WYWIADY 

Mikel Santiago: hiszpański Stephen King na pisarskiej emigracji [wywiad]

O hiszpańskich horrorach, popularności kryminałów i pisarskiej emigracji rozmawiamy z Mikelem Santiago – hiszpańskim Stephenem Kingiem, którego debiutancka powieść „Ostatnia noc w Tremore Beach” niedawno u nas się ukazała.

 

Dzika Banda: Etykieta „hiszpański Stephen King” pomaga czy przeszkadza?

Mikel Santiago: To tak naprawdę marketing. Jak sprzedać debiutanta? Trzeba porównać go do kogoś, kto jest znany. W moim przypadku porównanie z Kingiem to nobilitacja.

A inspirujesz się Kingiem?

Lubię go i to bardzo. „Ostatnia noc w Tremor Beach” to powieść grozy, zatem gatunek podobny. Tyle, że u mnie de facto nie ma zjawisk nadprzyrodzonych. Mamy tajemnicze wizje bohatera, mamy aurę grozy, ale w finale zło pochodzi od ludzi, a nie z innego wymiaru.

Właśnie – „Ostatnia noc w Tremor Beach” przypominała mi trochę rozbudowany odcinek serialu „Strefa mroku”.

A to świetnie, bo trochę o coś takiego mi chodziło. Odcinki „Strefy mroku” stanowiły zawsze zamkniętą całość. Zawsze ograniczały się do minimalnej ilości bohaterów a ich akcja toczyła się na stosunkowo małej przestrzeni. I to chciałem w swojej powieści powtórzyć. Mamy zatem bohatera, który przeżywa kryzys, mamy małą mieścinę i kilka domów w miejscu niemal odciętym od świata. W ogóle na początku jak zabierałem się za pisanie „Ostatniej nocy…” mój pomysł był taki, żeby ograniczyć bohaterów do minimum. Jedna osoba i już, maksymalnie dwie. Tyle, że im dłużej pisałem, tym mocniej zdawałem sobie sprawę z faktu, że to się nie uda, że musi być tych postaci ciut więcej.

Jesteś Hiszpanem, który akcję swojej powieści osadził w miejscu, które ma tyle wspólnego z Hiszpanią, co grypa żołądkowa z relaksem – czyli w irlandzkim hrabstwie Donegal. Byłem tam – to miejsce gdzie często pada, wieje wiatr i jest zimno jak sto diabłów.

Oczywiście, że Donegal jest kompletnym zaprzeczeniem słonecznej Hiszpanii! Wiesz, mój problem polega na tym, że ja zwyczajnie nie potrafię pisać o miejscach, w których żyję. Nie potrafię wyjść z domu, usiąść w kawiarni i obserwując ludzi wymyślić historię. Nie jestem jak Stephen King, który w przechodniu przebiegającym przez ulicę znajduje potencjał na historię. Nie potrafię jak Jo Nesbo, opisać swojej ulicy i stworzyć na niej pisarską magię. Przynajmniej nie w domu. Ale kiedy wyjeżdżam poza Hiszpanię, moja głowa zaczyna działać zupełnie inaczej. Nagle okazuje się, że historie same do mnie przychodzą.

Czyli jesteś pisarskim emigrantem. Zastanawiałeś się kiedyś dlaczego?

Wiesz, że tak i nie wiem dlaczego. Może chodzi o to, że kiedy znam zbyt dobrze otoczenie, traci dla mnie tajemnicę i przestaje mnie intrygować.

Druga powieść…

Też nie dzieje się w Hiszpanii, a na południu Francji. (śmiech) A kto wie, może akcja trzeciej, albo czwartej będzie toczyła się w Warszawie.(śmiech)

W Polsce przez kilka lat przeżywaliśmy zmasowany atak hiszpańskich filmowych horrorów. A jak to wygląda w Hiszpanii? Horror jest tam rzeczywiście popularny?

Myślę, że przez Polskę przetoczyła się ta sama fala horroru, która przetoczyła się przez Hiszpanię. Filmy takie jak „Rec”, „Sierociniec” czy bardziej fantastyczne „Otwórz oczy” biły u nas rekordy popularności i kasowały w kinach amerykańskie blockbustery.

To znaczy, że horror ma się u was dobrze?

Na taką tezę bym się jednak nie porywał. Lubimy opowieści gatunkowe, a horror jest jedną z nich. Ale to nie tak, że całe hiszpańskie kino stoi filmami grozy. Nie. Tak naprawdę powstaje ich stosunkowo niewiele.

A jak wygląda to w literaturze?

A w literaturze jest zupełnie inaczej niż w kinie. U nas w księgarniach rządzi kryminał. I to do tego paranoicznego stopnia rządzi, że niemal każdy region w Hiszpanii ma swoich autorów, cykle powieściowe w nim osadzone itp.

Czyli wyłamałeś się ze schematu?

I to jak! Wiesz ilu wydawców mnie odrzuciło? Masa. Dlaczego? Nie dlatego, że jest zła, ale bo to literatura grozy. Nie wiemy czy się sprzeda, czy będzie popyt… Był taki moment nawet, że zastanawiałem się nad self-publishingiem. A potem nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pięciu wydawców chciało mnie wydać. W puencie okazało się, że „Ostatnia noc…” stała się bestsellerem lata 2015 i do tej pory świetnie się sprzedaje.

Trafiłeś w niszę?

Chyba tak. Zupełnie jakby czytelnicy potrzebowali czegoś innego niż kryminał. Ileż w sumie można czytać kryminały.

Czarna Owca

Czarna Owca

 

Ostatnia noc w Tremore Beach, to nastrojowa powieść grozy o pewnym zagubionym w życiu kompozytorze, który zaczyna widzieć przyszłość. I jego wizje wcale nie napawają optymizmem. Tajemniczy nieznajomi zagrażają życiu jego i bliskich, a Peter ma raptem kilka dni na przekonanie znajomych a przede wszystkim siebie, że nie oszalał…

 

oczy-kota-b-iext31358595
Poprzedni

Oczy kota - drugie dno opowieści [recenzja]

Dominik Broniek Dzika Banda 38
Następny

Dominik Broniek - ilustrator książek i magazynów [galeria]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz