WYWIADY 

Piotr Patykiewicz: Fantastyka to po prostu kreowanie Inności

O podróżach, postapokalipsie i szczurzych oseskach rozmawiamy z Piotrem Patykiewiczem, autorem powieści „Dopóki nie zgasną gwiazdy”.

 

Dopóki nie zgasną gwiazdy to przykład bardzo dojrzałej literatury postapokaliptycznej. Nie poruszał Pan wcześniej takich tematów w swoich książkach. Skąd wziął się pomysł na taką właśnie historię?

Nie jestem biegły w rozróżnianiu fantastycznych gatunków i podgatunków. O tym, że napisałem tekst postapo, dowiedziałem się właściwie od Wydawcy. Dla mnie fantastyka to po prostu kreowanie Inności, wszelkie podziały są bardzo umowne. Lubię eksperymentować, nie czuję się przypisany na zawsze do jakiegokolwiek nurtu. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Oczywiście bardzo chciałbym usatysfakcjonować tą książką wielbicieli i znawców konwencji, choć pewnie rzecz nie trzyma się ściśle reguł gry. Bohaterowie nie tęsknią szczególnie do dawnych, dobrych czasów, czuwa nad nimi święty Jerzy, najbardziej wyrafinowanym technicznie urządzeniem jest kierat, i nawet nie wiadomo, czy globalna katastrofa rzeczywiście była katastrofą.

A pomysł? Zawsze musi być jakiś początek. Wyobraziłem sobie zapach smażonych na patelni szczurzych osesków, dodałem szczyptę eschatologii – i już.

W większości Pańskich książek pojawia się motyw lodu i mroźnej północy. Wśród inspiracji dla Dopóki nie zgasną gwiazdy wymienia Pan między innymi dzieła Centkiewiczów. Skąd zainteresowanie literaturą podróżniczą, i to akurat polarną? A może to coś więcej?

Mam tak od zawsze. Centkiewiczowie, Jack London, islandzkie sagi – w tym się rozczytywałem jako dzieciak, chętniej nawet niż w Tolkienie, Alfredzie Szklarskim i Karolu Mayu. Arktyka jest czysta, cicha i piękna. Wspaniałe tło dla prawdziwych, mocnych emocji, dobrych czy złych. To trochę jak szkicowanie węgielkiem na białej kartce – wystarczy kilka kresek, żeby coś stworzyć. Lubię zimę, nawet tę zwykłą, miejską, choćby za to, że nie śmierdzą wtedy psie kupy na trawnikach i nie latają żadne bzyki.

Napisałem nawet kiedyś powieść, której fabuła od początku do końca rozgrywa się pod lodem. Było zainteresowanie wydawcy, podpisałem umowę, ale potem przyszedł kryzys i wszystko się rozlazło.

W najnowszej powieści, poza kapitalnie nakreślonym światem odmienionym przez tajemniczy kataklizm, zarysował Pan również specyficzną mitologię, system wierzeń właściwy dla nowego porządku. Bardzo przekonująco przedstawił Pan skutki ewolucji wiary chrześcijańskiej. Dlaczego akurat taki kierunek?

Kościół spełnia w tej historii bardzo ważną rolę. Nie tylko krzepi ducha, sprawuje jedyną skuteczną władzę, ale jest także depozytariuszem pamięci o przeszłości, ostatnim spoiwem małych, odizolowanych społeczności. Zachowuje doktrynę, to się nie zmienia, ale wiara ludowa w czasach ostatecznych obrasta w liczne przesądy. Ludzie kultywują własne obyczaje, nieraz sprzeczne z naukami proboszcza. To im pomaga oswoić jakoś tę groźną rzeczywistość, zrozumieć ją, pokonać lęk.

Parał się Pan wieloma różnymi zawodami. Czy doświadczenia nabyte podczas pracy wpłynęły w sposób znaczący na tę powieść? Może znalazły się w niej jakieś wydarzenia bądź osoby z Pana życia?

Miałem dosyć burzliwą młodość, ale już od lat pędzę raczej ustatkowany żywot. Prowadziłem kiedyś sklep zoologiczny, nie taki z karmą dla psów i kotów, ale pełen egzotyki. To zajęcie niesamowicie pobudzało fantazję. Dla przykładu – kiedy karmisz myszami niedużego warana, łatwo możesz wyobrazić sobie, jak mógłby zachowywać się wielki, rozwścieczony smok. Inspiracja była wszędzie dookoła: przyczajona do ataku modliszka o aparycji filmowego aliena, 20-centymetrowa skolopendra, która wyłaziła spod kamienia, kiedy gasło światło (wcielony koszmar każdego, kto boi się robactwa), leniwa siła wyrośniętego boa dusiciela. Z tamtych czasów wyniosłem mocne przekonanie, że każdy wymyślony świat bez odpowiednio bogatej fauny to świat niepełny. Dla moich dzieci skończyło się to trwałym okaleczeniem psychiki – do dzisiaj preferują jako zwierzątka domowe skorpiony, ptaszniki i krocionogi zamiast chomika albo świnki morskiej. A mnie pozostał na pamiątkę niedowład palca wskazującego po ugryzieniu przez szczura. Nawiasem mówiąc, dzielnie rozprawiam się z tą szczurzą traumą w książce.

Dzisiaj dobre pomysły przychodzą mi do głowy, kiedy biegam. Jeszcze lepsze, kiedy idę w góry. A najlepsze, kiedy biegam po górach.

rys. Douglas A. Sirois
Poprzedni

100 najlepszych książek dla dzieci i młodzieży #10-1

Albatros
Następny

Gra Geralda

Oskar Grzelak

Oskar Grzelak

Brak komentarzy

Dodaj komentarz