WYWIADY 

Marcus Nispel: kręciłem w głowie „Gwiezdne wojny”

Po klęsce „Conana” Marcus Nispel porzucił Hollywood i cztery lata pracował nad nowym filmem. „Asylum” trafiło właśnie do wybranych kin w Europie i na VOD. A nam twórca „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” opowiada o kręceniu remaków, autorskich projektach i ojcu Polaku.

 

Dzika Banda: Horror „Asylum” to pana autorski projekt…

Marcus Nispel: Absolutnie autorski i niestety absolutnie niskobudżetowy. Ludzie dziwią się czasami pytając mnie czy moich kolegów pracujących w Hollywood, dlaczego pracujemy ciągle albo nad adaptacjami komiksów, albo nad remake’ami. Odpowiedź jest dość prosta. Bo to filmy bezpieczne dla wielkich studiów filmowych. Pracując nad Conanem, nowym „Piątkiem 13-tego” wytwórnia wie, że może liczyć na fanów, na tych, którzy kojarzą serię itp. Wprowadzić do kina autorski film gatunkowy to dla nich niemal jak samobójstwo. Zwłaszcza teraz, gdy wbrew pozorom jednak i w Hollywood liczy się pieniądze. Ma to swoje złe strony, bo jednak wciąż kino kręci się dookoła wypróbowanych schematów, ale ma też i dobre, bo wypracowując sobie markę może próbować przekonywać producentów do ambitnych, własnych projektów, czego najlepszym przykładem jest „Incepcja” Christophera Nolana. Nie zrobiłby jej gdyby wcześniej nie pracował dla niezwykle kasowym Batmanem.

Autorski nie zawsze znaczy udany…

Zdaję sobie z tego sprawę, że mój „Tropiciel”, był moją największą artystyczną porażką, ale nie żałuję. Mały Wiking, który po przybyciu do Ameryki zostaje przygarnięty przez Indian, uczy się walczyć by w końcu zmierzyć się z przeznaczeniem. Cholera to mogło się udać. Mając świadomość tego, że to opowieść o facetach walczących na miecze i zdobywających kobiety, celowo przeginałem, bawiłem się konwencją. Niestety, gdy film trafił na kolaudacje u producentów ci nie byli zachwyceni.  – Jakim cudem on może tak długo wytrzymać pod wodą! – Dlaczego nie umarł z wyziębienia! To były jedne ze spokojniejszych komentarzy. Tłumaczyłem, to komiks, rządzi się swoją logiką, to nie dramat psychologiczny o osadnikach. A oni na to, że liczyli na coś w stylu „Ostatniego Mohikanina”. I się nie dogadaliśmy. W efekcie film został totalnie pocięty i teraz, gdy go oglądasz wygląda na przypadkową zbieraninę scen.

Pozostałe filmy już takich emocji nie wywoływały?

Nie, bo były wariacjami na ograne tematy mocno zakorzenione w popkulturze.

Czyli nie bójmy się tego określenia – były przeróbkami znanych filmów.

Trochę prawda, trochę nie. Urodziłem się i dorastałem w Niemczech. A swoją drogą wie pan, że ja po części jestem Polakiem? Mój ojciec uciekł z Mazur po 1945 roku.

Nie wiedziałem. Za to w Polsce powstał kontrowersyjny film o Mazurach „Róża”

O proszę, nie wiedziałem.  Tata dużo opowiadał o waszej krainie jezior. Ale wracając do tematu. Dopiero od stosunkowo niedawna filmy mają swoje premiery tego samego dnia na całym świecie. Gdy byłem dzieciakiem na głośne hity ze Stanów musieliśmy czekać w Niemczech około pół roku. Pamiętam, że tak było z pierwszymi „Gwiezdnymi wojnami” Lucasa. Pół roku po ich premierze w Stanach znaliśmy już legendarną muzykę Johna Williamsa, figurki, mieliśmy kubki, plakaty, zdjęcia, ale nikt nie wiedział jak te słynne „Gwiezdne wojny” wyglądają. Więc w oczekiwaniu na premierę – która przesunięta była przez to, że w Niemczech wszystkie filmu wchodziły do kin w pełnym dubbingu – tworzyliśmy własny świat „Gwiezdnych wojen”. Myślę, że to chyba przez to tak często kręcę przeróbki, bo kręcę filmy, które znam i kocham, ale w taki sposób, w jaki jest sobie wyobrażałem, zanim kiedykolwiek je zobaczyłem.

A wie pan ile w komunistycznej Polsce czekaliśmy na „Gwiezdne wojny”?

Nie, a to ciekawe ile?

Na pierwsze dwa lata. Na „Powrót Jedi” pięć.

O kur… To niesamowite jak polityczny reżim wpływa na to jak może rozwijać się wyobraźnia dzieciaków. Ale teraz już u was wszystko na szczęście jest normalnie.  Swoją drogą wciąż np. przeraża mnie fakt, że w komunistycznych Chinach ukazują się rocznie dwadzieścia cztery wybrane przez rząd hollywoodzkie hity filmowe.

Domyślam się że George Lucas nigdy nie pozwoli nikomu nakręcić remake „Gwiezdnych wojen”.

Wiem, że moje filmu trafiają do kin z etykietką – remake. Ale tak naprawdę ja chyba nigdy nie nakręciłem remake’u z prawdziwego zdarzenia. „Teksańska masakra piłą mechaniczną” ogrywała to, co pokazał u siebie Tobe Hooper. „Piątek 13-tego” próbował podsumować całą serię o Jasonie. „Conan” był daleki od filmu Miliusa.  Remake moim zdaniem to film zrobiony od początku do końca tak, jak wyglądał oryginał. Gus Van Sant nakręcił scena po scenie „Psychozę” Hitchcocka – do dziś nikt nie wie, po co. Ja wiem po co zrobiłem np. „Conana”. Mieszkając w Niemczech czytałem namiętnie amerykańską prasę ucząc się w ten sposób języka. W 1982 roku przeczytałem recenzje w magazynie „Time”. Już nie pamiętam, kto ja napisał, ale pierwszego zdania tego tekstu nigdy nie zapomnę” „Conan Barbarzyńca Johna Miliusa to takie „Gwiezdne wojny” tylko nakręcone przez socjopatę”. I to zdanie mnie uwiodło! Nie mogłem się tego filmu doczekać. Pewnie, że po fakcie, jak już go obejrzałem byłem odrobinę rozczarowany, bo w końcu wyobrażałem sobie po takiej recenzji dzieło totalnie bezkompromisowe, ale moje rozczarowanie wynikało z nastawienia. To dobry film. John Milius zrobił rzecz absolutnie w klimacie lat 80. To była era disco a wszystko musiało być błyszczące i efektowne. Wtedy też Hollywood już po zachłyśnięciu się efektami specjalnymi i tym jak zmieniły one kino przygodowe stawiało na epickie wielkie widowiska. Pewnie, że z perspektywy czasu ówczesne efekty nie robią już takiego wrażenia, ale wtedy to było naprawdę coś. Ale ja i tak lubię staroświeckie kino.

Jakoś tego nie widać. Pana najsłynniejsze filmy, to jednak współczesne wariacje na temat. „Teksańska…” była krwawa i dynamiczna, „Piątek…” także, „Conan” był w 3D.

Najbardziej lubię kino z lat 70. wtedy powstawały naprawdę proste, ale mocne historie przygodowe, jak choćby „Jeremiah Johnson” jeden z moich ulubionych filmów, do którego Milius napisał zresztą scenariusz. Problem polega na tym, że dzisiejsze dynamiczne kino akcji totalnie wyparło tamten styl opowieści. Zawsze staram się jakoś logicznie połączyć ze sobą stare kino z szybkością i dynamicznością nowego. Pan zwróci uwagę na fakt, iż naprawdę w większości swoich filmów ograniczam efekty komputerowe, gdyby to było możliwe w ogóle bym ich nie stosował, ale wtedy budżet urósłby do gigantycznych rozmiarów. Użyliśmy efektów 3D tylko przez to, że filmy 3D są wolniej piratowane. Znaczy kręcenie kamerą cyfrową efektów 3D zawsze powoduje, że kopie są niewyraźne, jeśli nie fatalne. Więc powód zasadniczy to walka z piractwem. A poza tym to dziś oczywiście filmowy standard, wszyscy kręcą 3D.

I pomyśleć, że dawno temu w latach 50. pewien reżyser, który nazywał się Andre De Toth nakręcił jeden z pierwszych i najgłośniejszych filmów 3D, czyli „House of Wax” z Vincentem Pricem będąc ślepym na jedno oko – czyli de facto nigdy nie widząc 3D.

Vincent Price w swoich wspomnieniach pisał, że De Toth nigdy nie mógł zrozumieć, o co jest całe zamieszanie dookoła jego filmu, przecież dla niego to był zwykły dreszczowiec. Jak tak sobie myślę o tym teraz to przecież realizując film, nie widzę 3D, efekt pojawia się dopiero później. No, ale w puencie mam świadomość tego, co realizuje. Myślę, że jest jeden reżyser, który chyba nie mógłby nakręcić filmu 3D – myślę tu o Peterze Weirze. On kocha wielkie szerokie plany jak w kinie dokumentalnym, a to niestety w 3D się nie sprawdza.

Kate Lambert Kato Dzika Banda 01
Poprzedni

Kate "Kato" Lambert - steampunk girl [galeria NSFW]

promoted-media_55198642c7d4d
Następny

Asylum [film] [horror]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz