WYWIADY 

Peter Robinson – świat jest pełen geniuszy, o których nikt nie słyszał [wywiad]

Peter Robinson twórca postaci inspektora Banksa opowiada nam o pisaniu kryminalnych cykli, miłości do muzyki, tajemnicy literackiego sukcesu i tym dlaczego nie będzie pisał własnego serialu telewizyjnego.

Dzika Banda: Nigdy nie zapomnę tego dnia kiedy kompletnie znudzony szukałem czegoś do czytania. Czegokolwiek, bo wszystkie kryminały mnie nużyły. Wtedy dostałem pocztą dwie powieści. Jedną było „Black&Blue” Iana Rankina, drugą „W mogile ciemnej” Petera Robinsona. Tego dnia pokochałem dwóch inspektorów – Rebusa i Banksa.

Peter Robinson: No proszę a to śliczna anegdota. A bycie w duecie z Ianem, to sama przyjemność. Powiedz – to w Polsce zaczęto wydawać nas równocześnie?

Niestety nie. Ian był pierwszy. Ale nie zmienia to faktu, że zacząłem was czytać równocześnie.

Ech ten Rankin – zawsze musi być pierwszy (śmiech)

Bez przesady – jednak jesteś lepszy. Twój cykl o inspektorze Banksie to już dwadzieścia trzy tomy, a cykl o Rebusie to tylko dziewiętnaście. A poważnie już – trudno jest autorowi kryminałów utrzymać energię i świeżość przez dwadzieścia trzy tomy?

Trudno. I to bardzo. Kiedy piszesz tak długi cykl musisz przez cały czas pilnować się, aby nie powtarzać tych samych pomysłów, rozwiązań fabularnych. A to z każdą powieścią stanowi coraz większe wyzwanie, bo umówmy się, proza gatunkowa to powielanie bezustannie podobnych pomysłów tylko w inny, zaskakujący sposób. Do tego muszę cały czas pilnować wieku Banksa, zdarzeń które miały w miejsce w jego życiu, żeby nic nie przekręcić, nie pominąć, czy przypadkiem dopisać, bo wydawało mi się, że coś takiego robił. Oczywiście to nie tak, że pisanie cyklu to wieczna udręka. Banks nie zmienia pracy, znam miejsce w którym pracuje, okolice w której mieszka. Wiadomo też, że ktoś popełni zbrodnię, że Banks będzie prowadził śledztwo. To ułatwia pisanie i nadaje mu rytm.

Pamiętasz jak to wszystko się zaczęło?

Od początku wiedziałem, że to będzie cykl. Co prawda nie sądziłem, że zajmie dwadzieścia trzy tomy – powtarzanie tej liczby sprawia, że czuję się cholernie stary (Śmiech). Wszystko zaczęło się od czytania. Pochłaniałem powieści PD James, Ruth Rendell i dumałem sobie jak to stworzyć postać detektywa, który nie byłby tak sztampowy jak inni. No i zależało mi jeszcze na jednej rzeczy – osadzeniu akcji w miejscu które znam doskonale czyli Yorkshire. Kryminał miał być początkowo tylko pretekstem do opowiadania o tym jak wygląda życie w tym rejonie. Byłem młody, przepełniały mnie ambicje, więc  dodatkowo wydawało mi się, że będę snuł opowieści o ludzkiej naturze, moralności…

Zabrzmiało to jakbyś się rozczarował.

Nie. To nie tak. Po prostu bardzo silnie w tamtym czasie wpływały na mnie powieści, które czytałem. Wydawało się, że kryminał to tylko pretekst do rozważań o kondycji człowieka.

Tak nie jest?

Jest. Ale w innych proporcjach. Kryminał to gatunek, w którym można wiele o człowieku powiedzieć, ale nie można zapominać o tym, że to także kryminał. Mówiąc najprościej – należy pamiętać o proporcjach.

Inspiruje cię jeszcze to co czytasz?

Nie, dziś już nie. Wtedy kiedy tworzyłem Banksa czytałem masę kryminałów, żeby przekonać się co już napisano, jakie pomysły przy tworzeniu postaci zostały już użyte. Chciałem, jak wspominałem uciec jak najdalej od amerykańskiego wzorca supergliniarza, nie zależało mi także na tym aby przypominał on Sherlocka Holmesa. Jeśli ktoś był dla mnie wzorem, to Martin Beck. Taki przeciętny facet, który po skończonej pracy wraca do domu, do rodziny. To na czym mi zależało wtedy to stworzenie postaci, której życie osobiste będzie równie istotne jak wykonywana praca.

Udało się?

A jak oceniasz?

Moim zdaniem Banks to postać, w której wręcz ważniejsze jest to jak żyje i co dzieje się w jego życiu, niż w pracy.

Bo tak miało być. Wiesz, inspektor kończy dyżur wraca do domu i żyje. I ten cykl powstał po części z potrzeby pokazania co dzieje się z gliniarzem po pracy.

Pokochałeś Banksa na tyle mocno, że nie czujesz potrzeby pisać innych powieści? W Polsce znamy tylko „Trucicielkę”.

Nie do końca, choć oczywiście Banks ma swój rytm wydawniczy i tego się musimy trzymać. Czasami pisze coś poza serią. Jak choćby właśnie „Trucicielkę”. A to była niebywale trudna powieść.

Bo?

Bo jej konstrukcja wymagała bezustannej gimnastyki gramatycznej – ze względu na dwa kompletnie różne plany czasowe i tworzenie zagadki też nie należało do najłatwiejszych. To nie był kryminał sensu stricte, więc nie mogłem zastosować tu wszystkich chwytów, które znamy z przygód Banksa.

„Trucicielka” przyniosła ci nagrodę Arthura Ellisa. Pamiętasz kiedy Banks zaczął odnosić sukcesy?

Oczywiście – to była dziesiąta powieść w cyklu „W czas posuchy”. To był rok 1999. Dwanaście lat pisałem Banksa, dla siebie, znajomych i kilku osób które kupowały.

Co się wydarzyło?

Wiesz co – to trudno wyjaśnić racjonalnie. Po prostu od tej książki zaskoczyło, a Banks stał się postacią rozpoznawalną, zaś sprzedaż wszystkich powieści skoczyła w górę.

Ale nie myślałeś nigdy o tym dlaczego akurat ta?

Nie wiem dlaczego akurat ta. Podobnie jak Ian (Rankin – przyp. red.) nie wie dlaczego w jego przypadku to było „Black & Blue” bodaj ósma jego powieść. Takie rzeczy dzieją się nagle. Przez długi czas rynek cię ignoruje, a potem następuje ten klik. U mnie doszedł jeszcze jeden czynnik, który miał zapewne spory wpływ na sukces – zmieniłem wydawcę. Wcześniejsze powieści ukazywały się w małej oficynie, która wypuszczała je na rynek licząc na cud. A nóż widelec zaskoczy… Zmieniłem wydawcę, a ten stwierdził, że powieść ma potencjał więc zacznie ją promować. Nie zostawi samotną w księgarni.  Choć teraz kiedy o tym rozmawiamy i pojawia się tu jeszcze Ian, to zauważam pewną prawidłowość. Otóż w naszych powieściach po raz pierwszy bohaterowie wyszli na pierwszy plan. „W czas posuchy” Banks rozwiódł się z żoną, zaczął mieć romans, czuł się zagubiony i ogromna część narracji koncentrowała się właśnie na tym. Do tego pojawił się tam mocny rys historyczny, wątek kryminalny zazębiał się z historią z czasów drugiej wojny światowej. Mieliśmy zatem Banksa, który stoi nad przepaścią życiową a z drugiej strony historię, w której świat stanął nad przepaścią. I to zagrało.

Od dawna rozmawiam z pisarzami o tym jak odnosi się sukces. Zauważyłeś może, że w większości przypadków, współcześni autorzy bestsellerów czekali na sukces lata, jeśli nie dekady.

Oczywiście że tak. Wiesz z punktu widzenia pisarza to wszystko sprowadza się do dość prostej formułki – rób cały czas to co robisz i rób to najlepiej jak potrafisz. Pewnego dnia może ci się poszczęścić.

Albo nie.

Albo nie. Są wybitni pisarze, którzy nigdy nie odnoszą sukcesu. Mitem jest to co powtarza się często – sukces to wynik wielkiego talentu. Nic z tych rzeczy. Sukces nie ma nic wspólnego z talentem. Możesz być geniuszem, a jeśli kilka innych czynników nie złoży się w całość, umrzesz będąc biednym, zapomnianym geniuszem.

Jakie to czynniki?

A choćby to, żeby twój wydawca w ciebie wierzył i włożył w twoją powieść, choć trochę pieniędzy. Żeby jej promocja odbiła się echem, żeby wyszła poza grono twoich znajomych. Ważne jest też żeby nie przestawać. Kiedy już zaczynasz promować książkę, lepiej nie znikać z rynku, nie wycofywać się. Bo to niestety skończy się tym, że wydane na promocje pieniądze, okażą się pieniędzmi wyrzuconymi w błoto. Nie ma nowej powieści – świat o tobie zapomina i już. Kiedy ludzie się do ciebie przyzwyczajają chcą cię czytać. Musisz dać im dużo. Swoją drogą powieść o której zaczęła się moja kariera była najgrubsza…

Podobnie jak u Iana – „Black & Blue” było wielgachne…

Ty, to może właśnie o to chodzi! Żeby pisać grube książki. (smiech). Jak teraz o tym myślę to wiesz co? J.K. Rowling odniosła sukces trzecim Harrym Potterem… Był o wiele grubszy niż pierwszy! Czyli znamy mechanizm – chcesz odnieść sukces, pisz coraz grubsze książki. Genialne!

Ale popatrz Stieg Larson wystartował od razu z grubą powieścią i była lista bestsellerów.

Ale on zagrał nieczysto – nie żył jak już mu ją wydano. Powieści zmarłych lepiej się sprzedają, więc wiesz, nie liczyłbym go tu. (śmiech).

Wracając do twoich powieści. To może będzie pytanie osobiste, ale jest jedna powieść z Banksem, która moim zdaniem jest niebywale „twoja”, w sensie czuć w niej mocny rys autobiograficzny. Myślę o „Skrawku mojego serca”.

I tu mnie masz. Jest moja, bo pisałem w niej o swojej młodości. To może szybko przypomnijmy czytelnikom o czym to jest. Banks prowadzi śledztwo, które korzeniami sięga do lat 60. rockowej rewolty i kontrkulturowego konfliktu międzypokoleniowego. I tu faktycznie pisałem w dużej mierze o tym co przeżyłem sam. Co więcej pisałem o sobie z dwóch perspektyw – gówniarza w latach 60. i dorosłego faceta dziś. Bo dziś widzę, jak infantylnie się zachowywałem, choć z drugiej strony wiem, że ta energia, która przepływała przez nas wtedy, zmieniła świat. To zresztą widać w powieści. Masz tam postaci gliniarzy z lat 60. i współczesnych. Ci z lat 60. boją się ludzi i nienawidzą rocka, ci współcześni jak Banks, go słuchają. Wystarczyło pokolenie, żeby zmieniło się podejście do kultury. Ale wszystko zaczęło się w latach 60.

Banks kocha muzykę, ty też. Wymienisz pięciu ukochanych wykonawców Banksa?

Bob Dylan, Robert Thompson, Szubert, Coltrane, Davis – wybór eklektyczny, ale dobry. Mój byłby podobny.

Czyli dużo jest z ciebie w Banksie…

Bywa (Śmiech).

A twoich bliskich?

„W czas posuchy” dla przykładu powstał dzięki mojemu tacie. On opowiadał mi o wszystkim co działo się podczas wojny, stąd część wojenna brzmi zapewne tak wiarygodnie.

Inspektor Banks doczekał się także serialu…

Bardzo popularnego serialu, który może rozczarować tych, którzy czytają powieści.

Mówisz to tak lekko?

Bo to prawda. Lubię ten serial. Ale nie zmienia to faktu, że kiedy znasz powieści, wiesz co wycięto.

Fakt – mnie w nim najbardziej wkurza to, że w odcinkach łączą książki i wtedy czuć mocno jak pocięte są wątki, wylatują istotne elementy.

Ale na to jako autor nic nie poradzę. Nie piszę scenariuszy, a ostatnie odcinki są już absolutnie autorskie – w sensie scenarzyści sami wymyślają intrygi.

Nie masz nad tymi autorskimi odcinkami żadnej władzy?

Mam taką, że konsultują ze mną, to co zrobiłby Banks, żeby serial nie poszedł w stronę zupełnie inną niż powieści. Za co dziękuję, bo nie każdy autor ma taki przywilej. W nowym sezonie będą naprawdę dobre, mroczne odcinki.

Nie miałeś nigdy ochoty pisać dla telewizji?

Nie. Znaczy mam projekt nad którym pracuję – mini serial oparty na „Trucicielce”, ale żeby składać jakiś własny projekt, pisać scenariusz i użerać się z produkcją – nie dziękuję. Wiem jak wygląda proces twórczy przy pisaniu autorskiego serialu i jestem głęboko przekonany o tym, że nie mam ochoty brać w tym udziału.

Zbyt mocno cenisz sobie wolność?

Też. Ale przede wszystkim zbyt mocno cenię sobie czas. Nie robię się młodszy, a serial człowieka wysysa. To raz. Dwa, nigdy nie wiesz co w finalne z twoich pomysłów trafi na ekran, więc – nie, dziękuję.

Fox
Poprzedni

Outcast: Opętanie - diabelski odgrzewany kotlet [recenzja]

horror-family-photoshoot-creative-children-photography-joshua-hoffine
Następny

Zwizualizowane koszmary z dzieciństwa [galeria]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz