WYWIADY 

Michael Peña – Kochajcie swoje suczki [wywiad]

Przebił się jeszcze przed trzydziestką, ale długie lata odrabiał frycowe. Dzisiaj jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych amerykańskich aktorów latynoskiego pochodzenia. Michael Peña mówi nam o swojej roli w „Ant-Manie”, miłości do horrorów i trudnym losie w Hollywood.

Bartosz Czartoryski: Ukradłeś innym aktorom film.

Michael Peña: Masz mnie za kryminalistę?

Nie mam pojęcia, co teraz powiedzieć.

Szczerze mówiąc, to ja też nie. Strasznie się denerwowałem na planie, bo komedia nigdy nie była moim środowiskiem naturalnym. Starałem się być śmieszny, rozbawić ludzi, taka praca…

Sporo improwizowałeś?

Prawie każdą scenę. Ale tak miało być, tak się umówiliśmy. Paul [Rudd – przyp. red.] mnie dopingował, nawijał, żebym gadał, co mi przyjdzie do głowy. Pozwolił mi się rozbrykać, co stresowało mnie jeszcze bardziej; nie chciałbym zostać zapamiętany jako „gość, który spieprzył film Marvela”. Na szczęście Peyton [Reed, reżyser – przyp. red.] to bystry chłop, inteligentny, mogliśmy przerzucać się pomysłami, a raczej to ja zarzucałem go pomysłami, a on tylko odpowiadał jak karabin maszynowy: „Śmieszne”, „Nieśmieszne”, „Śmieszne”, „Nieśmieszne”.

Nie kusiło cię, żeby pojechać po bandzie?

Kusiło, ale musiałem się pilnować, cały czas mieć w pamięci, że kręcimy film w MCU i typ humoru, który zaprezentuję, musi się dopasować.

Tym bardziej ciekawi mnie, jak Luis wypadnie zderzony z innymi superbohaterami.

Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Czaisz sytuację? Avengers siedzą przy stole, a latynoski cwaniaczek nawija im na uszy makaron. Iron Man i Kapitan Ameryka pewnie spoglądaliby po sobie sobie jak mój dzieciak, który nie skumał, co ja na ekranie wyrabiałem.

Ile ma lat?

Sześć. Bystrzacha, ale moje sceny to raczej mrugnięcie okiem do dorosłych.

Ucieszył się, że ojciec gra w „Ant-Manie”?

Ba, jestem teraz dla niego mistrzem! Dla dzieciaka, który kocha Lego, książki, Minecrafta i komiksy zobaczenie ojca na ekranie z superbohaterami to bomba. Uśmiechał się przez cały seans, bo teraz myśli, że ma fajnego starego.

Możesz zdradzić, na ile filmów związałeś się z Marvelem?

Podpisałem kontrakt na trzy filmy. Miałem się za wyjątkowego, a potem dowiedziałem się, że z każdym takie umowy podpisują. No cóż…

Ale generalnie masz nosa do ról. „Bogowie ulicy”, „Furia”…

Dla aktora wybór scenariusza to sprawa bardzo osobista. Tak jak każdy mam swoje ulubione filmy, książki czy komiksy i kieruję się gustem. Mój agent oczywiście przesiewa to, co do mnie przychodzi, ale ostatecznie decyzję podejmuję jak dzieciak, patrząc, czy mi się coś podoba, czy nie, dopiero potem myślę o tym w charakterze biznesowym. Bo kiedy czytam scenariusz i zastanawiam się, co będzie dalej, jestem podjarany, to biorę. O ile to nie pornos.

Ostatnio pojawiłeś się też w horrorze [„Taśmy Watykanu – przyp. red.].

Bo bardzo chciałem nakręcić horror! Latynosi uwielbiają horrory.

Ciśnie mi się na usta: czemu?

Nie mam pojęcia. Pamiętam, jak po „Koszmarze z ulicy Wiązów” nie mogłem spać przez dobrych parę dni, matka opieprzyła mnie z góry na dół i zabroniła oglądać horrory. A kiedy szła do pracy, braciak wyciągał skądś taśmę i pytał: „Zgadnij, co dzisiaj robimy?”. Zamawialiśmy pizzę, a po powrocie mama pytała „Co dzisiaj robiliście?”, a my, ewidentnie wystraszeni, paliliśmy głupa.

Lubisz się bać?

Tak, kierują mną jakaś zabójcza ciekawość, bo oglądanie horroru jest jak przejażdżka rollercoasterem, taka ułuda obcowania ze śmiercią. Takie filmy jak „Dziecko Rosemary” czy „Lśnienie” napędziły mi naprawdę cholernego stracha. Ale czasem zdarzają się dziwaczne rzeczy nawet w sąsiedztwie. Na moim osiedlu, a to, zaznaczam, dobre osiedle, znaleziono kiedyś odcięte głowy. Odcięte głowy, rozumiesz? Kto jest zdolny do takich rzeczy? Ktoś powie szatan, magia, ale to robią ludzie, inni ludzie. I oni gdzieś tam są. Czasem widzisz w telewizji gliniarza, który opowiada, że nie może uwierzyć w to, co zobaczył na miejscu zbrodni. Bo jak przywyknąć do takich zbrodni, jak zrozumieć, że ktoś trzyma w lodówce czyjeś uszy? Nie da się.

Zdaje się, że dzisiaj horrory to niezły biznes, szczególnie tak zwane „found footage”.

Nie ma co kryć, są tanie, grają w nich przeważnie mało znani aktorzy. Studia kalkulują, że to się opłaca, bo nawet jeśli zrobią, dajmy na to, dziesięć filmów po pięć baniek każdy, to wystarczy jak dwa chwycą i już są na plusie. Po prostu wysokobudżetowe horrory to loteria, pozatrudniasz drogie gwiazdy, film przepadnie i leżysz. A za tę sumę można zrobić kilka sztuk. Taki biznes.

Powiedziałeś, że nie przywykłeś do komedii. Nie proponują ci ich?

Czasem przychodzi do mnie scenariusz oznaczony jako „komedia”, czytam go i się zastanawiam, co tam jest śmiesznego. Dlatego ich nie biorę. Zrobiłem „Observe and Report”, bo rola wydawała mi się zabawna. Zobaczyłem kiedyś dokument o alfonsach i zapamiętałem takiego kolesia, który leżał w łóżku – w butach! – i ściskały go dwie prostytutki, nieładne, żuły gumę, znudzone jak cholera. Facet zza kamery pyta: „Bracie, jaki jest sekret bycia alfonsem?”. A ten odpowiada: „Musisz kochać swoje suczki. Kochać swoje suczki!”. I szukałem okazji, żeby coś takiego zagrać.

Spodziewałeś się, że twoja kariera potoczy się tak, a nie inaczej?

Nie, równie dobrze mogłem zostać skazany na reklamówki. Moje pochodzenie automatycznie przypisywało mnie do pewnego rodzaju ról. Z początku nie dostawałem żadnych poważnych, znaczących propozycji, tylko „Gangstera numer pięć”, potem „Gangstera numer cztery”. Jestem dzieciakiem ze szkoły prywatnej, a moją ambicją było zagrać kiedyś szefa gangu!

Dziś jest inaczej?

Sporo się zmieniło, ale pamiętam, jak dostawałem materiały na temat przygotowywanego filmu i stało tam tak: „Mark, rola główna, biały; John, rola główna, biały; główna rola kobieca, biała”. I tak dalej, i tak dalej, aż wreszcie, kilkanaście pozycji niżej, trafiałem na „Pablo; inna rasa”. Dzięki, kurna. Musiałem trochę poczekać. Ale stwierdziłem, że nic na to nie poradzę, niczego nie zmienię, muszę zagryźć zęby i jeśli tak ma wyglądać moje aktorskie życie, to trudno, niech i tak będzie, lecz zrobię, co będę mógł. Traktowałem każdą gównianą rólkę, jakbym grał Szekspira, po swojemu, tworzyć wielowymiarowe postacie. I wtedy się trochę poprawiło.

Kiedy cię naszło, że zostać aktorem?

Trudno powiedzieć. Dawno temu zobaczyłem film z Edwardem Jamesem Olmosem „Wszystko albo nic”, który naprawdę utkwił mi w głowie. Dzięki niemu zakochałem się w szkole, wiedziałem, że muszę się dobrze uczyć, aby uciec z getta. Ale żeby zostać aktorem trzeba też mieć sporo szczęścia. Niektórym jest łatwiej, bo są diabelnie przystojni albo wyglądają jak modelki.

Pochodzisz z religijnej rodziny, a teraz nawet grasz księdza. Przypadek?

Opowiem ci coś. Moja mama zmarła, kiedy byłem młody. Miałem akurat przesłuchanie do roli w serialu, gdy otrzymałem telefon z domu. Pognałem do Chicago, poszedłem na pogrzeb, na którym była praktycznie cała moja rodzina. Ktoś do mnie zadzwonił zaraz po ceremonii, głos mówi: „Mike, masz szczęście”. Pytam, o co mu, kurna chodzi, jakie szczęście? „Dostałeś rolę”. I to było moja pierwsze poważne zlecenie. Opowiedziałem to bratu i innym, nie mieli wątpliwości, że to zasługa mamy. Bo jakie są szanse? Musisz po takim czymś uwierzyć, że ktoś nad nami czuwa.

Egmont
Poprzedni

Konungowie #1: Najazdy - nordyckie fantasy środka [recenzja] [komiks]

fot. Józef Kędzior
Następny

Paweł Stępień - Często porównywano moje prace do H.R. Gigera [wywiad]

Bartek Czartoryski

Bartek Czartoryski

Bartosz Czartoryski. Samozwańczy spec od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury; prowadzi fanpage Kill All Movies.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz