WYWIADY 

Michał Cholewa – jestem bardzo zły, no i trudno [wywiad]

Z Michałem Cholewą, autorem serii „Algorytm wojny” rozmawiamy o pisaniu, polskiej fantastyce i niezbyt optymistycznej przyszłości.

Jesteś doktorem informatyki, matematykiem, ścisłowcem, a jednak piszesz książki, i to treściwe, językowo rozbudowane, fabularnie zawiłe. To tak jakby siedziały w Tobie dwie różne osobowości.

Ależ nie, wręcz przeciwnie. Bycie informatykiem tylko pomaga w uporządkowaniu tekstu. Dzięki temu wiem na przykład, że muszę zwrócić uwagę na pewną sprężystość świata, to znaczy że jeśli zmienię jakąś rzecz w książce, tenże świat powinien zareagować, zmienić się.

Nie uważam, że oczywiście pisarz-kulturoznawca, czy pisarz-plastyk nie ma tej świadomości, wiem natomiast, że być może ja bym ją miał mniejszą, gdybym się nie zajmował matematyką.

No, a kiedy już wszystko jest bardziej uporządkowane, łatwiej się nadbudowuje dodatkowe warstwy w fabule. Bo łatwiej je kontrolować.

Sądzę właściwie, że moja praca idealnie pasuje do tego co piszę. :)

Tą matematyczność utworu chyba najbardziej widać w “Inwicie” gdzie jest sporo tak poprzeplatanych wątków, że piszący je nie-ścisłowiec mógłby się łatwo pogubić. Tymczasem Ty zapanowałeś nad nimi bez większego wysiłku – przynajmniej takie mam wrażenie.

Och dalece nie bez wysiłku, choć fakt, że takie odnosisz wrażenie sugeruje, że się udało (z czego się, naturalnie, cieszę).

„Inwit” faktycznie ma najbardziej złożoną strukturę fabularną z dotychczasowych części, głównie przez ilość stronnictw, ale też ich, powiedziałbym, naturę.

Jak się zapewne domyślasz, wymagało to dużej ilości całkowicie niezrozumiałych notatek, przemyślenia planu każdego z nich i powiązanej z tym planem reakcji na wydarzenia. Zresztą mój wstępny plan tekstu zmienił się właśnie w wyniku próby takich notatek – w pewnym momencie wyszło mi, że przynajmniej jedno stronnictwo będzie nagle w bardzo dobrej sytuacji i byłoby zupełnie bez sensu, gdyby nie zechciało jej wykorzystać.

W zasadzie zaczynam pisać dopiero wtedy kiedy taki plan mam gotowy i przejdzie on wstępną ocenę. W wypadku „Inwitu” później nastąpiła jeszcze jedna zmiana, wymagająca kilku przeróbek.

Jakkolwiek więc chciałbym, aby to wszystko szło tak swobodnie, jak sugerujesz –  do tego etapu jeszcze długa droga.

W „Inwicie” więcej jest polityki niż typowej wojaczki jaką znamy z poprzednich części. Znak, że nie serwujesz czytelnikom komfortowego świata constans.

Nie uważam, że powinienem pisać za każdym razem innego wariantu jednej książki – fakt, że świat i bohaterowie (ergo ich generalny kierunek działań) są cały czas tacy sami, czyni kolejne powieści wystarczająco zbliżonymi. Ponieważ nie chcę, żeby czytelnik się znudził, staram się modyfikować całą resztę.

Oznacza to, że prawie nigdy nie pracuję w swojej strefie komfortu, ale za to ciągle się uczę.

Przyszłość w Twojej serii to ponury świat, rozdarty na różnych poziomach, cofnięty technologicznie, w zasadzie wciąż walczący o przetrwanie, a mimo to pełen konfliktów między ludźmi. Myślisz, że kiedyś uda się ludzkości wyrwać z tego kręgu sporów?

Trudne pytanie. Wydaje mi się, że jesteśmy w tym naprawdę dobrzy. Znaczy w konflikcie. I jak długo ktoś będzie czuł się silniejszy i będzie chciał coś od słabszego – spróbuje.

Natomiast wierzę też, że na pewnym poziomie możemy być na tyle wyrachowani, że uznamy, że nam się nie opłaca. Że jest większy problem do rozwiązania, inny rodzaj zagrożenia.

Więc jestem w zasadzie optymistą. Ale bez przesady.

Poniekąd z powodu tego „bez przesady”, w moim cyklu reakcją ludzkości na Dzień była błyskawiczna walka o kontrolę nad pogorzeliskiem. Tu Stany Zjednoczone grają najbardziej agresywnie wymuszając na słabszej UE bardzo nieprzyjemną obronę. Imperium, czyli potomek Chin czeka spokojnie głównie dlatego, że swój cel gospodarczy zrealizował w stopniu wystarczającym, no i czekanie z boku pozwala na konflikt słabszych graczy.

Zapalnikiem tego całego konfliktu okazały się Sztuczne Inteligencje.

SI, zwłaszcza SI w Algorytmie, (bo tam wiem, jak działają i co nimi kieruje) to samodzielne byty, zasadniczo w większości rzeczy doskonalsze niż ludzie. Oraz – naturalnie – logiczne. I przez długi czas były w zasadzie w niewoli u ludzi, którzy są nie tylko gatunkiem dość autodestruktywnym, ale do logiki im daleko.

Mamy szczęście, że są wyrachowane, bo inaczej byłoby z nami jeszcze bardziej krucho.

W “Inwicie” wprowadzasz efekt programu Dedal w postaci swoistych następców SI – hybryd maszyn i ludzi. To kolejny wielki skok ludzkości czy raczej krok w przepaść?

Magowie, Szperacze i Konklawe to w zasadzie jedna rodzina – wszczepienie neurozłącza i mocna augumentacja układu nerwowego pod kątem obliczeń. Nie każdy się nadaje (trzeba już mieć potwornie wysoką sprawność umysłu, żeby w ogóle się kwalifikować) i zwykle się nie udaje.

To znaczy jak się nie uda, dostaje się maga albo szperacza, który de facto jest magiem wyspecjalizowanym w nawigacji skoków metrycznych.

Jak się uda – otrzymuje się efekt zamierzony, czyli takiego maga, jaki występuje w „Inwicie”. Tacy ludzie są już od człowieka mocno odlegli pod względem sposobu myślenia, doskonali we wnioskowaniu, ale już trudni w komunikacji – na ogół potrzebują „interfejsu” żeby w ogóle dało się analizować, co przekazują.

Zresztą wielu się martwi, że konklawe prowadzi swoje własne interesy i nie wiadomo po czyjej ostatecznie stronie się opowiedzą, stąd mordercze procedury bezpieczeństwa i weryfikacja każdej informacji (scenariusze się łatwiej weryfikuje niż tworzy, więc jak już ludzie go mają to mogą kombinować).

Dedal był oddzielną inicjatywą, był próbą osiągnięcia efektu maga, ale bez nadmiernej elektroniki – chcąc stworzyć alternatywę dla konklawe, kogoś bardziej „ludzkiego”. Na wszelki wypadek, jakby nagle trzeba było zrezygnować z SI. Program wyszedł tylko częściowo, w dodatku nie zdążył wyprodukować sensownych rezultatów przed Dniem, co niejako dowodzi, że jego twórcy mieli rację, choć mieli ją za późno.

Twoi magowie to ukłon w stronę “Diuny”, ale takich subtelnych odniesień czy nawiązań nie brakuje, np. do “Wiecznej Wojny”, której aura unosi się nad całą serią, “Obcego”, “Gwiezdnej Eskadry” czy “Battlestar Galactici”. Popkultura napędza Twoją twórczość, ale zupełnie inaczej niż np. Jakuba Ćwieka, który stawia na bardziej dosłowne zapożyczenia.

Trudno jest udawać, że przez całe życie funkcjonowało się w próżni, a o kluczowych dziełach gatunku nie wie się zupełnie nic (a ten pomysł z pierścieniem i Mordorem jest oryginalny, słowo!).

No więc ja nie udaję. Przez lata przed napisaniem czegokolwiek czytałem, oglądałem i grałem, więc w sposób naturalny moje skojarzenia pojawiają się w tekstach.

Dlaczego nie robię tego w bardziej otwarty sposób – myślę, że to po prostu wynika ze stylu. W historiach takich jak pisze, powiedzmy, Kuba, popkulturowość jest bardzo ważnym elementem gry z czytelnikiem. I tam zaakcentowanie pewnych elementów wychodzi świetnie.

U mnie o wiele bliżej im do całkowicie opcjonalnego dodatku, więc siłą rzeczy mniej je eksponuję.

Swój świat budujesz na twardym podejściu do fizyki, technologii, wojskowych procedur i psychologii. Nie uciekasz się do umowności. Z czego to wynika?

Miło mi, ze tak uważasz :)

Lubię istnienie konsekwencji i spójności w świecie. Rozumiem to w ten sposób, że założenia świata powinny być respektowane – bo oczywiście zdaję sobie sprawę, że założenia startowe (choćby podróże FTL, czy istnienie SI de facto jako rasy) są jak najbardziej fantastyką.

Prawdopodobnie jest to efektem tego, że strasznie nie lubię – jako czytelnik – kiedy czegoś się nie da w świecie zrobić, ale jak bohater bardzo, bardzo chce, to jednak mu się uda.

Podobnie mam z konstrukcją bohaterów, co tak naprawdę jest trochę prostsze – w ogólności – niż spójność naukowa. W końcu ludzie bywają niespójni. Gdzieś na etapie kreowania bohaterów założyłem kogo lubią, kogo nie i jakimi są ludźmi (na przykład Weiss jest odważniejszy od Szczeniaka, Kuerten jest w zasadzie aspołeczny i w miarę dobrze porozumiewa się głównie z Delanovem, itd.) i staram się tego trzymać, modyfikując pewne elementy na podstawie wydarzeń z książek.

Tak samo – ponieważ zasadniczo wierzę w ludzi, zakładam, że mało kto mówi sobie „jestem bardzo zły, no i trudno”. Są takie osoby, ale większość ludzi racjonalizuje sobie to co robi. Dlatego też dość trudno wyróżnić u mnie „złą” stronę (i ze względu na Oesy jakby już któraś, to pewnie byłaby to UE).

Wolę tak.

Z procedurami wojskowymi jest łatwiej – ja generalnie bardzo lubię procedury. Uważam, że są „filmowe”. Zostało mi chyba od czasu Top Gun, Apollo 13 i dyscypliny radiowej z nieśmiertelnego „Albatrosa” Lema. Więc oczywiście ich pilnuję, bo zwyczajnie lubię o nich pisać.

Algorytm wojny też jest bardzo filmowy. Nawet w polskich warunkach można by zrealizować zeń solidny blockbuster sci-fi. Chciałbyś aby przeniesiono go na wielki ekran, zobaczyć jak ożywają Twoje postacie i świat?

To złożone pytanie. Jednocześnie – tak, pewnie, zawsze. Kto by nie chciał zobaczyć przeniesienia swojej historii na inne medium? Z drugiej, zdarzało mi się widzieć naprawdę słabe przeniesienia fantastyki na długie formy filmowe.

Nie jestem też pewien, czy akurat w Polsce ktoś chciałby w ogóle podejść do blockbustera SF.
Ale, jak widzisz, moje obawy są czysto techniczne. Tak naprawdę, OCZYWIŚCIE, że tak!

Zdaje się, że polska fantastyka (z wyjątkiem właśnie filmowej) przeżywa ostatnio renesans: mnóstwo świetnych debiutów (w tym Twój) lub powrotów, odważne, nietuzinkowe wizje i pomysły, zero kompleksów, popyt. Jest się z czego cieszyć?

Z mojego punktu widzenia mamy mnóstwo powodów do radości – w dużej mierze z powodów, które wymieniłeś. Nie tak dawno miałem w ręku pomocniczą listę nominacyjną do Nagrody im Janusza A. Zajdla i wynikało z niej, że w zeszłym roku wyszło ponad sto powieści. Ponad sto, to dwie na tydzień! Ktoś naturalnie może powiedzieć, że wybitnych tekstów jest wśród nich (i w ogóle wśród wydawanych tekstów w dowolnym roku) mało.

Ale przecież wybitnych tekstów zawsze było mało. No i książka nie musi być wybitna, żeby się podobała – a nawet bardzo podobała (inaczej bylibyśmy bardzo nieszczęśliwymi czytelnikami). Sam znam masę książek, które lubię bardzo choć w żadnym razie nie nazwałbym ich literackimi kamieniami milowymi.

Wychodzi więc bardzo dużo książek (i opowiadań) właściwie we wszystkich popularnych – i nie tylko – gatunkach fantastyki. Dysponujemy lepszą niż niegdyś siecią informacyjną, która każdemu pozwala znaleźć wśród  tych tekstów rzeczy, które mogą nam się spodobać, więc rzadko działamy na ślepo. Konwenty się rozwijają, fanów fantastyki przybywa, na podstawie książek kręci się seriale, tworzy gry.

Jeżeli teraz nie mamy się z czego cieszyć, to już nie wiem kiedy będziemy mogli.

Czujesz, że jako pisarz osiągnąłeś już sukces?

Powiem tak – kiedy dysponowałem plikiem roboczym „Gambitu”, który zamierzałem dopiero rozsyłać po wydawnictwach, nie sądziłem, że będę w miejscu, w którym jestem dziś. Moje teksty zostały zauważone (w ten dobry sposób), nie muszę obawiać się o to, czy wydawca będzie chciał ze mną dalej współpracować, ktoś, poza bliskimi przyjaciółmi pyta, kiedy następny tom i co dalej z bohaterami.

Sukces!

Zakładam jednak, że pytasz, czy to jest dla mnie punkt docelowy i to o wiele bardziej skomplikowane pytanie. Z jednej strony, dość łatwo sobie wyobrazić większy sukces i, rzecz jasna, ja również to potrafię – przez co oczywiście w sposób naturalny chcę iść dalej.

Z drugiej sukces nie jest czymś co można sobie zaplanować. Zależy od masy rzeczy, na większość której nie mam wpływu. Nie ma nań jasnego przepisu, gdyby był wszyscy by go stosowali.

Obecnie więc – bardzo cieszę się z tego, co mam i zamierzam pracować dalej. Wymyślanie historii i ich pisanie jest w końcu jedyną dostępną dla mnie metodą zostawania lepszym pisarzem.

psychopaci
Poprzedni

O chorobliwych obsesjach, czyli ośmiu literackich psychopatów [ranking]

Krucjaty 2
Następny

Krucjaty #2: Wrota Hermesa / Bitwa pod Al-Mansurą - to już koniec? [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz