie, że komuna dała nam masę wybitnych pisarzy, filmów, muzyki, a po 1989 roku… Moglibyśmy pewnie wymienić płyty, książki, filmy, ale to byłyby rzeczy bardzo policzalne. Tyle że wiesz co… tak myślę… Patrz po 1989 spłynęło na nas całe szambo kulturalne ze świata, którego do tej pory nie mieliśmy.   Od tamtej pory minęło dopiero dwadzieścia pięć lat, a nam jakieś dziesięć zajęło przyswajanie nowej wiedzy o kulturze. Więc tak naprawdę to, że w polskiej kulturze dobrze dzieje się stosunkowo od niedawna (myślę tu o kinie przede wszystkim) wynika z faktu, że długo trawiliśmy to co otrzymaliśmy. Sukces „Bogów” to efekt nareszcie odebranej dobrze lekcji popkultury.

Ty też sukcesy prawdziwe odnosisz dopiero teraz piętnaście lat po debiucie. Tak samo Szczepan Twardoch, paru innych kolegów

Jeśli nie jesteś geniuszem – gdyby był  z nami Szczepan, to teraz krzyknąłby że on kurwa jest – to artystycznie dojrzewasz koło czterdziestki. To przykład mój, Szczepana, Zygmunta… Dwudziestolatek który w genialny sposób przedłożył w swoich powieściach pewną deklarację artystyczną był za naszych czasów tylko jeden – Jacek Dukaj. Nam to zajęło w chuj czasu.

A nie masz wrażenia, że z krytykami jest podobnie? Że dopiero teraz po dwudziestu pięciu latach zaczynają rozumieć tę nową polską formę kultury, w której jak w twoich powieściach, literatura gatunkowa spotyka się z ambitną, granice płynnie się przenikają.

Ależ jest! Ale popatrz na nich od tej strony. Oni tak samo jak my zostali zalani kulturalną powodzią, która zburzyła ich światopogląd. Część się okopała i wiecznie walczyła z zaakceptowaniem nowego. Inna część zaś nawet jak próbowała czytać nową prozę gatunkową, fantastykę, horror, kryminał to bezustannie trafiała na okropne powieści. Przecież był taki moment, że wydawano u nas byle gówno. Łatwo było wyrobić sobie opinię o całym zjawisku, czy gatunku na podstawie parszywych książek. Dopiero czas, wyrobienie się wrażliwości tak czytelniczej, jak pisarskiej pozwolił na to, że dziś nasz literatura wygląda dobrze. Krytycy w końcu się do niej przyzwyczaili i zaczynają doceniać.

Ale musiało minąć ponad dwadzieścia lat promowania tylko Stasiuka i Tokarczuk.

Bo nie było alternatywy. Ona się rodzi teraz, bo ma ku temu możliwości. I mi się ten stan rzeczy podoba. Bardzo.

THE BREAKFAST CLUB, Judd Nelson, Emilio Estevez, Ally Sheedy, Molly Ringwald, Anthony Michael Hall, 1985. ©Universal Pictures/Courtesy Everett Collection
Poprzedni

Kultowe lata 80. i John Hughes

MAG
Następny

Rozłąka - fakty, fikcje i obsesje [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

2 Comments

  1. Joku
    2015-07-13 at 23:22 — Odpowiedz

    Świetny wywiad, oby takich więcej!

  2. barsta
    2015-07-14 at 13:44 — Odpowiedz

    Fajny wywiad, ale błędy poprawcie bo aż w oczy kolą, a i sporo ich jest.

Dodaj komentarz