WYWIADY 

Marcin Przybyłek – człowiek, który pamiętał przyszłość [wywiad]

Z Marcinem Przybyłkiem, autorem “Gamedeca” – książkowego cyklu o rozwoju technologicznym ludzkości i możliwych kierunkach w jakich podążamy – rozmawiamy o futurologii, najnowszych odkryciach technologicznych i przyszłym losie naszego gatunku.

Naprawdę uważasz, że w przyszłości ludzkość osiągnie stan szczęśliwości i przestaniemy się gryźć między sobą?

I tak i nie. Jest to możliwe, ale mało prawdopodobne. Istnieją dwa rozwiązania, które by to umożliwiły. Pierwszym, trudniejszym pod względem ludzkim, jest wytworzenie takiej, przekazywanej z pokolenia na pokolenie kultury, która nie dopuszczałaby na stanowiska psychopatów. W takiej hipotetycznej społeczności ludzie postępujący niemoralnie, kłamliwie, byliby demaskowani i odsuwani od jakichkolwiek decyzyjnych stanowisk. Wtedy grupa ludzka mogłaby rosnąć i realizować wartości twórczości, rozwoju, wspierania się, pomagania, a wszystko to we w miarę szczerej atmosferze. Jednak wytworzenie takiej kultury jest niezwykle trudne. W naszych czasach sam fakt istnienia instytucji religijnych (mam na myśli głównie religie monoteistyczne), które już dzieciom wpajają do głowy sprzeczności, z którymi dorośli potem żyją już ich nie dostrzegając, powoduje, że w głowach takich obywateli spryt łączy się z otwartością, przestępstwo ze szlachetnością, złe uczynki można oczyścić za pomocą spowiedzi, kłamać można, a nawet trzeba, by chronić wiarę i tak dalej. W takiej kulturze nie można stworzyć społeczności bez, jak to określiłeś, „gryzienia się między sobą”. Wypada dodać, że właśnie te instytucje coraz mocniej wpływają na społeczności ludzkie i powodują cofanie się kultur w rozwoju, nie zaś marsz do przodu.

Drugim scenariuszem jest ten, który zawarłem w „Obrazkach z Imperium”. Nad ludzkością czuwa sztuczna inteligencja połączona z ludzkim bytem, który pozbawiony jest podejrzliwości i chorych ambicji, bo stał się nieusuwalny. Takie „ImBu” zyskuje władzę totalitarną i psychopatów po prostu do władzy nie dopuszcza. Jest to pokazane na przykładzie Laurusa Wilehada, który władzy pragnie, ale samo to pragnienie wyklucza go z grona kandydatów na Błogosławionych.

Wizję szczęśliwej ludzkości stworzyłem chyba z dwóch powodów – po pierwsze chciałbym w takim świecie żyć, a po drugie warto było pokazać świat kontrastujący z naszym – świat ludzi pogodnych, życzliwych, realizujących pasje, nie zaganianych. To daje do myślenia.

Czyli jednym słowem brakuje nam zjednoczenia i kogoś kto naprawdę chwyciłby to wszystko za mordę.

Brzmi koszmarnie, prawda? Znaczy to zjednoczenie to jeszcze jak cię mogę, ale ten zamordysta… Nie, zjednoczenie też się źle kojarzy. Bo pachnie totalitaryzmem, a przecież ludzie „powinni mieć prawo do swojego zdania”. Tak, oczywiście, powinni mieć to prawo, pod warunkiem, że to zdanie jest podbudowane wiedzą. Jeśli nie – niech ze swoim zdaniem zwrócą się do swoich stóp, rąk, a nie plotą niczego na zewnątrz, bo szkodzą w ten sposób innym ludziom. Drażnią mnie postulaty o „szanowaniu każdego człowieka i każdej opinii”. Jeśli powiedziałbym Ci, że mój komputer nie jest napędzany prądem, ale krasnoludzkim tchnieniem, szanowałbyś moje zdanie mniej więcej tak, jak psychiatra szanuje wyznania schizofrenika.

Ergo, zjednoczenie, o którym piszesz, nie jest takie złe. Nikt chyba nie chciałby różnorodności zdań polegającej na tym, że tolerowano by głąbów mówiących, że kwadrat jest trójkątem, i że mieszkańcy natywni powinni wrócić do swojej Natywii. Nadmiar takiej „różnorodności” prowadzi do absurdów, gdzie trzeba „dyskutować” ze zwolennikami kreacjonizmu zamiast zdzielić ich w puste łby podręcznikami i kazać po prostu to i owo przeczytać. Ogólnie mam, to chyba widać, problem z wolnością słowa. Nadużywają jej ci, którzy powinni trzymać gębę zamkniętą, bo nie mają nic do powiedzenia, a ci, którzy odzywać się powinni, milczą albo onieśmieleni, albo nie wierzący we własną wiedzę, albo w obawie przed psychologicznym potrąceniem.

Z drugiej strony patrząc, mam wrażenie, że totalitaryzm myślowy istnieje zawsze, tyle, że jego cechą jest to, że trudno go dostrzec, bo się w nim rodzimy. Ryba, którą otacza woda od urodzenia, nie pomyśli, że mogłoby ją otaczać, dajmy na to, powietrze.

Jak pewnie wiesz, spotykam się z całą masą ludzi, i nie chodzi mi w tym momencie o fanów fantastyki. Myślę o uczestnikach moich szkoleń. Większość z nich uważa za coś naturalnego, że „fajnie mieć nowy telefon”, „dobry samochód”, „dużo pieniędzy”, a wielu ma problem, gdy słyszy o samobójstwie („to przecież grzech”) czy gejach („zboczeńcy!”). To są ludzie żyjący w dwóch totalitaryzmach na raz: konsumpcyjnym i religijnym. I jakoś nie krzyczą, że ktoś im w głowach namieszał, że stali się sterowalni reklamami i słowem świętym. Rozumiesz, nie krzyczą, nie cierpią. A powinni.

Więc może to „zjednoczenie” nie byłoby takie złe, gdyby opierało się po prostu na dobrej edukacji, zwłaszcza psychologicznej.

Co do zamordysty, to sprawa jest trudniejsza. Pamiętam, jak przygotowując się do napisania „Zabaweczek” czy może „Czasu silnych istot”, przeczytałem książkę „Bushido. Duch Japonii” autorstwa Nitobe Inazo. W wielu miejscach autor podkreślał urok i sens monarchii, rządów jednego człowieka. Pisał, że ktoś taki bierze na siebie pełną odpowiedzialność za posunięcia dobre i złe. Uważał, że to piękne. Gdy się z kolei poczyta trochę historii, takiej odbrązowionej, można zobaczyć, co władza robi z moralnością i jakich bestialstw dopuszczają się władcy, którzy nie mają nad sobą miecza, więc znowu władcą, tym zamordystą, nie mógłby być człowiek niemoralny. Ergo, dopiero odpowiednio wychowane społeczeństwo mogłoby stworzyć fundament pod tron pojedynczego, mądrego człowieka. Byłby to wtedy platoński mędrzec-filozof. Rzecz jasna, człowiek o mocy obliczeniowej ludzkiego mózgu nie dałby rady morzu ludzkich spraw, zatem musiałby mieć tę moc podrasowaną. I tak dochodzimy do swoistej cybernetycznej nadistoty. Zresztą nie tylko ja wpadłem na taki pomysł. Byli przede mną pisarze tworzący takie rozwiązania (Card na przykład) i przyjdą inni.

Gorgon Ezra Nemezjus, czyli ten, który przejął władzę absolutną w uniwersum Gamedeca, to idealista z konkretną wizją społeczeństwa, środkami, poplecznikami i realnym wpływem na kształt rzeczywistości. Myślisz, że ktoś taki ma szansę zaistnieć tu i teraz?

No toś go wybielił! Pamiętajmy, że Ezra był prezesem WayDao, korporacji, która wygrała wyścig o władzę, a ceną za to poniosło siedemnaście miliardów mieszkańców Ziemi. Owszem, mówi się, że gdyby wygrał inny koncern, byłoby jeszcze gorzej, ale to są domniemania. Gorgon jest jak Balladyna, która zdobyła władzę w niegodny sposób, ale potem byłaby królową sprawiedliwą, o ile los by jej na to pozwolił.
Czy Nemezjus ma szansę zaistnieć tu i teraz? Moim zdaniem nie… Chyba, że stanąłby u szczytu Banku Światowego i rozwaliłby tę instytucję na drobny mak. Wtedy być może udałoby mu się coś tam ugrać. W pancernym, odpornym na udar atomowy pojeździe.

A Elon Musk?

Aaa, czekaj! Właśnie uświadomiłeś mi coś ważnego. Tacy ludzie jak Musk istnieją! Widziałem film o francuskim milionerze, który opracował system automatów, które rozdawałyby (nie sprzedawały) czystą, zdatną do picia wodę. I widzisz, o co się rozbijamy? O pieniądze. Ci ludzie mogą coś zmienić, którzy uniezależnią się od systemu monetarnego. Widziałem film dokumentalny o lokalnych walutach. Nie wiem, czy wiesz, ale w Niemczech i Francji jest kilkadziesiąt gmin, które mają własną walutę, niepodlegającą spekulacji, taką, za którą możesz kupić dobra i usługi tylko w obrębie tej gminy. W ten sposób uniezależniają się od finansowego molocha i zyskują stabilność. Reasumując, człowiekiem, który mógłby zmienić system, musiałby być ktoś bardzo bogaty, albo niezależny od pieniędzy.

Ale też sprytny, przebiegły i w pewnym sensie bezwzględny.

A no ba. Ale nie wierzę w realne zaistnienie takiego człowieka… Dzisiaj przeczytałem wyznania kobiety, która należała przez jakiś czas do faceta stanowiącego 1% społeczeństwa. Multimilionera. Napisałem rozmyślnie „należała”, bo sama tak to określała. Był to gość przyzwyczajony do tego, że osiągał wszystko to, czego pragnął, a gdy ktoś lub coś stawało mu na drodze, robił się bardzo niemiły. Życie przy nim, jak pisała autorka, było tak nieznośnie puste i pozbawione znaczenia, że zaczęła się zastanawiać nad woluntariatem w jakimś biedującym kraju. Jej partner miał obsesję na punkcie posiadania, dlatego ją też po prostu „miał”. No i nic nie robił oprócz tego, że jadł, pił i od czasu do czasu coś kupował. Mógłby zdziałać mnóstwo. A nie robił nic.

A co z technologią? Ta mogłaby nas zmienić do tego stopnia aby zażegnać animozje czy raczej je jeszcze bardziej zaognić?

Wiesz co, z technologią jest jak z rottweilerem na smyczy, który warczy i szczeka. Wszyscy widzą tego psa i zastanawiają się nad jego możliwościami, muskulaturą i naciskiem szczęk, a mało kto zwraca uwagę na właściciela i jego motywy. Tym właścicielem i motywem jest pieniądz. Człowiekowi, któremu zależy na pieniądzach nie będzie zależało na tym, by wytwarzana przez niego technologia zmieniała nas na lepsze. Widzisz gdzieś w smartfonach komunikaty: „Wyp***laj do nauki, debilu!”? Jak na razie idziemy prostą linią pokazaną w filmie „Idiocracy” – technologia służy idiotom do kretynizmów. Oczywiście przesadzam, oczywiście generalizuję. No ale coś w tym jest.

Rzecz jasna można sobie wyobrazić technologię pomagającą w osiągnięciu pokoju na świecie. To naprawdę proste: seria filmów o tym, że ludzie po obu stronach barykady są tacy sami, seria programów o tym, że bieda tu i tam panuje tylko dlatego, że to się opłaca, stada dronów pokazujące raz biedę raz hacjendy prezesów wielkich firm na tej biedzie żerujących, dywizja technologów udowadniających istnienie 84 000 substancji chemicznych w obrocie, z czego 95% jest toksyczna, technologia mogłaby pomóc na tysiąc sposobów. Czy pomaga?

Mamy filmy gloryfikujące armię, przemoc, fascynujemy się (ja też) bronią i walką, a ostatni krzyk technologicznej myśli – drony zabiły tysiące ludzi. Brawo. Ciekawe, że operatorzy tych machin cierpią na postraumatic stress syndrome i ja to rozumiem. Cierpią, bo zabijali, a nie dlatego, że znajdowali się w zagrożonym obszarze. Paweł. Siedzimy, jak to mówią za oceanem, in deep shit. Nie mam pojęcia, jak to odkręcić.

Chyba się nie da. Musiałby się pojawić jakiś przełom: wizyta obcych, globalna katastrofa, rewolucyjny wynalazek?

Wiesz co? Marzy mi się sytuacja, w której odwiedzają nas obcy i mianują mnie łącznikiem między nimi i Ziemianami, obdarzając przy okazji atrybutami władzy (władza, jak wiemy, pochodzi od bogów), nawet napisałem na ten temat małe opowiadanko, które gdzieś się niebawem ukaże (nie wiem, gdzie, ani kiedy). Uch, wtedy bym pozamiatał, powiadam ci…

Pomijając w zasadzie optymistyczną wizję przyszłości ludzkości w “Gamedecu”, jak w takim razie ją widzisz? Przed nami otwiera się już możliwość stania się nieśmiertelnymi, przeniesienia świadomości do sztucznego mózgu czy zasiedlenia sąsiednich planet.

Ech. No załóżmy, że ludzkością rządzi platoński mędrzec-filozof. Przyszłość jest wtedy jasna. Wychodzimy z chemii w żywności, przestajemy jeść szitfud, przesiadamy się na wodorowe samochody, pracujemy dużo mniej, produkujemy dobra, które się nie psują, w sklepach stoją duże opakowania, a nie małe bździdełka, w dodatku opakowania te są biodegradowalne, nie ma głodu w Afryce i wszystko tam się normuje, kończą się wojny. Technologia to umożliwia, prawda? Pojawia się coraz więcej urządzeń sterowanych myślą, za trzydzieści lat wszyscy mamy możliwość transferu świadomości, więc stajemy się nieśmiertelni, wyrusza pierwsza duża ekspedycja na Marsa, naukowcy opracowują napęd do podróży nadświetlnych, za dwadzieścia lat rusza pierwsza ekspedycja do Proximy Centauri, która powróci w ciągu roku. Dzięki odkryciu fal grawitacyjnych uczymy się zawiadywać grawitonem, a za tym idzie spektakularny rozwój technologii antygravów. Pojawiają się antygrawitacyjne samochody, dźwigi, autobusy, pasy osobiste, dzięki którym ludzie nie muszą się już obawiać katastrof lotniczych, pojawiają się nowe sporty i w końcu wypadki z udziałem „szalonych antygraverów”. Zatwierdzamy prawo ruchu antygrawitacyjnego, pojawiają się latające domy, podróże kosmiczne stają się o niebo tańsze, bo najdroższy etap wejścia na orbitę okazuje się śmiesznie łatwy. Pojawia się nowy typ napędu międzygwiezdnego, wykorzystujący grawitację, ale nie wchodzi w użycie, bo naukowcom udaje się przeteleportowanie królika (skoro już teleportują fotony…). Profesor Robert Deptuch – Twój wnuk – zgłasza wraz z zespołem projekt terraformowania planety Invincible odkrytej w systemie Proximy. Pierwsza armada kolonistów wyrusza przed końcem XXI wieku…

Ale nie rządzi nami mędrzec-filozof, tylko pieniądz, którym zarządza właściciel drukarni onego. Zatem technologia będzie służyła tylko zyskowi. Jeśli pojawi się rozwój, będzie efektem ubocznym pogoni za zyskiem. Czeka nas zatem zalew coraz większej liczby dóbr dziwnych, zabierających czas, rozrywkowych, pompujących ego, czekają nas wojny służące nabiciu kabzy bankierów, maskowane retoryką o misjach pokojowych, i sprzęt wojenny na pewno się rozwinie. Już mamy łamane karabiny, dzięki którym można strzelać zza węgła, do użycia wkrótce wejdą czteronogie wojskowe drony – najpierw będą służyły jako bagażowe muły, a potem pojawią się drony uzbrojone. I zacznie się walka z „terrorystami” z ich pomocą. Roboty wojenne, to nas czeka całkiem niedługo. Egzoszkielety – też, ale wcale nie wejdą do tak powszechnego użycia, jak chcieliby twórcy fantastyki. Żołnierz w egzoszkielecie jest większy. Staje się łatwiejszym celem. To nigdy nie jest dobre. No, wreszcie pojawią się egzoszkielety małe. Wtedy wejdzie technologia klimatyzowania wnętrza munduru, bardzo potrzebna podczas działań wojennych na bliskim wschodzie. Jeśli połączyć to z antygravami, pojawi się zupełnie nowy typ żołnierza, dla którego nie będzie już przeszkód. Wojownik taki wdrapie się bez trudu na najwyższy wieżowiec, nie zlęknie się upadku walcząc na rusztowaniach i dźwigach, pokona dowolny mur, dowolną barykadę, będzie mógł atakować z powietrza, nawet zza chmur. Dzięki egzoszkieletowi stanie się nadczłowiekiem. Kolejna technologia, jaka się z pewnością przyda, będzie związana z energią. Obecne jej źródła są marne. Silniki spalinowe są duże i hałaśliwe, elektryczne wymagają ciężkich baterii, rakietowe są jeszcze mniej wygodne, o parze i węglu zapominamy. Nowy typ energii – pozyskiwanej z ciemnej energii / materii, czerpany z „powietrza”, to jest to, dzięki czemu mnóstwo rzeczy stanie się możliwych. Małe platformy a’la Green Goblin, na których będziesz mógł latać godzinami, pneumobile, które będziesz „tankował” raz na rok itp. Nie, nie, to nie w tej rzeczywistości, tylko w tej z poprzedniego akapitu. Taka technologia nie ujrzy światła dziennego w świecie bankierów, niestety…

Czyli jednym zdaniem, żyjemy w bardzo skomplikowanym świecie. Taki jest też “Gamedec”, który wciąż ewoluuje. Zacząłeś od cyberpunka, a kończysz na space operze. Lubisz sprawiać, że czytelnik nie poczuje się w Twoim uniwersum zbyt komfortowo, nie znajdzie zbyt wiele stałych.

Takie jest życie. Chciałem w sadze zawrzeć pewną… filozofię zmiany. Młodemu człowiekowi do pewnego momentu wydaje się, że życie i świat opierają się na stałych. „Moi rodzice są razem”, „Moja siostra ma fajnego męża”, „Naszymi wschodnimi sąsiadami są Ukraina, Białoruś, Litwa i Rosja”, „Jestem zdrowy” i tak dalej i tak dalej. Raptem okazuje się, że rodzice się rozwodzą, siostra zdradza fajnego męża, na wschodzie zamiast Ukrainy pojawia się Rosja, zdrowie zajmuje układowa choroba, której nie da się do końca wyleczyć. Ja zmian w swoim życiu przeżyłem kilka i wiele obserwowałem, również takich „wywracających świat do góry nogami”. Moją zastaną rzeczywistością był PRL, który wydawał się trwać od zawsze i nic nie wskazywało, że ma się skończyć. Rozumiesz? To nie miało się skończyć. Na południu była Czechosłowacja, na zachodzie NRD, na wschodzie ZSRR. Wszyscy ciągle mówili o wojnie, która jest straszna i którą wygrali Rosjanie na spółkę z Polakami. Mieszkania się dostawało. Samochody też. Tzw. talony. A potem się czekało na przydział. Wiesz, jaki trud musiałem sobie zadać, by uświadomić sobie, jeszcze przed przemianami, że w przyszłości mieszkanie będę musiał… kupić? Nie wiem, jakim cudem w młodym umyśle mieszkańca Polskiej Republiki Ludowej zagnieździła się taka myśl, niemniej powstała. I była to duża rewolucja, zmiana w mojej głowie. Pamiętam, jak mój umysł akceptował zmiany i zmieniał się razem z nimi. Czasami je antycypował. To zresztą dziwna cecha mojej psyche – uprzedzam zmiany, przewiduję je. Czasami nawet opisuję w książkach. Mój przyjaciel będący pierwowzorem Laurusa Wilehada był przez lata wysoko postawionym dyrektorem w pewnej firmie ubezpieczeniowej. Wydawało się, że nigdy z niej nie odejdzie, bo to była złota klatka. Opisałem odejście Laurusa z Maodionu zanim mój realny kumpel zadzwonił do mnie z informacją, że właśnie odszedł z korporacji. Jego książkowe dzieje wyprzedziły realny akt o może rok, może mniej. Ważne jest, że nie miałem pojęcia, że się na to zanosi.
Wiem, że wielu czytelników lubi światy constans. Niestarzejącego się Conana, wiecznie młodego Sherlocka i wciąż ten sam Londyn. To uspokaja. Ale świat taki nie jest i życie takie nie jest. Po pokonaniu Saurona Śródziemie się zmienia, Frodo z Gandalfem odpływają. Po Wielkiej Przegranej Ziemia zostaje opuszczona, a ludzkość zaczyna od 3 miliardów populacji, pod nowymi rządami Imperatora (tu mówię oczywiście o Gamedecu). „Gdzie jest stary gamedec?”, pytają niektórzy. Przeminął. Ot, co. Straszne, ale prawdziwe. Wrócił w postaci Talda i moim zdaniem jego przygody w talizmanach są o niebo ciekawsze, bo zagrożony jest realną śmiercią i ma do czynienia z – w pewnym sensie – prawdziwymi ludźmi, a nie cyfrowymi bytami.

Zawsze mnie w tej sadze fascynowało, że mimo zmieniających się warunków, układu geopolitycznego, rozrastania się Imperium, pojawiania się rewolucyjnych technologii, a nawet rozdzierania samej tkanki rzeczywistości przez Duchy Opiekuńcze, główny bohater zmienia się nieznacznie. Pozostaje sobą. Jego tożsamość się nie zmienia. To jakby postawić kogoś na ulicy na kilka godzin i filmować, a potem odtworzyć scenę w przyspieszonym tempie. Ludzie dookoła śmigają, światła migają, a on stoi w wichrze zdarzeń. Torkil spoważniał, przestał tak bardzo latać za spódniczkami, stał się trochę bardziej melancholijny, ale wciąż z zaciekawieniem obserwuje rzeczywistość. Tak jak ja.

Bohaterowie co prawda niewiele się zmieniają, ale “Gamedec” wciąż jest sagą o ludziach szukających siebie, tego czym nazywają człowieczeństwem, sposobu na życie w świecie rzeczywistym czy też wirtualnym. Myślisz, że te poszukiwania i technologia przyszłości będą szły w parze?

Nie bardzo widzę, jak technologia mogłaby temu przeszkodzić, więc dlaczego nie? Rzeczywistość rozszerzona pozwoli nam widzieć piękniejszy świat i atrakcyjniejszych ludzi, a rzeczywistości wirtualne umożliwią stworzenie drugiego domu, może trzeciego i czwartego. Podobno do roku 2050 stanie się możliwy transfer świadomości do świata cyfrowego. Mam wrażenie, że nieśmiertelność jest największym marzeniem większości ludzi. Zachowanie tożsamości. Ciekawość tego, co przyniesie kolejna dekada czy stulecie. Na razie, dopóki wisi nad nami widmo śmierci biologicznej, patrzymy na życie inaczej, ale w momencie, gdy otworzono by przed nami bramy nieśmiertelności, spojrzelibyśmy na nasze istnienie zupełnie innymi oczami.

Myślisz, że ta cyberpunkowa przyszłość z pierwszych tomów Gamedeca jest w zasięgu naszej ręki?

O, chciałbym, ale nie, zupełnie nie. Jak pamiętasz, gracze w „Granicy rzeczywistości” widzą dookoła siebie świat w tak olbrzymiej rozdzielczości, że nie są w stanie odróżnić go od realium. To oznacza, że hełm wirtualny drażni interpretacyjną korę wzrokową taką samą liczbą bodźców, jak nerw wzrokowy. Jak na razie osoby niewidome, które mają w ten sposób pobudzaną korę wzrokową, widzą czarno-biało i tak wielkie piksele, że ledwie odróżniają kapelusz od wieszaka, na którym on wisi. Zanim uda się sztuka bodźcowania mózgu w tak doskonałym stopniu, w jakim robi to natura, jeszcze trochę czasu upłynie. To samo tyczy dźwięków, zapachów itd. Już prędzej można to zrobić po prostu pokazując graczowi otoczenie na ekranach i karmiąc jego uszy prawdziwymi dźwiękami. Ale zapomnij wtedy o realnym odczuciu latania, skakania itp. Gracz podskoczy na pół metra, a jeśli będzie chciał „lecieć”, będzie się musiał położyć na jakiejś leżance. Zapewniam jednak, że nie będzie to „matrix”. No i rozwiązania takie zajmą kawał przestrzeni pomieszczenia, w którym odbywać się będzie gra i będą drogie.

Na razie nie wyobrażam sobie urządzenia na tyle precyzyjnego, by przez czaszkę potrafiło wpływać na pracę neuronów. Jak wiesz, opisałem w „Granicy…” fale grawitacyjne, ale jeżeli już, musiałoby to być kilka słabych wiązek skierowanych w jedno miejsce. Czyli na każdy neuron przypadałoby kilka „dział”. Uf! Już prędzej dałoby się to wszystko zrobić za pomocą patentu opisanego przeze mnie w CEO Slayerze, czyli sieci nanowodów rozprowadzonej do wszystkich części mózgu dzięki drzewu naczyń krwionośnych. Skądinąd jest to o niebo sensowniejszy patent niż jakieś dziwaczne rury w tyle głowy rodem z Matrixa. Pamiętam dyskusję na temat okładki do tej książki na łamach portalu Katedra, gdzie zagnieździł się wyjątkowo zepsuty rodzaj malkontentów. Spodobała im się (ku mojemu wielkiemu zdziwieniu) robocza wersja okładki do tej powieści, w której Tomek Maroński (autor ilustracji) wrzucił pierwszy z brzegu łeb z rurą właśnie z tyłu głowy, żeby cokolwiek tam było (na okładce). Potem, gdy łeb ten został zastąpiony głową prawdziwego Rodneya, posypała się krytyka – że sztampa itd., bo gość w kapeluszu (Oni tam krytykują wszystko i wszystkich, to taki nawyk. Chwalą, także nawykowo, tylko dwa wydawnictwa). Musiałem bardzo cierpliwie wtedy wyjaśnić, dlaczego rura w głowie równie dobrze mogłaby zostać zastąpiona rurą w…, a małe gadżety na szyi Rodneya stanowią o wiele sensowniejsze rozwiązanie.

Wracając do tematu, w zasadzie jedyną rzeczą, jaka jest już w zasadzie gotowa, są same gry. Technologia przestrzennego widzenia jest stworzona, rozdzielczości są świetne, dźwięk także nie stanowi problemu, obszary tworzone w grach są olbrzymie i ciekawe – żyć nie umierać. Gdyby tylko organizm człowieka i jego mózg nie były tak skomplikowane…

closer to the people
Poprzedni

Closer to the People - Tanita Tikaram inna niż kiedyś [recenzja]

highlander_nieśmiertelny
Następny

Nieśmiertelny, czyli zawiłe losy rodu MacLeod

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz