WYWIADY 

Michael Coulter: Słaba płeć? niech będzie przygodą [wywiad]

 Michael Coulter, nominowany do Oscara za zdjęcia do „Rozważnej i romantycznej” brytyjski operator, twórca zdjęć do takich filmów jak „Cztery wesela i pogrzeb”, „Notting Hill” czy „To właśnie miłość” zrealizował zdjęcia do najnowszej komedii Krzysztofa Langa „Słaba płeć?” (premiera 1 stycznia 2016). Nam opowiadał o tym jak wyobrażał sobie Polskę, specyfice gatunku jakim jest komedia romantyczna i jak nominacja do Oscara wpływa na karierę.

Dzika Banda: Jak ceniony, nominowany do Oscara brytyjski operator trafił na plan polskiej „Słabej płci?”?

Michael Coulter: Przez przypadek. Tak naprawdę wszystko zaczęło się od tego, że napisał do mnie Wojciech Pałys producent „Słabej płci?” z pytaniem, czy jako człowiek, który nakręcił najbardziej znane współczesne komedie romantyczne, nie chciałbym zrealizować filmu w Polsce. Też komedii romantycznej. Najpierw pomyślałem, że to co najmniej niedorzeczne, bo przecież nie znam języka, Warszawy i zupełnie nie znam waszych realiów. Ale on zaczął mnie przekonywać. Potem spotkaliśmy się z Krzysztofem Langiem, reżyserem filmu i jakoś tak mnie zagadali, że… uznałem, a co mi tam. Niech ten film będzie moją przygodą życia.

Miałeś jakieś oczekiwania? Wyobrażałeś sobie jakoś Polskę?

Na moje nieszczęście, jako obcokrajowiec, najpierw zawitałem do Krakowa. Byłem tam jurorem na festiwalu Off Kamera i to jest absolutnie przepiękne miasto, tyle że jest to miasto specyficzne, inne. Architektura, układ ulic, klimat. I kiedy nagle przemieściłem się do Warszawy, którą znam tylko telewizyjnych wiadomości, spodziewałem się czegoś podobnego i dostałem obuchem w łeb. Myślę, że to dość częsty przypadek pośród turystów, najpierw odwiedzamy Kraków, a potem myślimy że reszta Polski jest taka sama. Nie jest. Trafiłem do miasta, które de facto nie ma centrum, a niemal każda ulica ma swój klimat i czasami jest skrajnie różna od poprzedniczki. No a potem przyprawiłem o palpitację szefów produkcji, bo absolutnie zauroczył mnie Pałac Kultury. Mówię im – to piękny budynek, weźmy nakręćmy tu jakąś romantyczną scenę, a oni patrzyli tylko na mnie z coraz większym przerażeniem. Dopiero potem dowiedziałem się o prezencie od Stalina i całej historii tego miejsca. Nie mniej wciąż uważam, że jest piękne i absolutnie filmowe.

Zrób to! Pałac Kultury w polskim kinie pojawia się zazwyczaj w kontekście dramatów obyczajowych albo filmów sensacyjnych, a zrobienie z niego romantycznego miejsca schadzek, byłoby wyłamaniem się z konwencji. U nas sceny miłosne kręcone są głównie na moście…

Tym współczesnym? Swietokrys…

Świętokrzyskim. Dokładnie o tym mówię.

Na tym moście na pewno będziemy kręcić, bo jest niezwykle filmowy i widać z niego kapitalną panoramę miasta.

Ale tu kręcone jest wszystko romantyczne w Polsce!

I co z tego? Mam wrażenie, rozmawiając o komediach romantycznych z ludźmi w Polsce, że trochę mylicie pojęcia. Komedia romantyczna nie zbawia świata i nie pełni funkcji dzieła sztuki. To film użytkowy, który sprzedaje pewną wyidealizowaną wizję świata. Myślisz, że Notting Hill jest najpiękniejszym zakątkiem w Londynie?

Nie. Poza tym to miejsce gdzie w latach 50. ubiegłego wieku wybuchły pierwsze rasowe zamieszki w Londynie.

Dokładnie. Ale moja praca jako operatora polega na tym, żeby pokazać to miejsce tak, aby ludzie widzieli bajkę. Bajkę, którą opowiada scenariusz, którą prowadzi reżyser, a ja nadaję jej wizualny kształt. Film „Notting Hill” w założeniu Richarda Curtisa był baśnią i żeby tę baśń opowiedzieć, musiałem pokazać Londyn słodki, piękny i pocztówkowy. I tu wracamy do komedii romantycznej. Ten gatunek to filmowa pocztówka, dlatego nam nigdy nie przeszkadza, zresztą nikomu nie przychodzi do głowy, żeby rezygnować z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w mieście. Zawsze pokazujemy Big Bena, zawsze pałac Buckingham, zawsze jest Hyde Park itp. To są miejsca, które zna każdy, a ponieważ komedia romantyczna to film dla każdego muszą być w nim miejsca rozpoznawane.

Słynne niebieskie drzwi,  w rzeczywistości były czarne a cały ten dom, był ówczesnym mieszkaniem Richarda Curtisa. Po sukcesie „Notting Hill” sprzedał go i się wyprowadził.

Nie nakręcisz komedii romantycznej w slumsach?

Nakręcę, ale jeśli to będzie niszowy projekt, albo tak wymyślona historia, że slumsy są jej integralną częścią. Ale widz komedii romantycznej nie chce brudu. Reasumując – jeśli wasz most jest rozpoznawalną częścią Warszawy, jest piękny, pocztówkowy, to ja nie widzę przeszkód, żeby na nim kręcić. Czy w związku z tym że nakręcono na nim siedem innych filmów, obrazisz się i nie będziesz tam kręcił? To jakbyśmy w Londynie mieli się obrazić na Buckingham. To tak nie działa.

Tyle że polski rynek filmowy jest mniejszy niż brytyjski i u nas mocniej widać powtarzane miejsca.

I znów wracamy do fundamentalnego pytania – po co realizujesz komedię romantyczną? To najchętniej oglądany gatunek filmowy, filmy romantyczne nakręcają koniunkturę nie tylko frekwencyjną w kinach, ale i turystyczną. Są wizytówkami miast, pocztówkami z nich. Wiesz ile osób przyjeżdża do Londynu, żeby przejść się po Notting Hill, czy poszukać miejsc z „To właśnie miłość”? Tysiące. Dlatego też powinniście przykładać wielką wagę do tego, aby w swoich komediach romantycznych pokazywać Warszawę tak, żeby ludzie chcieli tu przyjechać. Przejść się tym, ale właśnie tym mostem, oświadczać itp. W tym nie niczego złego, to magia miłosnych opowieści. Nie trzeba z tym walczyć, raczej cieszyć, że dany film tak mocno wpłynął na postrzeganie określonego miejsca.

Tak jak słynne drzwi z „Notting Hill”.

Tak, słynne niebieskie drzwi, które w rzeczywistości były czarne a cały ten dom, był ówczesnym mieszkaniem Richarda Curtisa. Po sukcesie „Notting Hill” sprzedał go i się wyprowadził.

Podobno człowiek, który kupił dom od niego po kilku latach go sprzedał, bo miał dość wycieczek walących mu w drzwi z nadzieją, że otworzy im Hugh Grant.

Tak było! I o to mi chodzi. O pokazywanie miejsc na tyle sugestywnie, że ludzie chcą do nich pojechać, bowiem wierzą, że gdzieś tam nastąpiło jakieś przepięcie w rzeczywistości i część filmu stała się prawdą.

Zdarzało ci się przy innych filmach tworzyć takie zakrzywienie światy? Pokazać zakątek Londynu, który stał się turystycznym punktem?

W jednym z moich wczesnych filmów „Local Hero” (w Polsce wyświetlany jako „Biznesmen i gwiazdy”, u nas bardziej znana jest muzyka z niego skomponowana przez Marka Knopflera – przyp. red) w wielu scenach pojawia się czerwona budka telefoniczna. Ponieważ nie było jej w miejscu gdzie kręciliśmy, została dobudowana, a potem zdemontowana, kiedy film zaczął cieszyć się statusem filmu kultowego, ludzie zaczęli jeździć do Szkocji szukając tej budki. I w efekcie została postawiona naprawdę. Z kolei każda z naszych trzech komedii londyńskich czyli „Cztery wesela i pogrzeb”, „Notting Hill” i „To właśnie miłość” doczekała się swoich wielbicieli i ludzi którzy zwiedzają miasto jej śladami. „Notting Hill” miało to szczęście, że w tytule miało nazwę dzielnicy, a co za tym idzie, była łatwa do zlokalizowania. Za to „Cztery wesela…” sprawiły, że w każdej komedii romantycznej teraz masz scenę pocałunku w deszczu, dokładnie tak sfotografowaną jak u nas, a z „To właśnie miłość” na stałe do historii przeszła sekwencja wyznania miłości na kartkach. Tak więc każdy z tych filmów w jakiś sposób wpłynął na rzeczywistość.

Kiedy zaczynałeś przygodę z filmem, myślałeś, że zostaniesz etatowym operatorem komedii romantycznych?

Ze mną i z filmem to w ogóle zabawna historia. Kręcę filmy od czterdziestu lat, nie mam żadnego filmowego wykształcenia, a do branży trafiłem, bo chciałem. Byłem szczeniakiem, tuż po liceum zostałem chłopcem na posyłki w wytwórni filmowej. Była maleńka – pracował w niej reżyser i operator. Ale tak to się zaczęło. Potem rok, po roku uczyłem się fachu na planie. Dlatego kiedy ktoś się mnie pyta, jak zostać operatorem itp. Mówię szczerze – nie wiem. To się ma w sobie albo nie. Nie pracuję w oparciu o technikę, naukę, a instynkt i serce. No i mam jak to mówią „dobre oko”. A komedie romantyczne – same przyszły. Mam jedną skazę zawodową, mianowicie nie cierpię przemocy, nigdy nie kręciłem i nie potrafię kręcić brutalnego kina, więc zostały mi dramaty i komedie.

Przesadzasz chyba – w końcu zrealizowałeś „Angielską robotę” z Jasonem Stathamem.

Ale to nie był film akcji. Raczej łotrzykowska opowieść, której uroku dodawał smaczek, że była oparta na domniemanych faktach, czyli prawdziwej aferze, czyli napadzie na bank przy Baker Street w 1971 roku.

Podobno kręciliście dokładnie w tym samym miejscu, w którym dokonano napadu.

Tak! Ten bank wciąż działa, jest otwarty. Kamienice dookoła niego stoją jak w 1971 roku. Zdjęcia realizowaliśmy w naturalnych plenerach i tylko podkop pod bank, kręcony był w studio, a potem nakładaliśmy na siebie obrazy. Ale wszystko co widzisz w filmie to prawdziwe miejsca.

Trudno zamienić współczesny Londyn, w Londyn z 1971 roku?

I tak, i nie. Wszystko rozbija się o budżet. „Angielska robota” miała spory i mogliśmy sobie pozwolić na kręcenie w plenerach, czy zamykanie ulic. Oczywiście nie na taką skalę jak mogą pozwolić sobie na to ludzie od Bonda – oni bowiem zamykają centrum Londynu kiedy chcą i kręcą. My mieliśmy ograniczenia, ale nie tak duże jak np. w przypadku „Czterech wesel i pogrzebu”, który w zasadzie był filmem niezależnym i niszowym. Tu musiałem się z ekipą nakombinować, jak nakręcić Londyn tak, aby wyglądał urokliwie i pięknie a przy tym nikt nie zorientował się, że kręcimy nocą, albo w dzielnicach, które nie są tymi za które się podają, bo nie stać nas na lokalizację.

Wszystko kosztuje?

I to fortunę. Im większy budżet, tym większa swoboda w pracy i możliwości. Przy „Notting Hill” dla przykładu sceny kręcone w centrum realizowaliśmy owszem w lokalizacjach, ale cały sztab dowodzenia, był kilka dzielnic dalej. Musieliśmy zatem zwozić ze sobą cały sprzęt, żeby przez przypadek niczego nie potrzebować, bo przebicie się przez korki gwarantowało paraliż zdjęć. Dlatego wspominam Bonda – na ten moment to najdroższa produkcja, która ma na tyle gigantyczny budżet, że nie muszą martwić się opłatami za zamknięcie miasta.

Wspominałeś „Cztery wesela…” – to był najtrudniejszy film z twoich komedii romantycznych?

Tak, bo miał najmniejszy budżet i największy rozmach. Cztery wesela, masa statystów, gargantuiczna ilość kostiumów i bardzo ograniczony czas zdjęciowy. Żeby to wszystko się udało ekipa musiała działać jak mała armia.  Zresztą ja zawsze powtarzam, że film to bitwa, a ekipa musi być zwarta i gotowa na każdą ewentualność.

Po sukcesie „Czterech wesel…” trafiłeś na plan „Rozważna i romantyczna” Anga Lee. Za zdjęcia do tego filmu byłeś nominowany do Oscara. Powiedz – jak nominacja wpływa na status operatora?

Tuż po Oscarach zrealizowałem w USA bardzo dziwny film z Billym Crystalem „Mój olbrzym”, ale nie miałem ochoty wiązać swojej kariery z Hollywood. Powiedzmy tak – jestem dumny z faktu, że jestem Europejczykiem (śmiech). A poważnie w Wielkiej Brytanii mam więcej luzu, a do filmów podchodzi się mniej biznesowo a bardziej rozrywkowo. Hollywood to jednak wielka korporacja i inny model pracy. Tam naprawdę wszystko wygląda jak fabryka. Natomiast wracając do pytania – tak zmieniła, bo doceniono mnie jako operatora, moją pracę,  mój sposób myślenia o zdjęciach. Natomiast faktycznie nie skorzystałem z możliwości zostania tam. Wybrałem Europę.

„Rozważna i romantyczna” była filmem niezwykle nakręconym, bo ponoć w całości w plenerze.

Co czasami mocno komplikowało nam życie. Wiesz na przykład proste światło. Nie mogliśmy używać sztucznego, więc moja ekipa elektryków musiała się nagimnastykować nad tym jak oświetlić sceny, kiedy nic już nie widać. Tak naprawdę zbudowaliśmy jeden plan. Sekwencję w której Marianne myśli, że umiera i leży w łóżku. I to wszystko. Reszta to plener.

Kręcenie w plenerze musi czasami być zaskakujące?

No pewnie. W „To właśnie miłość” jest scena hotelowa, kręciliśmy w hotelu nocą, w lobby, bo w dzień byłby za duży tłum, ale i tak obsługa hotelowa przyszła i… kazali nam założyć krawaty i wyglądać jak obsługa. Więc powiedziałem chłopakom – no cóż, skoro mus, to mus. I cała filmowa ekipa wyglądała jak pracownicy hotelu.

J.P. Fantastica
Poprzedni

Srebrny Trójkąt - japoński koktajl a'la Philip K. Dick [recenzja]

Parlophone
Następny

A Head Full of Dreams – muzyka do windy [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz